Villette/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Mała hrabianka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXV
MAŁA HRABIANKA

Pomimo wesołego z natury usposobienia mojej matki chrzestnej i jej starania się z całego serca o zabawienie nas, nie był wieczór ten w La Terrasse szczególnie wesoły, dopóki poprzez dzikie poświsty wichru w tę noc zimową nie doszło uszu naszych skrzypienie kół i tętent kopyt końskich. Jak często serca i wyobraźnia kobiet i dziewcząt, siedzących w przytulnym cieple kominka, odrywają się od otaczającego je miłego spokoju, wędrują daleko poprzez ciemność nocy, poprzez szarugi, wichry i śnieżne zawieje, wyczekują u wrót samotnych podczas burzy najsroższej, aby towarzyszyć w myśli przynajmniej ojcu, mężowi, czy synowi, których obowiązki ich zawodu trzymają w noce takie poza domem!
Ojciec i syn powrócili wreszcie do château: tego wieczora hrabia de Bassompierre towarzyszył doktorowi Brettonowi. Nie wiem, która z naszej trójki pierwsza dosłyszała tętent kopyt końskich: gwałtowność zawiei śnieżnej była aż nadto wystarczającym usprawiedliwieniem naszego zbiegnięcia pędem na dół do hallu na spotkanie i powitanie obu przybyszy, którzy nie pozwolili nam jednak zbliżyć się do siebie — wyglądali obaj jak chodzące góry śnieżne. Pani Bretton kazała im oczywiście wejść przede wszystkim do kuchni, ostrzegając ich, pod grozą najsurowszych kar, aby nie ważyli się stąpnąć krokiem na wyłożone dywanem posadzki, dopóki nie otrzepią się dokumentnie z puszystego białego nalotu, który ucharakteryzował każdego z nich na zrobionego najdoskonalej Świętego Mikołaja. Towarzyszyłyśmy im naturalnie do kuchni, typowo holenderskiej, jasnej, obszernej i bardzo przyjemnej. Mała biała hrabianeczka tańczyła i uwijała się dokoła niemniej białego swojego papy, klaszcząc w rączki i wołając:
— Ojczulku, ojczulku, wyglądasz jak ogromny niedźwiedź podbiegunowy!
Niedźwiedź otrząsnął się, obryzgując hrabianeczkę, która uciekła czym prędzej od mroźnego natrysku. Wnet jednak powróciła ze śmiechem, aby dopomóc ojcu do uwolnienia się od podbiegunowego jego przebrania. Hrabia, wyłuskawszy się wreszcie ze swojego spowicia, zagroził córce zrzuceniem na nią całej lawiny.
— Zrzuć, ojczulku — zawołała, nachylając się, niby dla podstawienia głowy pod lawinę, w momencie jednak, kiedy spaść miała na nią, uskoczyła w bok rzutem zręcznym jak młodej sarenki.
Ruchy jej miały giętką miękkość i aksamitny wdzięk poruszeń kotki, śmiech jej dźwięczał bardziej metalicznie, niż odgłos srebrnych dzwoneczków, czyściej, niż brzęk potrąconego kryształu. Kiedy, ująwszy w obie maleńkie swoje dłonie lodowato zimne ręce ojca, rozcierała je i stanęła na czubkach palców, aby sięgnąć do jego ust i otrzymać ich pocałunek, zdawała się jaśnieć dokoła niej aureola upojenia miłosnego. Poważny, czcigodny jej rodzic patrzył na nią takim wzrokiem, jakim mężczyźni zwykli patrzeć na istoty, które są oczkiem ich w głowie.
— Niech mnie pani nauczy, droga pani Bretton, co mam robić z tą moją córką, czy raczej z tym moim projekcikiem na córkę? Nie przybywa jej ani rozumu, ani wzrostu. Nie uważa pani, że została takim samym prawie dzieckiem jakim była dziesięć lat temu?
— Nie jest bardziej dzieckiem, niż ten mój dryblas — odparła pani Bretton, spierająca się właśnie z synem w kwestii zmiany stroju, uważanej przez nią za wskazaną, odrzucanej wszakże uparcie przez niego. Stał oparty o holenderski kredens, śmiejąc się i nie dopuszczając matki do siebie.
— Zgódź się na kompromis, mamo — rzekł wreszcie — i pozwól nam nasamprzód rozgrzać się, zarazem wewnętrznie i zewnętrznie, napić się tutaj w kuchni czegoś mocnego za pomyślne Boże Narodzenie i wznieść toast na cześć Starej naszej Anglii.
Gdy więc hrabia grzał się przy kominku, a Paulina Maria uwijała się radośnie dokoła niego, tańcząc jak sylfida po obszernej, niby hall, kuchni, dawała pani Bretton osobiście wskazówki Marcie jak odpowiednio zaprawić korzeniami grog, który po przelaniu go do herbowej flachy Brettonów, podany był parujący obu panom po kolei w tym samym srebrnym kielichu, w którym rozpoznałam chrzcinowy kubek Grahama.
— To na cześć Auld Lang Syne — rzekł hrabia, podnosząc w górę kubek. A potem, zwróciwszy się ku pani Bretton, wypowiedział toast swój starym szkockim narzeczem.
— Po szkocku, po szkocku! — zawołała Paulina — ojczulek mówi po szkocku! Sam jest Szkotem po części. Nazywamy się Home i De Bassompierre, jesteśmy Kaledończykami i Szkotami zarazem.
— A czy to jest szkocki taniec, który tańczysz, mała czarodziejko z Highlands?[1] — zapytał ją ojciec. — Tylko patrzeć, Mrs. Bretton, jak w samym środku kuchni pani utworzy się zielony kołowrót. Nie mogę wcale ręczyć za tego skrzata — dziwne z niej stworzonko.
— Poproś ojczulku Lucy Snowe, żeby zatańczyła ze mną. Wiesz? — to Lucy Snowe!
Pan Home — tyleż w nim było zwykłego, skromnego pana Home‘a, ile dumnego hrabiego de Bassompierre — wyciągnął do mnie rękę, zapewniając uprzejmie, że doskonale mnie pamięta. Gdyby nawet własna jego pamięć miała go zawieść, córka jego tak często powtarza moje imię, że musiał je zapamiętać. Tak często imię moje i nazwisko obijało się o jego uszy, tyle słyszał z ust Polly opowiadań o mnie, że muszę z konieczności wydawać mu się dobrą znajomą.
Wszyscy z kolei pokosztowaliśmy gorącego grogu, z wyjątkiem Pauliny, której pas de fée — taniec czarodziejki — ou de fantaisie — czy fantastyczny — był zbyt uroczy, aby śmiał ktokolwiek przerwać jej go zaproponowaniem tak pospolitego napoju. Ona sama wszakże upomniała się o należną sobie porcję zwykłej śmiertelniczki.
— Proszę dać mi skosztować — zwróciła się do Grahama, który zamierzał odstawić kubek na półkę kredensu, zbyt wysoko, aby mogła sama sięgnąć po niego.
Pani Bretton i pan Home zajęci byli teraz rozmową. Uwagi dr. Johna nie uszedł czarodziejski taniec: przyglądał mu się, wyraźnie zachwycony nim. Pomijając już wdzięk i piękno ruchów dziewczęcia, pociągających jego wrażliwe na harmonię oko, zachwycało go swobodne zachowanie się Polly w domu jego matki, ułatwiające zarazem sytuację jemu samemu. Ponownie wydała mu się dzieckiem, dawną towarzyszką zabaw nieledwie. Ciekawa byłam jego sposobu przemawiania do niej: dotychczas nie słyszałam go jeszcze zwracającego się do Pauliny bezpośrednio, już pierwsze jego słowa wszakże świadczyły, że w tej beztroskiej swobodzie ruchów i wesołości, prawdziwie dziecięcej, odnalazł „dawną Polly“ z przed lat dziesięciu.
— Jaśnie hrabianka raczyła zażądać kubka?
— Sądzę, że dałam to wyraźnie do zrozumienia.
— Nie mogę zgodzić się na uwzględnienie tego życzenia. Niewymownie żałuję, ale nie mogę zgodzić się.
— Dlaczego? Jestem już zupełnie zdrowa: nie może to przecież zwichnąć mi ponownie ramienia, ani złamać mojego obojczyka. Czy to wino?
— Nie; ani rosa także.
— Niepotrzebna mi rosa. Nie lubię rosy. Ale co to jest naprawdę?
— To grog, robiony na mocnej starce, pędzonej wówczas może, kiedy przyszedłem na świat.
— Ciekawe jak to smakuje? Dobre?
— Aż zanadto dobre.
Rzekłszy to, zdjął butlę z półki i nalał sobie jeszcze jedną porcję potężnie działającego eliksiru, wyraził złośliwym zmrużeniem oczu niezmierne zadowolenie z przedniego smaku napoju, po czym uroczyście odstawił butlę ponownie.
— Chciałabym napić się troszeczkę — rzekła Paulina, podnosząc oczy ku półce — nigdy jeszcze nie kosztowałam grogu: słodki?
— Niebezpiecznie słodki — zapewnił Graham.
Paulina nie odrywała oczu wpatrzonych żądnie w półkę z błagalnym wyrazem twarzy dziecka, tęskniącego do zakazanego przysmaku. Doktór zmuszony był ulec wreszcie. Niezdolny opierać się dłużej, zdjął butlę z półki, robiąc sobie samemu przyjemność pozwolenia Polly na skosztowanie napoju, którego odrobinkę nalał dla niej własnoręcznie; jego oczy, zawsze wyraziste przy ujawnianiu miłych wrażeń, świadczyły błyskiem świetlistym i przyczajonym w nich uśmiechem, jak bardzo wielką sprawia mu to przyjemność. Świadomie też i celowo przedłużył ją sobie, pochyliwszy kubek w ten sposób, aby napój po kropelce tylko dostawał się do żądnie wyciągniętych ku niemu różanych usteczek.
— Troszeńkę więcej, troszeńkę! — prosiła kapryśnie dotykając wskazującym palcem jego ręki i dając poznać tym gestem, że chce, aby Graham pochylił bardziej nieco butlę.
— Tak zachęcająco pachnie korzeniami i miodem — dodała — nie mogę jednak skosztować jej: napięstek pana jest taki sztywny, a pan sam taki skąpy.
Ponownie ustąpił, szepnąwszy jej do ucha z miną konspiratora:
— Niech pani nie mów tylko nic o tym matce mojej ani pannie Lucy. Gniewałyby się. Nie uważałyby tego za odpowiednie.
— I ja także nie uważam tego za odpowiednie — rzekła, zmieniwszy od razu ton po wchłonięciu większego łyku napoju, którego smak rozczarował ją, jak się zdawało. — Nie uważam bynajmniej tego grogu za słodki — dodała — jest mdlący i gorzki, odjął mi możność oddychania. Pańska zaprawiona korzeniami starka była pożądana wówczas jedynie, kiedy stanowiła owoc zakazany. Dziękuję panu. Nie chcę już więcej.
I z lekkim ukłonem — niedbale wyniosłym, ale równie uroczym jak jej taniec — odsunęła się od niego i posuwiście tanecznym krokiem prześlizgnęła się ku ojcu.
Myślę, że powiedziała prawdę: w siedemnastoletniej młodej dziewczynie tkwiło wciąż jeszcze siedmioletnie dziecko.
Graham śledził ją wzrokiem nieco stropionym i zdziwionym zarazem. Przez całą resztę wieczoru nieomal nie odrywał od niej oczu, ona wszelako nie zdawała się dostrzegać tego.
Przy schodzeniu na dół do jadalni na herbatę ujęła pod rękę ojca swego ruchem, wskazującym, że uważa za jedynie właściwe dla siebie pozostawanie przy jego boku. Oczy jej i uszy zwrócone były wyłącznie w jego stronę. Pan de Bassompierre i pani Bretton głównie podtrzymywali rozmowę w małym naszym kółku; Paulina była najwierniejszym, najuważniejszym ich słuchaczem, pobudzając ich niejednokrotnie do powtórzenia tego czy owego opowiadania, tej czy owej anegdoty.
— Gdzie byłeś wtedy, ojczulku? Co powiedziałeś na to? Opowiedz pani Bretton co zdarzyło się w tym czasie?
Wyciągała z niego w ten sposób opowiadania, jedno po drugim.
Poprzednia dziecięca jej wesołość i beztroskie ożywienie zgasły i nie wznowiły się już więcej: była zamyślona i cicha. Miło było przyjrzeć się jej, składającej życzenia dobrej nocy: ukłon, jaki skierowała w stronę Grahama, nacechowany był powagą i godnością; w lekkim pół uśmiechu i spokojnym pochyleniu głowy wyraźna była hrabianka, której powaga zniewoliła Grahama do wywzajemnienia się równie dostojnym skinieniem głowy. Widziałam, że trudno mu było pogodzić wizję tańczącej czarodziejki z postacią nieco wyniosłej wytwornej damy.
Nazajutrz, kiedy byliśmy wszyscy zgromadzeni przy stole śniadaniowym, nieco jeszcze drżący z zimna po świeżych ablucjach porannych, owiadczyła pani Bretton, że żadna z osób, której nie zmusza do tego smutna konieczność, nie odważy się opuścić jej domu tego dnia.
W istocie też zdawało się wyjście na ulicę niemożliwością: zwały śniegu przysłoniły dolną część okien, przez które widać było jedynie zamglone niebo oraz goniące się wzajem, zawzięcie walczące z sobą dzikie podmuchy wichru, który odrywał od ziemi, od dachów i od drzew gęste, ciężkie kłęby śniegu. Nie padał już, wirował tylko w powietrzu wielkimi płatami przy akompaniamencie świstu i ryku wiatru, a potem opadał ponownie, układając się w tysiączne wzory fantastyczne.
Młoda hrabianka energicznie poparła decyzję pani Bretton.
— Ojczulek nie wyjdzie — rzekła, stawiając krzesełko swoje tuż przy fotelu ojca. — Już ja go dopilnuję. Nie pojedziesz do miasta, ojczulku, prawda?
— Tak i nie — brzmiała odpowiedź. — O ile ty, Polly, i pani Bretton, będziecie dobre dla mnie — uprzejme i usłużne; o ile będziecie obie pieściły mnie i dogadzały mi, mógłbym zdecydować się przeczekać godzinkę po śniadaniu, aby przekonać się czy ten tnący jak brzytwa wiatr nie ustał jeszcze. Jak dotychczas jednak, nie dałyście mi wcale śniadania; każecie mi umierać z głodu. Nie dajecie mi nic.
— Prędko, prędko, proszę pani — zwróciła się Polly do pani Bretton — niech pani naleje ojczulkowi kawę, a ja tymczasem zajmę się inną częścią śniadania hrabiego de Bassompierre. Od czasu swojego hrabiostwa wymaga tak wiele krzątania się dokoła znakomitej swojej osoby.
Starannie przekroiła bułeczkę, nasmarowała ją masłem i obłożyła serem.
— Masz ojczulku, to twój „pistolet“, przygotowany jak lubisz — rzekła. — A tutaj marmelada, zupełnie taki sam rodzaj, jakim tak zachwycaliśmy się w Bretton. Utrzymywałeś, że jest taka dobra jak gdyby była robiona w Szkocji...
— I o którą mała hrabianeczka prosiła zawsze dla mojego chłopca — pamiętasz to, dziecko — wtrąciła pani Bretton. — Pamiętasz, jak przysuwałaś się do mnie, szepcząc cichutko: „Proszę pani, coś smacznego dla Grahama — trochę marmelady, dżemu czy miodu...“
— Nie, mamo — wtrącił doktór John, śmiejąc się, zarumieniony jednak z zażenowania — na pewno nie było tak. Nie podobna, abym tak bardzo dbał o takie rzeczy.
— Dbał czy nie dbał, jak ci się zdaje, Polly?
— Lubił je — przyznała młoda dziewczyna.
— Nie wstydź się pan tego, panie Johnie — uspokoił go pan Home. — Ja sam bardzo zawsze lubiłem słodycze i lubię je w dalszym ciągu. A Polly okazała dużo rozsądku, dbając o smaczny posiłek dla przyjaciela. To ja właśnie uczyłem ją tej dbałości, robię też co mogę, aby nie zapominała o tym dobrym przyzwyczajeniu. Proszę cię, Polly, podaj mi cienki kawałek ozora.
— Służę ci, ojczulku, pamiętaj jednak, że obsługuję cię tak sumiennie jedynie pod warunkiem, że będziesz rozsądny i pogodzisz się z La Terrasse na całą resztę dnia.
— Łaskawa pani — zwrócił się hrabia de Bassompierre do pani Bretton — chciałbym pozbyć się mojej córki — posłać ją na pensję. Zna pani dobrą jakąś, odpowiednią?
— Mamy tutaj, w Villette, tę, gdzie jest Lucy. Pensję Madame Beck.
— Panna Snowe jest na pensji?
— Jestem nauczycielką — wtrąciłam, rada, że mogę to powiedzieć. Przez krótką chwilę doznałam uczucia, że znalazłam się w fałszywej pozycji. Pani Bretton i jej syn wiedzieli w jakich warunkach żyję i jakie zajmuję stanowisko, ale hrabia i jego córka nie mieli o tym pojęcia. Dowiedzenie się o tym mogło wpłynąć na pewną zmianę bardzo uprzejmego dotychczas, serdecznego nawet, traktowania mnie przez nich. I dlatego właśnie z taką skwapliwością poinformowałam ich o rodzaju mojego zajęcia. Równocześnie jednak osaczył mnie rój trzymanych dotychczas z dala mętnych, niezupełnie uświadomionych myśli, pod których wpływem wyrwało się z piersi mojej bezwiedne westchnienie. Pan Home nie podniósł przez dwie minuty oczu sponad swojego talerza i nie odezwał się ani słowem. Może nie zdał sobie dość wyraźnie sprawy z tego co powiedziałam, a może wydało mu się, że uprzejmość towarzyska nie pozwala na komentowanie tego rodzaju zwierzenia: Szkoci są przysłowiowo dumni i, mimo prostoty, jaką ujawniał, bez względu na cały sposób zadumania się pana Home‘a, na jego strój i na jego gusty, miałam zawsze uczucie, że i on także posiada sporą dozę narodowej tej cechy. Czy była to z jego strony fałszywa duma, czy też jedynie poczucie godności osobistej? Pozostawiam zagadnienie to nierozstrzygniętym w obszerniejszym jego znaczeniu. O ile dotyczyło ono mnie osobiście, mogę odpowiedzieć na nie w tym sensie, że wówczas, tak samo jak zawsze, okazał się prawdziwym gentlemanem, człowiekiem, posiadającym rozum i serce.
Był z natury jednostką żywo odczuwającą i poważnie myślącą; lekki nalot melancholii owiewał jego wzruszenia i rozważania; ta zaledwie uchwytna zazwyczaj mgiełka smutku zgęszczała się w chwilach niepokoju i cierpienia w chmurę posępną. Nie wiele wiedział o Lucy Snowe, a z tego, co było mu znane, nie zdawał sobie dokładnie sprawy: jego opaczne ujmowanie cech mojego charakteru wywoływało nieraz uśmiech na moich ustach. Uświadamiał sobie jednak, że moja droga życiowa wytyczona jest raczej po kryjącej się w cieniu stronie wzgórza; uznawał szczerość moich usiłowań nie zbaczania z uczciwej linii prostej; chętnie nawet dopomógłby mi, gdyby tylko mógł, jakkolwiek też nie miał okazji udzielenia mi pomocy, był mi zawsze prawdziwie życzliwy. Ilekroć oko jego spoczęło na mnie, skrzył się w nim błysk dobroci; ilekroć mówił ze mną, przybierał głos jego brzmienie przyjaźne i ciepłe.
— Powołanie pani wymaga uciążliwej pracy — rzekł wreszcie. — Winna pani starać się o zdrowie i siły aby móc podołać podjętemu zadaniu i pełnić je z powodzeniem.
Jego urocza, młodziutka córka nie przyjęła mojego oświadczenia z takim samym spokojem: spojrzała na mnie szeroko rozwartymi oczami, pełnymi zdumienia, spłoszona nieledwie.
— Jest pani nauczycielką? — zawołała, po czym, jak gdyby usiłując uświadomić sobie przez chwilę ten trudny dla niej do przyjęcia fakt, dodała: — Nie wiedziałam nigdy kim pani jest, ani też nie przyszłoby mi nigdy na myśl pytać się o to; dla mnie była pani zawsze Lucy Snowe, i na tym koniec.
— A kim jestem teraz? — nie mogłam powstrzymać się od zapytania.
— Tą samą, oczywiście, kim była pani zawsze. Czy naprawdę jednak udziela pani lekcji tutaj, w Villette?
— Tak.
— I lubi pani swoje zajęcie?
— Nie zawsze.
— Dlaczego w takim razie nie porzuca go pani?
Ojciec jej spojrzał na nią w ten sposób, że obawiałam się, aby nie ofuknął jej surowo, odezwał się jednak tylko:
— Śmiało, Polly, śmiało, pokaż jaka z ciebie mała mądrala. Gdyby panna Snowe zarumieniła się. czy też wyglądała na zawstydzoną, kazałbym ci zamilknąć; zawstydziłabyś siebie samą i okryłabyś śmiesznością mnie. Na szczęście panna Lucy uśmiecha się tylko, możesz więc śmiało zarzucać ją krzyżowym ogniem twoich pytań. Niech pani jej odpowie, panno Snowe, dlaczego nie porzuca pani swojego zajęcia?
— Głównie ze względu na pieniądze, jakie zarabiam tą drogą.
— Zatem nie ze względów czysto ideowych? Polly i ja skłonni byliśmy przyjąć tę hypotezę, jako moment najbardziej łagodzący, zdolny usprawiedliwić ekscentryczność postępowania pani.
— O, nie! Raczej jest to sprawa dachu nad głową i utrzymania, jakie zapewniam sobie w ten sposob, oraz spokoju, i zadowolenia, jakie daje mi myśl, że, pracując na siebie, nie jestem nikomu ciężarem. Praca samodzielna zaoszczędza mi przykrego tego uczucia.
— Mów co chcesz, ojczulku, żal mi jednak Lucy.
— To litowanie się pani jest zbędne zgoła, panno Paulino; radzę pani ująć je w obie ręce, jak ujęłaby pani małe, nieporadne gąsiątko, które zabłąkało się, opuściwszy bez pozwolenia macierzyste gniazdo; niech je pani włoży z powrotem do ciepłego gniazdka swojego serduszka, z którego poczciwie wytrysnęło i niech pani zechce przyjąć do wiadomości to, co jej podszepnęłam.
— Gdyby moja Polly miała doświadczyć kiedykolwiek niestałości i niepewności darów fortuny, pragnąłbym, aby postąpiła tak, jak postępuje panna Snowe: aby jęła się pracy samodzielnej, i tą drogą uniknęła przykrości stania się ciężarem komukolwiek; rodzinie, czy przyjaciołom.
— Tak, ojczulku — rzekła zamyślona, wciąż jeszcze, zdająca się wnikać jednak w sytuację. — Ale biedna Lucy! Myślałam, że jest osobą zamożną i że ma bogatych przyjaciół.
— Sądziłaś jak małe głupiątko. Mnie nigdy nie przychodziło to na myśl. Ilekroć, co zresztą nie często zdarzało się, miałem sposobność przyglądać się zachowaniu panny Lucy, widziałem, że należy do osób, zwykłych opiekować się innymi, nie zaś wymagać opieki nad sobą; działać samodzielnie, a nie być przedmiotem starań; służyć innym, a nie być obsługiwaną; to właśnie jak sądzę, uzbroiło ją w doświadczenie, za które, o ile będzie żyła dość długo, aby móc w pełni ocenić korzyści, jakie ono zapewnia, winnaby wdzięczną być Opatrzności... Kiedy jednak mowa o tej szkole — dodał, zmieniając ton swojego przemówienia z poważnego na żartobliwy. — Jak pani sądzi, czy Madame Beck zgodziłaby się przyjąć moją Polly?
Odpowiedziałam, że należałoby zwrócić się z tym do Madame, która bardzo lubi pensjonarki-Angielki. O ile też pan de Bassompierre zechce zawieźć pannę de Bassompierre powozem swoim dzisiaj po południu jeszcze, pewna jestem, że Rozyna, nasza odźwierna, nie da państwu czekać długo na otworzenie drzwi wejściowych a sama Madame wciągnie na ręce najlepszą parę rękawiczek, aby godnie powitać państwa w salonie.
— W takim razie — odparł pan Home — nie widzę powodu, ani potrzeby dalszej zwłoki. Pani Hurst zapakuje i prześle to, co nazywa „rzeczami“ swojej młodej pani, a moja Polly będzie mogła jeszcze dzisiaj wieczorem zasiąść do elementarza. Mam nadzieję, że pani, panno Lucy, zgodzi się rzucić na nią tu i owdzie opiekuńczo okiem i dać mi od czasu do czasu znać, jak jej się wiedzie. Mam nadzieję, że nie będzie pani miała nic przeciwko temu projektowi, panno de Bassompierre?
Mała hrabianka zawahała się niepewnie:
— Myślałam — rzekła — że moja edukacja jest już skończona.
— Najlepszy to dowód — rzekł jej ojciec — jak bardzo mylne są nasze sądy. Ja osobiście zupełnie odmienne mam o tym zdanie, sądzę też, że najzupełniej zgodzą się ze mną ci, którzy mieli okazję zapoznać się dzisiaj rano z głęboką twoją znajomością życia. O, kochane moje dziewczątko, dużo jeszcze pozostało ci do nauczenia się; ojciec twój powinien był dać ci więcej wiadomości, aniżeli zdołał to uczynić! Tak, dziecinko, nie ma innej rady. Musimy zwrócić się do Madame Beck. Że zaś pogoda zdaje się poprawiać, a ja skończyłem już moje śniadanie...
— Ale, ojczulku!
— Jakie ale?
— Widzę przeszkodę.
— A ja nie widzę żadnej.
— Właśnie, że jest. Ogromna! Nie podobna będzie nigdy pokonać jej. Jest taka wielka, jak ty sam, ojczulku, w wielkim twoim płaszczu z całą masą śniegu na nim.
— Zdolna będzie jednak roztajać i zniknąć bez śladu, tak samo jak ten śnieg.
— Nie! Nie roztaje i nie zniknie! Jest masą zbyt solidną i ważką: jesteś nią ty sam, ojczulku. Niech pani ostrzeże Madame Beck, panno Lucy, aby nie słuchała żadnych propozycji przyjęcia mnie na swoją pensję. Pokaże się w końcu, że będzie musiała przyjąć i ojczulka także. A ojczulek wcale nie jest łatwy. Zdradzę pani i państwu nie jedno o nim. Słuchajcie wszyscy — i pani Bretton także: Przed pięciu laty, kiedy byłam dwunastoletnią dziewczynką, ubrdał sobie, że mnie psuje, że wyrosnę, nie zdolna zupełnie do istnienia na świecie, że... słowem wyobrażał sobie Bóg wie co jeszcze. Postanowił wobec tego bezapelacyjnie, że odda mnie do szkoły. Płakałam, broniłam się, ale pan de Basompierre okazał się twardy i nieugięty, pojechałam więc na pensję. Ale jaki był tego wynik? W najcudowniejszy sposób zainstalował się na tej samej pensji i ojczulek także: co drugi dzień przyjeżdżał odwiedzać mnie. Pani Aigredoux[2] obruszała się na to, ale nic nie pomogło, aż w końcu oboje, ojczulek i ja, zostaliśmy, że wyrażę się po sztubacku, wylani ze szkoły. Lucy może opowiedzieć Madame Beck tę historyjkę; uczciwość nakazuje uprzedzić ją czego może się spodziewać.
Pani Bretton zapytała pana Home‘a co ma do odpowiedzenia na to oświadczenie. Nie potrafił obronić się, zapadł więc wyrok przeciwko niemu, i Polly zatriumfowała.
Bywała jednakże w innych nastrojach, aniżeli naiwnego, spieszczonego, opornego dziecka. Po śniadaniu, kiedy oboje starsi — pani Bretton i pan Home — przeszli na pogawędkę do innego pokoju — aby, jak przypuszczam, obgadać pewne dotyczące pani Bretton sprawy majątkowe — a mała hrabianka, ja i doktór Bretton pozostaliśmy na krótką chwilę sami, zatraciła się w niej od razu cała dziecięcość; w naszym towarzystwie, w towarzystwie osób bliższych jej wiekiem, stała się od razu młodą damą; nawet twarz jej zmieniła się poniekąd. Owo dziecięce ożywienie rysów i dziecięca naiwność spojrzenia, które, ilekroć mówiła z ojcem swoim, zaokrąglały jej twarzyczkę, żłobiąc ją uroczymi dołeczkami, ustąpiły teraz miejsca zamyśleniu, nadały jej rysom twardszą wyrazistość, pozbawiły je nadmiernej ruchliwości.
Niewątpliwie zwrócił Graham, tak samo jak ja, uwagę na tę nagłą zmianę. Stał kilka minut przy oknie, patrząc na padający śnieg, po czym odszedł do kominka i wszczął rozmowę, nie ze zwykłą swoją swobodą jednak: zdawał się nie znajdować odpowiednich tematów, dobierał je mozolnie, z wahaniem i może dlatego niezbyt szczęśliwie: mówił w sposób, nieokreślony bliżej, o Villette, o jego mieszkańcach, gmachach i godnych widzenia osobliwościach. Panna de Bassompierre odpowiadała mu z godnością dojrzałej kobiety; inteligentnie, w sposób niezupełnie pozbawiony cech indywidualnych: Od czasu do czasu jednak, szczególny ton, gest, czy spojrzenie tu i owdzie bardziej ożywione, mniej powściągliwe i salonowo odmierzone, przypominały wciąż jeszcze małą Polly. W jej zachowaniu wszakże tyle było wytworności i dystynkcji, tyle spokojnego, uprzejmego wdzięku, łagodzącego dziecięce wyskoki, że człowiek mniej nawet wrażliwy niż Graham nie odważyłby się skorzystać z nich, jako z punktów zaczepnych, skłaniających do większej szczerości i poufności.
Mimo jednak, że doktór Bretton był w dalszym ciągu dziwnie przytłumiony i jak na niego, niezwykle spokojny, nie przestawał jednak obserwować. Nie uszedł jego uwagi żaden z owych drobnych porywów i naturalnych wybuchów dawnej towarzyszki zabaw. Nie ominął żadnego z jej gestów charakterystycznych, żadnego z zawahań się w mowie, czy najlżejszego seplenienia. Polly chwilami, mówiąc szybko, z lekka, po dziecięcemu sepleniniła wciąż jeszcze, rumieniła się jednak za każdym razem i ze zwykłą sobie sumiennością, równie zabawną jak ta drobna wada wymowy, powtarzała wysepleniony wyraz powoli i wyraźnie.
Ilekroć zdarzało się jej to, uśmiechał się doktor Bretton. Stopniowo, im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej słabło skrępowanie, jakie wyczuwało z razu każde z nich. Gdyby rozmowa ta przeciągnęła jeszcze dłużej, stałaby się zupełnie swobodna. Na usta Pauliny powrócił okalający je uśmiech, żłobiący rozkoszne dołeczki na jej policzkach; wysepleniwszy jakiś trudniejszy wyraz, zapominała poprawić się. A doktór John? — Nie umiem powiedzieć na czym polegała zmiana, jaka w nim zaszła, fakt jednak, że zmienił się. Nie poweselał, ani też nie przybrał swoim zwyczajem tonu drwiącego, nie zdradził ani jednym słowem płochości nastroju, zdawał się jednak bardziej zadowolony z samego siebie, sposób jego mówienia stał się swobodniejszy, ton miększy i łagodniejszy. Przed dziesięciu laty miała sobie ta parka tak wiele zawsze do powiedzenia wzajem; miniona dekada lat nie zubożyła na pewno ich doświadczenia życiowego ani też nie zacieśniła ich widnokręgów myślowych. Istnieją nadto pewne natury, których wzajemne oddziaływanie na siebie jest tak wielkie, że im dłużej z sobą wzajem przebywają, im więcej mówią sobie wzajem, tym więcej mają sobie wciąż jeszcze do powiedzenia. Dla natur tych przestawanie z sobą wzajem prowadzi do zespolenia się, a zespolenie się do ścisłego skojarzenia i zjednoczenia.
Graham zmuszony był jednak wyjść z domu: zawód jego narzuca obowiązki i wymagania, których nie wolno lekceważyć, zaniedbywać, ani też odkładać ich wypełnienia. Wyszedł z pokoju, zanim jednak opuścił dom, powrócił raz jeszcze. Pewna jestem, że powrót ten spowodowany był, nie jak on sam usiłował usprawiedliwić się, zapomnieniem zabrania gazety, czy czegoś innego z biurka, ale chęcią przekonania się jednym jeszcze rzutem oka, czy powierzchowność Pauliny jest w istocie taka, jaką zatrzymał w pamięci, czy nie widział jej w stronniczym nieprawdziwym świetle i czy tym samym nie uległ miłemu omamieniu jedynie. Nie! Przekonał się, że pierwsze jego wrażenie było trafne i wierne. Dzięki powrotowi temu zyskał raczej, aniżeli stracił — uniósł z sobą na drogę pożegnalne spojrzenie, nieśmiałe, ale bardzo tkliwe, równie piękne i równie niewinne, jakie rzucić mogła młoda sarenka spod gęstej osłony paproci, czy młode jagniątko spośród kępy trawy na łące.
Pozostawszy same, milczałyśmy obie czas jakiś: wyjęłyśmy nasze robótki i, zabrawszy się do nich, udawałyśmy bardzo pilnie zajęte. Dawną skrzyneczkę z białego drzewa zastąpiła teraz szkatułka bogato wyłożona intarsją z cennych kamieni i zaopatrzona w złote narzędzia do robót ręcznych; maleńkie niegdyś drżące paluszki, którym trudno było uporać się z igłą, mimo że drobne w dalszym ciągu, były sprawne i obrotne, pozostało wszakże przy pracy to samo poważne zmarszczenie czoła, ta sama staranność i dokładność wykonania przedsiębranego zadania, to samo skupienie przy nim i pochłonięcie nim. Nie odrywając się od pracy, na mgnienie tylko potrząsała głową, aby odgarnąć obluźnione pasmo włosów, lub też pośpiesznym ruchem dłoni strzepywała ze swojej jedwabnej spódniczki jakiś wyimaginowany atom pyłu, jakieś przywarłe do jej fałd źdźbło nitki.
Tego rana byłam osobliwie usposobiona do milczenia, posępne rozsrożenie się zimowej zawiei wpływało na mnie gnębiąco i zamykało mi usta. Wściekłość styczniowej burzy, białej i bezdusznej, nie uciszyła się jeszcze: wicher ochrypł, zdało się, z wycia, nie myślał jednak dać za wygranę. Gdyby Ginevra Fanshave dotrzymywała mi towarzystwa w tym saloniku, nie pozwoliłaby mi trwać w zadumie i słuchać w milczeniu. Tematem jej gadatliwości stałby się ten, który opuścił nas przed chwilą; a jak potrafiłaby rozwodzić się nad tą jedną osobą! Jak przypierałaby mnie do muru zadawaniem pytań i robieniem przypuszczeń! Jak draźniłaby mnie robieniem dowolnych, z palca wyssanych komentarzy, jak gnębiłaby mnie czynieniem zwierzeń, których słuchania usiłowałabym uniknąć za wszelką cenę!
Paulina Maria rzuciła na mnie parę razy spokojne, mimo że badawcze spojrzenie ciemnych swoich, głębokich oczu; jej wargi rozchyliły się, jak gdyby gotowe do wypowiedzenia jakiejś uwagi, milczała jednak, dostrzegłszy moją niechęć mówienia, którą umiała uszanować.
— Nie wytrwa długo — pomyślałam, nie przywykłszy do spotykania u młodych kobiet i dziewcząt umiejętności panowania nad sobą i siły powściągania się. O ile zdołałam je poznać, okazja wywnętrzania się z ich płytkich przeważnie tajemnic, czy ich nader powierzchownych i przelotnych uczuć, była dla nich przyjemnością, której nie umiały i nie chciały wyrzec się tak łatwo.
Mała hrabianka zdawała się wyjątkiem: szyła wytrwale, aż wreszcie znużona szyciem, wzięła do ręki książkę.
Traf chciał, że poszukała czegoś odpowiedniego dla siebie na półce do książek, należących do doktora Brettona. Okazało się, że była to dawna, zabrana z Bretton książka — ilustrowane dzieło z zakresu historii naturalnej. Widywałam często małą Polly, stojącą przy boku Grahama, który trzymał tę książkę rozwartą na swoich kolanach i odczytywał z niej dziewczynce ustępy, bardziej dla niej zrozumiałe, urządzając w ten sposób wykład przyrody na użytek małej swej towarzyszki. A kiedy lekcja skończyła się, prosiła go, aby wyjaśnił jej znaczenie zawartych w książce rycin. Przyglądałam jej się teraz bacznie; nadarzył się oto najwłaściwszy moment wypróbowania siły jej pamięci, z której tak była dumna: czy okaże się jej ona wierną?
Czy okaże się wierną? Nie mogło być wątpliwości co do tego. W miarę odwracania kartek wykwitał na twarzy młodej dziewczyny rumieniec po rumieńcu, zdradzając osaczające ją uczucia, wyraźnie związane z wspomnieniami przeszłości. Po przejrzeniu tomu do końca powróciła do karty tytułowej i spojrzała na wypisane na niej chłopięcą ręką imię i nazwisko. Wpatrywała się w nie długo, nie zadowolniając się samym wpatrywaniem tylko, ale łagodnie przesunęła po literach końce palców. Wzruszającemu temu gestowi towarzyszył nieświadomy tkliwy uśmiech, czyniący z dotknięcia pieszczotę nieledwie. Paulina kochała przeszłość: osobliwą cechą drobnego, wdzięcznego tego obrazka było, że nie powiedziała przez cały czas ani słowa, umiała odczuwać, nie dając ujścia uczuciom swoim w potoku słów.
Godzinę prawie zajęta była przeglądaniem półki z książkami, przy czym zdejmowała jeden tom po drugim, odnawiając w ten sposób znajomość z każdym z nich. Po ukończeniu tego zajęcia usiadła na niskim stołeczku, oparła policzek na dłoni i, zachowując wciąż w dalszym ciągu milczenie, rozmyślała.
Stuk otwieranych na dole drzwi wejściowych, nagłe wdarcie się pędu zimnego wiatru i głos ojca, mówiącego coś do pani Bretton, zbudził ją wreszcie z jej zadumy. Zerwała się i w sekundę była na dole.
— Ojczulku, ojczulku, nie wyjdziesz przecież?
— Muszę iść do miasta, pieszczotko.
— Ale jest za... za zimno, ojczulku.
Pan de Bassompierre pokazał jej jak doskonale ochroniony jest przed zimnem, wyjaśniając zarazem, że nie pójdzie przecież pieszo, ale pojedzie powozem, w którym będzie najzupełniej zabezpieczony i zapewniając, że nie ma w ten sposób najmniejszego powodu niepokoić się o niego.
— Ale przyrzeknij mi, że będziesz tutaj z powrotem zanim zapadnie noc, że przyjedziecie razem powozem, ty i doktór Bretton? Pogoda nie jest odpowiednia na jazdę konną.
— Dobrze, o ile spotkam doktora Brettona, nie omieszkam powiedzieć, że pewna dama nakazała mu, aby dbał o cenne swoje zdrowie i powrócił do domu pod moją eskortą.
— Tak, musisz powiedzieć „pewna dama“. Pomyśli, że to jego matka i będzie posłuszny. Ale pamiętaj, ojczulku żebyś wrócił wcześnie: będę czuwała i nadsłuchiwała.
Drzwi zamknęły się i koła powozu potoczyły się miękko po śnieżnym wysłaniu. Mała hrabianka powróciła do pokoju, zamyślona ponownie i zaniepokojona.
Czuwała i nadsłuchiwała w miarę zapadania coraz gęstszego zmierzchu, czyniła to jednak jak mogła najciszej, chodząc tam i z powrotem po pokoju bezszelestnymi nieledwie krokami. Co pewien czas przystawała w tym swoim cichym, jak gdyby aksamitnym krążeniu, nastawiła ucho i wsłuchiwała się w odgłosy nocy, raczej w ciszę nocną, jakoże teraz wreszcie ustał dziko dmący przez cały dzień wicher. Niebo, uwolnione od ciężkich chmur śniegowych, było blade i bezgwiezdne: mogłyśmy widzieć je wyraźnie poprzez ogołocone z liści konary drzew, a zarazem podziwiać polarną wspaniałość noworocznego księżyca — jego tarczę białą jak świat lodowy. Pora nie była jeszcze zbyt spóźniona, kiedy usłyszałyśmy wreszcie powrót powozu.
Paulina nie rzuciła się na spotkanie ojca zwykłym krokiem tanecznym. Z poważnym zatroskaniem zajęła się nim, biorąc go od razu w wyłączne posiadanie, posadziła go na wybranym przez nią fotelu, obsypywała go czułymi słowami podzięki, że nie dał czekać na siebie zbyt długo i tak uwijała się dokoła niego, że można było przypuścić, jak gdyby tylko dzięki zabiegom jej drobnych rąk znalazł się na fotelu, miękko podparty poduszkami i wygodnie usadowiony: silnemu, wielkiemu mężczyźnie zdawało się sprawiać osobliwą przyjemność bezwolne poddawanie się despotycznie czułemu rozporządzeniu się nim drobnej istotki.
Graham zjawił się w kilka minut dopiero po powrocie hrabiego. Paulina zwróciła z lekka głowę w kierunku jego kroków, zamieniła z nim parę słów tylko, palce ich musnęły się wzajem przelotnie. Pozostała przy boku ojca, a Graham rzucił się na fotel po drugiej stronie pokoju.
Pan Home i pani Bretton mieli szczęśliwie bardzo wiele do powiedzenia sobie wzajem, sięgając po tematy rozmowy do niewyczerpanej, zdałoby się, skarbnicy dawnych wspólnych wspomnień. Gdyby nie ich ożywienie, byłoby nasze towarzystwo tego wieczora rażąco ciche.
Po wieczornej herbacie puszczone zostały zgrabne złote nożyczki, śliczny złoty naparstek i sprawna igła Pauliny w żywy ruch przy świetle lampy. Usteczka młodej dziewczyny nie rozchylały się jednak, a jej delikatne powieki, obciążone gęstą frendzlą rzęs, niechętnie odrywały się od roboty i podnosiły się w górę. I Grahama również zmęczyć musiała praca całodzienna: słuchał z uprzejmą uwagą tego, co mówili starsi, mówił jednak sam bardzo mało. Nie odrywał oczu od złocistego blasku migającego raz wraz naparstka, jak gdyby to były skrzydła świetnego jakiegoś motyla, czy też przesmykujący skroś traw złocisty łepek małej żółtej żmijki.



Przypisy

  1. Highlands — górska okolica północnej Szkocji.
  2. Pani Aigredoux — pani Kwaśnosłodka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.