Uciszenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Uciszenie
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


UCISZENIE

Bruk tępą, szorstką falą spływa z ryneczku ze staroświecką pompą pośrodku, zatapia kilka uliczek i zaułków pomiędzy koślawymi, omszałymi kamieniczkami i chałupami, rozlewa się szeroko po błotnistym targowisku nad rzeczką. Z powodu tego ryneczku, tego rozszalałego bruku mieszkańcy nazywają swoje osiedle miastem; obcy wsią.
Zbudowana niedawno autostrada rozcina miasteczko na pół jak zgniłe jabłko. Pas asfaltu przechodzi na skos przez rynek, przez miejsce, gdzie niegdyś była pompa. Zamiast niej tuż przy odznaczonym niebieską tablicą przystanku, gdzie dwa razy dziennie zatrzymuje się wielki niebieski autobus, postawiono kiosk. Kiosk jest zielony, maleńki, po brzegi wypełniony stosami skrzynek z piwem i winem. Skrzynki z pustymi butelkami, a także puste skrzynki bez butelek stoją także w wielkich stosach przed kioskiem. Na tych skrzynkach w ładne wieczory przysiadają mężczyźni z miasteczka, najczęściej Adam-klarnecista, kulawy Stasiek, biały Józek, Spasion (który jednakowoż wysiaduje na kamieniu, bo dwa razy skrzynka zarwała się pod nim, a Biśka, która sprzedaje w kiosku, kazała mu za nie płacić) — a także wielu innych, jak na przykład Alojzy, który też gra w orkiestrze, ale na trąbce. Siedzą sobie na skrzynkach, Spasion na swoim kamieniu, każdy z butelką piwa między kolanami, z papierosem w ustach, mówią mało, chyba że akurat któremuś udało się jaką dziewuchę przytentegować, opowiada więc, co i jak, dokładnie, inni słuchają, nie przerywając; odkąd skończyła się robota przy autostradzie, tacy jak oni, co ziemi mają tyle, co na koński paznokieć, czasu mają aż za wiele. Ale kiedy tamten już kończy, odzywa się, na ten przykład, kulawy Stasiek:
— Sikaczyk, Adam, sikaczyk.
Okazja jest, trudno zaprzeczyć, i to nawet okazja na karabin maszynowy z ciężką zagrychą; ale Biśka jest dopiero co po kontroli, ma tylko sikaczyk.
— Moniaków nie ma — broni się jeszcze Adam-klarnecista, choć i tak wie, że nic nie pomoże.
— Już ty, Adam, nie pieprz byle czego — burzy się kulas. — Już ta się wie, ileś w niedzielę na weselu wydmuchał. Jak muzykant nie ma, to już nikt nie ma.
— E ta, e ta — mówi Adam i postukawszy klarnetem o but, podnosi się.
Pociągają kolejno z butelki, popatrują na asfalt, śliski, gładki jak grzbiet krowy, wylizany jęzorem innej krowy.
— Ładny szos — powiada Spasion.
— Ładny — przytwierdza Milusi, rękawem zcierając z podbródka strużkę wina.
Turkocząc, szeleszcząc wplątanymi w koła źdźbłami, nadjeżdża wóz z sianem. Dwie łaciate krowy lezą pomału, stary Kania wlecze się obok, oparty o przednią luśnię.
— Dobry — mruczy na przechodnym. — Fajram?
— Ano, fajram — przytwierdzają.
Z wozu opada wiecheć siana, przyćmiewa refleks zachodu na asfalcie.
— Taki szos paskudzić — z wyrzutem powiada Adam-klarnecista. Przechyla butelkę, gulgocze, odsapuje, do szeroko rozwartych ust wytrząsa ostatnie krople. — Szlus. Który tam się szarpnie, skurwysynki?
— Dobry sikacz nie jest zły — strzyka śliną kulawy Stasiek. Ma szczerbę po przednim zębie, ślina leci daleko.
— Jedzie — mówi Spasion. — Jedzie.
Zza zakrętu wyskakuje samochód. Pędzi szybko, jest już przy nich, migają jakieś sylwetki wewnątrz, potem widać już tylko tył wozu, tabliczkę rejestracyjną, słychać jej cieniutkie wibrowanie. Samochód ukrywa się za domami, zostaje ostry zapach spalin, wysoki, napięty jęk opon.
— Gra — mówi Spasion. — Ale gra! Nie wyciągniesz tak wysoko, Adam.
Adam przykłada ustnik do warg, zaciąga. Nie wychodzi.
— Dech — powiada. — Dechu nie ma. W mieście jak się grało... to był dech.
— Ale — mruczy Alojz powątpiewająco. Nigdy nie grał w mieście.
— Nigdyście nie słyszeli, jak grałem w mieście — pogardliwie mruczy Adam, ale nikt nie odpowiada.
— Wszystkim się podobało... nie takim, jak wy.
— To co? — leniwie pyta Spasion. Przesiada się z kamienia na ziemię, ciśnie go widać.
Adam nie mówi nic.
— Tak sobie kupić traktor — z czym innym wyjeżdża Stasiek kulas.
— Ale — mamrocze Alojz.
— Kupię, bo i co? Kosztuje, bo kosztuje, ale i zysk.
Zaorzesz, zasiejesz, wymłócisz... jakbyś w sześćdziesiąt sześć ciągnął.
Spasion stuka pustą butelką o kamień.
— Postawi tam który?
— Stasiek — typują zgodnie. — Na traktor ma, na winowca też znajdzie. Stasiek — przytwierdzają.
— Nie mam, jej bohu, na swojego kulasa, nie mam, kobieta ostatni grosz zabrała, na ćmik ledwo zostało. Chyba ściepkę.
— Niech tam — przystaje Spasion. Ściąga z głowy czapkę, starą, wysmoloną rogatywkę. — No, Milusi, zrób początek, frajer zawsze pierwszy.
Autostradą przemyka samochód, potem jeszcze jeden.
— Amerykańska maszyna — przyuważa Adam. — Ale pruje, całkiem jak Stasiek...
Rechoczą, tymczasem Spasion przynosi butelkę, odkorkowuje.
— Pociągnij, Adam.
— Można — godzi się klarnecista. Łyka wina, ociera usta wierzchem dłoni, podnosi klarnet do ust.
Słuchają, przytupują. Stasiek kładzie swój drewniany kulas na zdrowej nodze, ściąga nogawkę, laską jak smyczkiem ciągnie po drewnianym kulasie. Inni się śmieją. Żarty zawsze trzymają się kulawego Staśka.
Zza zakrętu wyskakuje samochód, olśniewa ich reflektorami. Adam przestaje grać, odkaszluje.
— Co ta się ci ludzie tak po świecie rozbijają — dziwuje się Milusi. — Siedzieliby na dupie, jak im dobrze.
— Jak się grało w mieście, jeździło się takim — niedbale mruczy Adam.
— Ale.
— Jeździło się, jeździło.
— To czegoś się nie ostał, jak ci dobrze było.
— A bo to zawsze człowiek taki głupi.
— Ale.
— Wrócę, co sobie myślicie, wrócę, myślicie, zostanę tu? — spluwa raz za razem. — Myślicie sobie, tak tu będę siedział i w kółko wam grał? Nie takim będę grał, zobaczycie, skurczybyki. Pojadę do miasta, zaraz pojadę.
— To i jedź — powiada Spasion rozeźlony.
— A co? — wrzeszczy tamten, machając klarnetem. — Pojadę.
Wychodzi na autostradę, staje na środku z rozkrzyżowanymi rękami.
— No, patrzcie, jaki to — mówi biały Józek z podziwem.
Potem, po namyśle, dodaje: — I tak się powieszę.
Nikt nic nie mówi, więc powtarza:
— Zobaczycie, teraz już naprawdę się powieszę.
Wszyscy wiedzą, biały Józek dwa razy się już wieszał, za każdym razem odratowały go jego panny, najstarsze z jego ośmiorga, już dorosłe do zamążpójścia; molestowały go o wyprawy; przez to się wieszał. Ale co tu powiedzieć takiemu, co chce się powiesić? Jak mu przyjdzie, to i tak się powiesi, nikt go nie dopilnuje, chyba tylko jego córy; więc nikt nic nie mówi.
— Zobaczycie — powiada jeszcze raz. Idzie do kiosku, długo grzebie po kieszeniach, przynosi jedną butelkę: tyle tylko ma grosza, inaczej przyniósłby dwie.
Piją po kolei, patrzą na autostradę. Żaden samochód nie jedzie, więc patrzą na Adama-klarnecistę. Stoi tak ciągle, jak stał, i kołysze się na szeroko rozstawionych nogach.
— Pojadę — krzyczy — pojadę!
— Słaby łeb — osądza Spasion. — Pij tu z takim.
W końcu nadjeżdża samochód; jest jeszcze daleko, światła reflektorów błądzą po dachach najwyższych domów. Nikt nic nie mówi, wszyscy słuchają warkotu motoru. Samochód wyskakuje zza zakrętu, strzela reflektorami w Adama-klarnecistę. Adam zrywa się i krzycząc biegnie naprzeciw światłom. Światła odskakują gwałtownie, wpadają na nich, potem gdzieś w bok. Ktoś krzyczy, krzyczy ciągle, jego krzyk cichnie w miarę, jak oddala się samochód. Wszyscy patrzą w tamtą stronę, ale widać tylko te światła umykające, znikające za drugim zakrętem. Potem jest już tylko ciemność.
— Gdzie ta menda? — pyta biały Józek.
Stasiek-kulas wstaje i kuśtyka w stronę autostrady. Po paru chwilach wraca z klarnecistą, miotającym w półzamroczeniu przekleństwa, kładzie go obok kamienia, rzuca klarnet obok.
— Ano tak — powiada Spasion. — Pij tu z takim.
— Zaśpiewam wam, co? — odzywa się Milusi. — Zaśpiewam.
Nie protestują, więc Milusi śpiewa piosenkę, którą zawsze śpiewał. Pieśń, piochnę smętną, o miłości, o dziewczynie, która kochała i tęskniła, a on był daleko, a potem, gdy wrócił — ona była już żoną innego. Śpiewał długo i pięknie, po polsku, a potem to samo po francusku, bo we Francji był i po francusku umie. Nikt nic nie mówi, a gdy Milusi kończy — dalej nikt nic nie mówi.
— Ale się szos zbudowało — powiada w końcu Spasion.
Jest już całkiem ciemno, butelka pusta, ale nigdzie nie chce się iść.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.