Sprawiedliwość (Pilot)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Sprawiedliwość
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


SPRAWIEDLIWOŚĆ

Śpiewy słabną; w spoconych twarzach kobiet mdło lśnią płomyki świec.
— Ni mogymy więcy czekać — półgłosem mówi chłop w czarnym ubraniu. Szturcha klęczącego u stóp trumny chłopaka. — Słuchosz, Benek? Nie mogymy!
Kobiety przestają śpiewać. Chłopak podźwiga się z klęczek, odwraca głowę.
— Musimy czekać — szepcze. — Musimy. Matka kazali, żeby Francik na pogrzebie był.
— Ksiądz się ciepie, chce iść het z kościoła — mówi stary. — Co wtedy zrobimy?
— Zapłacę mu dwa razy tyle — szepcze chłopak. — Ni może iść... Matka kazali, żeby Francik był.
Stary wzdycha i patrzy na kobiety, one też patrzą na niego. Stary medytuje trochę, intonuje „Salve Regina”, kobiety podejmują słabo. Gromnice dopalają się, gorący wosk spływa po lichtarzach i miękko płaszcze o podłogę. Stary, potrącając kobiety, wychodzi z izby.
Furman siedzi na stopniu wolanta i kurzy papierosa.
— No? — pyta.
— Benek chce czekać. Ni mogę mu przetłumaczyć.
— Konie robią się niespokojne — furman chlaszcze biczyskiem o cholewę wyglansowanych oficerek. — Kupa czasu, ze dwie morgi by się zaorało.
— No, patrz, co robić — wzdycha stary. — On tu przecie rządzi, jego matki pogrzeb.
— Przetłumaczcie mu jako, wyście tu przecie cały tego... — mówi furman. — Kara boska, tak czekać i czekać...
— Ano, nie powiem — kiwa głową stary. Przydeptując klęczącym kobietom ich wielkie czarne chusty, lezie z powrotem do izby. Tyka ręką chłopaka.
— Cas — szepcze — cas.
Chłopak podnosi się.
— Wam też za dwu zapłacę.
— Ni, ni — zapala się wstydem stary. — Kiedy ino od księdza przysłali, że ostatni cas.
— Ale co by matka powiedzieli — waha się chłopak. — A Francik.
— Cas — nie popuszcza stary. — Cas wywodzić.
Kiwa ręką. Dwaj mężczyźni zestawiają trumnę z ławy na podłogę, ostrożnie poczynają opuszczać wieko.
— Matka — mówi chłopak i szlocha nagle. Stary okrąża trumnę, omacuje, czy wieko dobrze założone, potem z jednej kieszeni swego czarnego ubrania wyjmuje gwoździe, z drugiej młotek. Wyszukuje miejsce, przymierza gwoździem. Dobrze mu idzie ta robota, nie trwa długo. Kończy, czterej starzy chłopi dźwigają trumnę i złożywszy nią trzykrotny pokłon przed progiem, przekraczają go. Furman podjeżdża wolantem, starcy sapiąc ustawiają trumnę. Baby, popłakując, poszlochując, składają wieńce.
Chłop w czarnym bierze oparty o framugę okna krzyż, wychodzi przed kondukt.
— Już — szepcze furmanowi, wznosi krzyż wysoko nad głowę, zaczyna śpiewanie:
Salve Regina, matko litości...
Baby podchwytują śpiew. Wolant skrzypiąc rusza z miejsca.
Chłop z krzyżem mija wrota i oglądając się raz po raz, by zbytnio nie wyprzedzać konduktu, rusza krętym, ledwo wytartym w ścierniskach szlakiem. Czasami, kiedy śpiewanie kobiet zatraca się w wysokich piskach, nabiera powietrza i ciągnie melodię, aż krzyż dygocze nad jego głową.
Konie idą powoli, koła wolantu głęboko grzęzną w piachu i skrzypią monotonnie. Chłopak idący za trumną zbacza co parę kroków i ponad ramieniem furmana lustruje szlak, który po kilkudziesięciu metrach gubi się w zakolach wśród ściernisk.
Naraz chłopak podrywa się i pędzi kłusem ku staremu.
— Jedzie — mówi. — Patrzcie no. Auto.
Stary przystaje i opuszcza krzyż.
— Czy to aby on? — powątpiewa. Samochód pędzi w burym tumanie kurzu.
— A kto by — nie odstępuje chłopak.
Konie zatrzymują się tuż za nimi, dyszel dotyka prawie pleców starego. Furman, waląc lejcami po cholewach zakurzonych teraz oficerek, przyskakuje do nich.
— Siwek młody, jeszcze zagzi się, jak nadjadą.
Stary ogląda się na niego i wetknąwszy mu w ręce krzyż, wymachując rękami pędzi samochodowi naprzeciw. Kobiety z konduktu wychodzą przed konie i patrzą, jak samochód zatrzymuje się, ktoś wychodzi z szoferki, idzie do tyłu i stamtąd po chwili wyskakuje chłopak w więziennym ubraniu. Stoi chwilę, potem ściąga z głowy myckę i niezdarnie poczyna biec koleiną. Za jego plecami pojawia się strażnik w granatowym mundurze, truchci też, karabin podskakuje mu na plecach, zdejmuje go po paru krokach, biegnie, trzymając za lufę prawą ręką. Kobiety cofają się, a kiedy chłopak jest już blisko, rozstępują się, odsłaniając wolant. Chłopak odtrąca furmana i wskakując na stopień wolanta, dotyka trumny.
— Matka — mówi. — Matka.... — I obiema rękami uchwyciwszy przedni skraj trumny, ciągnie ją gwałtownie ku sobie. Trumna przechyla się, wieńce opadają.
— Francik, coś ty — woła furman i potykając się o krzyż, biegnie w stronę chłopaka. — Francik...
Chłopak schodzi ze stopni wolanta i staje z opuszczonymi rękami. Więzienna mycka wymyka mu się spomiędzy palców.
— Trumnę trza odewrzeć — mówi któraś z kobiet.
— Odewrzyjcie — mówi chłopak.
Furman ze strażnikiem ostrożnie zdejmują trumnę, stary znów wyciąga młotek i zaczyna podważać wieko. Któryś gwóźdź nie puszcza, stary wyjmuje z kieszeni chustkę, przyklęka na jedno kolano, dosadza się, stęka.
— No — mówi. Furman i strażnik ostrożnie zdejmują wieko i kładą obok.
Chłopak w więziennym ubiorze żegna się i klęka.
— Matka — szepcze, całuje złożone i omotane różańcem dłonie zmarłej. Poruszając ustami, wpatruje się w jej twarz.
Stary wyciąga z kieszeni zegarek, waży go w dłoni, popatruje na cyferblat, głośno puka paznokciem w szkiełko.
— Cas, cas — szepcze więźniowi. Chłopak podnosi się, patrzy na ludzi niewidząco, przyklęka znów, ostrożnie poprawia przekrzywiony czepiec matki.
Furman ze strażnikiem szybko nakładają wieko, stary, w pośpiechu przyszczypując sobie palce, wbija gwoździe. Kondukt rusza znów. Bracia idą tuż za tylnimi kołami wolanta, krok za nimi brnie strażnik.
— Co matula? — szeptem pyta starszy.
— Lekką mieli śmierć. Do końca wszystko wiedzieli. Jak już konali, kazali, żebyś ty był na pogrzebie. Przez to nie dawałem zabijać wieka, ale Jasiuk mówił, że trzeba, i tak my pojechali.
— Co z gospodarką?
— Przy sołtysie matka wszystko przepisali na mnie — powiada mały i patrzy na brata. — Powiedzieli, że tobie nie, boby ci na tę tam odciągnęli...
— Tak powiedzieli?
— Tak powiedzieli i przykazali, żebym ci twoje dał, jak cię puszczą.
— Tak przykazali?
— Tak przykazali. I jeszcze powiedzieli, że tak trzeba, bo musi sprawiedliwość być.
— Tak powiedzieli?
— Tak powiedzieli.
— No bo patrz, ja żem też tak naczelnikowi powiedział, jak mnie do niego zaprowadzili. „Matka twoja umarli — powiada on mi. — I ty żeś — powiada on mi jeszcze — ją zabił”. „Ja żem zabił? Boga by żeście się bali — powiadam mu ja. — Jak bym ja swoją matkę mógł zabić, Boga się bójcie!”
— Tak żeś mu powiedział?
— Tak żem mu powiedział.
— To on mi mówi: „Matkę żeś zabił, bo za ciebie ona na gospodarce harała, jak ty żeś tu próżnował”. A ja mu mówię: „Pani naczelniku, jak pón tak może mówić, to tak, jakbym ja chciał tu siedzieć. Obskarżyli mnie, zamknęli, choć żem był niewinny”. „Mógłżeś tamtej pieniądze płacić” — on mi.
„Za co — ja mu powiadam — za co ja żem miał pieniądze płacić, jak sam Bóg poświadczyć może, żem ja niewinny. Dziecko nie moje”. „Sąd tak osądził” — on na to. „Bo fałszywce krzywo świadkowali — mówię — przez to mnie posadzili.” „A może by lepiej było płacić, zamiast tak lata młode trawić?” — on powiada. „Musi na świecie być sprawiedliwość — powiadam ja mu na to — choćbym do końca życia miał siedzieć, to będę siedział, aż będzie sprawiedliwość!”
— Tak żeś powiedział?
— Tak żem mu powiedział. A on śmiał się tak, jakby mu kto najlepszego wica opowiedział. A jak przestał się śmiać, to powiedział, że nikogo by nie wypuścił, ale mnie na pogrzeb wypuści.
— Tak powiedział?
— Tak powiedział.
Kondukt ciągnie przez wieś. Ludzie wychodzą na podwórka, czasami ktoś przyłącza się do idących za trumną... Bracia milczą trochę.
— Jak ty, bidoku, teraz z gospodarką sobie dosz rady — wzdycha starszy.
— Matka kazali mi końca żałoby nie czekać i się żenić.
— Bo to ci dadzą ślub...
— Matka przy namaszczeniu księdzu powiedzieli, żeby dał.
Milkną znów. Starszy patrzy w kierunku domu, do którego zbliża się kondukt. Baby też zerkają w tamtą stronę, tylko strażnik idzie obojętnie, patrzy gdzieś sobie pod nogi.
— Uwożej, ty miastowy bucu! — szturcha go naraz któraś z bab. Strażnik otrząsa się, patrzy też w stronę chałupy, na którą już teraz wszyscy patrzą. W oknie miga kobieca twarz, znika za firanką, za plecami więźnia, który nagle znajduje się w polu widzenia strażnika.
— Stój! — krzyczy strażnik i wali więźnia kolbą wyłuskanego spod pachy karabinu. Krzyk, więzień wali się w piach. Strażnik staje nad nim, patrzy, potem szarpie za kołnierz. Chłopak nie podnosi się. Strażnik bezradnie ogląda się na baby, które przechodzą obok, śpiewając, potem na okno, w którym znów za firanką rysuje się kobiecy profil.
Kondukt mija ich wreszcie, strażnik, ciągle jedną ręką trzymając chłopaka za kołnierz, drugą macha na karetkę, która wlecze się gdzieś z tyłu. Szofer dodaje gazu, przystaje o krok.
— Co?
Strażnik nie odpowiada. Razem z szoferem podnoszą więźnia i wloką do karetki.
— Musi być sprawiedliwość — zgrzyta chłopak ustami umorusanymi piachem.
— Będziesz ją miał, psia twoja — klnie strażnik i zatrzaskuje drzwiczki.
— Dziki naród — mówi do szofera. Kręci głową, jeszcze raz mówi: — Dziki naród...
Dzwony huczą żałobnie, przygłuszając skrzekliwe zaśpiewy starego, pod którego przewodem kondukt wchodzi na kościelny dziedziniec.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.