Trędowata/Tom I/XXXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXXIX.

Polowania, zabawy, turnieje konne trwały dziesięć dni. Wielki bal kostjumowy, oddawna będący w programie, zakończył sezon głębowicki. Biała sala balowa w zamku, podtrzymywana przez marmurowe filary owinięte bluszczem, tonęła w świetle lamp elektrycznych, w blasku kryształowych żyrandoli, w masie kwiatów i zieleni. Sala pomieściła miejscowe towarzystwo i mnóstwo osób przyjezdnych. Kostjumy były kosztowne i oryginalne. Wyróżniała się hrabina Wizembergowa w symbolicznym ubiorze burzy. Fantastyczną, perłowo-szafirową materyę ciężkiej powłóczystej sukni ozdabiały pęki z gazy w odcieniach kłębiących się chmur, więc: brudno-złote, ciemno-fioletowe, niebieskawe i szaro-białe, — wszystkie łączyły się z sobą bardzo harmonijnie. Na gazowych chmurach złociły się ogniste gzygzaki piorunów ze złotych blaszek. Błyskawice udawały wszywane w gazę kawałki materji, usiane drobniutkimi brylantami. Taki sam sznur roziskrzony, ale z wielkich brylantów, otaczał szyję. Ramiona owijały złote węże z kamieniami Od krótkich rękawów spłynął bujny, roztargany pęk traw, tak lekkich że od ruchu ramion wiewał nieustannie, jakby szarpany wichrem. Czarne ciężkie włosy hrabina miała rozpuszczone; na głowie piętrzył się ciemny obłok fijoletowej gazy, przeszyty złotym piorunem z wielkim brylantem na końcu. Z pod obłoku spływały wiotkie, długie rozwiane trawy. W ręku hrabina miała wachlarz ze złotych blaszek i brylantów, oraz złotą laseczkę, zakończoną piorunowym gzygzakiem z brylantów. Laseczka posiadała w osadzie małą pękawkę, która za przyciśnięciem wydawała suchy trzask. Kostjum był artystyczny i niezwykły, zastosowany do klasycznej, lecz groźnej piękności hrabiny. Rozwiane trawy, udające do złudzenia miotanie wiatrów, i nagłe błyski brylantów czyniły kostjum niesłychanie efektownym. Hrabianka Melanja, przebrana za bogatą izraelitkę, wyglądała również dobrze, w sukni ze złotej lamy, w białym welonie, podtrzymywanym na głowie przez wysoki djadem, szyty perłami. Tworzyło to wielce udatną całość z jej wschodnią urodą. Panna Rita przemieniła się w Katarzynę Howard, Lucia we włoską kwiaciarkę. Stefcia była damą z czasów dyrektorjatu, w różowej powłóczystej sukni z lekkiej wełny, z jedwabną szarfą i w czarnym kapeluszu z wielkiemi strusiemi piórami. Włosy miała zaczesane wytwornie: bujna fala loków spływała na jej plecy. Szyję ozdobiła sznurkiem pereł dosyć cennych. W tym stroju, z wachlarzem z czarnych strusich piór, pękami różowych kamelji przy gorsie i we włosach, była poważniejszą, niż zwykle, ale tak ładną i dystyngowaną, że więcej biegło oczu męskich za nią, niż za wspaniałą żydówką. Waldemar i większość panów nie mieli kostjumów.
Tańce szły z wielkiem ożywieniem. Dwie orkiestry zmieniały się z sobą. Bal ten miał już odmienny styl, niż podczas wystawy. Składała się na to przepyszna sala, dobór towarzystwa, bogate stroje i duch inny, niż na balu publicznym. Ramy magnackiego zamku różniły się od hotelowych. Tu ordynat występował w roli gospodarza zabawy i właściciela.
W czasie figury mazurowej do młodego Michorowskiego podbiegł Brochwicz, trzymając pod rękę hrabiankę Melanję i Stefcię.
— Elektryczność i ogień au naturel! — zawołał.
— Wolę ogień. Elektryczności mam dosyć — odparł Waldemar.
Brochwicz oddał mu Stefcię.
Hrabianka zaśmiała się przykrym, szyderczym śmiechem.
— Les extrémes se touchent! — rzuciła z ironją.
Ordynat tańczył mazura klasycznie, z dystynkcją i junakierją zarazem, Stefcia płynęła: wyglądali niesłychanie. W tańcu spoglądał jej często w oczy. Ona swych nie spuszczała. W zawrotach przygarniał ją silnie, lecz bez zapału. Jego taniec, pomimo zręczności i zuchwałej brawury, układał się jednak trochę posągowo, co nadawało mu wyłączny wyraz. Twarz miał prawie poważną, Stefcia, pomimo zorzy w oczach — zamyśloną. Oboje byli szlachetni w ruchach. Wiał od nich urok. Musiano ich podziwiać.
— Cette fille a l’air d’une princesse! — zmełła w zębach hrabianka Melanja.
Brochwicz dosłyszał.
— Tak pod tą parą napisałbym — l‘état c’est moi — rzekł z zapałem.
Hrabianka rzuciła mu wyzywające spojrzenie.
Na boku, pod filarem stał pan Maciej. Oczy jego ścigały tańczących z uporem, ale bez przyjemności. Przeciwnie, zsunięte brwi starca wyrażały grozę, oczy świeciły ponuro. Widywał tańczącego wnuka, lecz jakoś inaczej. Mazur z tą dziewczyną przeistaczał go. On, niewielki zwolennik tańca, teraz wkładał weń całą duszę, patrząc na Stefcię, nie widział nic już więcej. Albo ta Stefcia?... Pana Macieja ogarniał niepokój. Jak ona dziś wygląda? Ta różowa dama z czasów dyrektorjatu, z wytwornym wdziękiem podnosząca do ust wachlarz, z uroczą powagą płynie przez salę, jak księżniczka. Pan Maciej nie poznaje codziennej Stefci, w skromnych sukniach, wesołej, nieraz rozbawionej, jak dziecko, albo z tęskną myślą na świeżej twarzy. Co ją dziś czyni poważniejszą?... Zawsze jest zręczną, lekka jak powiew, zawsze delikatna, pełna powabu i uroku. Ale ten majestat, wykwintna dystynkcja, zdobiąca ją dzisiaj, uderza starca. Patrzy na nią, patrzy i przypomina chwile, zasnute mgły odległych lat: przymyka oczy, słucha, jak serce bije mocno z grozy, poruszone wspomnieniami, i nagle z piersi jego wydobywa się jękliwy starczy głos:
— Ona... zupełnie ona... Skąd to podobieństwo?... Co to jest?...
A po chwili znowu prawie z przerażeniem:
— Imię, uroda, wiek, czar — wszystko jak u tamtej... Boże!...
Starzec stoi, jak przykuty, i śledząc różową postać, coraz nowe odkrywa podobieństwa i rani swą zdrętwiałą duszę.
— Ten sam charakter, usposobienie... te same ruchy i głos... Czy to ona w odrodzeniu?
Zadrżał na calem ciele.
— Czy i przeznaczenie takie same?... Jakieś fatum naszej rodziny... Boże, zmiłuj się!
Pan Maciej był silnie zdenerwowany, unikał wnuka, nawet jego wzroku.
Po skończonym mazurze, ogród zimowy, zamkowa oranżerja i palmiarnia, przytykająca do sali balowej, napełniły się strojnemi postaciami pań i panów. Inni przechadzali się po ogromnej, pysznie urządzonej halli, będącej dopełnieniem białej sali. Stąd wchodziło się na żelazną rzeźbioną galerję zimowego ogrodu, biegnącą dokoła szklanych ścian z widokiem na cale urządzenie wewnętrzne.
W spacerowej halli zwracały uwagę płaskorzeźby sufitu, przedstawiające walki i pochody wojskowe z szeregami jeźdźców na koniach. Cała halla miała ton niebieski i nadzwyczaj cenną wenecką posadzkę mozajkową.
Wszędzie bawiono się wesoło. Wachlarze powiewały wolno, gorączkowo i namiętnie. Rozlegały się głośne rozmowy i ciche szepty pojedyńczych par. Elektryczne lampki, nieznacznie poumieszczane wśród palm i kwiatów, łagodnemi błyskami pełzały po obnażonych ramionach, kładły w oczy melancholijne cienie.
Waldemar usiłował spotkać Stefcię, ale mu ciągłe ktoś w drogę wchodził. Sam zresztą miał zbyt wielkie powodzenie. Po długich poszukiwaniach odkrył jej różową suknię za grupą drzew palmowych, usłyszał jej wesoły, młody głos i stanął, chcąc się przekonać, z kim rozmawia. Obok niej ujrzał Trestkę, nieco dalej pannę Ritę w towarzystwie miejscowego lekarza z Głębowicz. Trestka miał minę bardzo zajętą, dowodził coś z ożywieniem. Waldemar, zaciekawiony zbliżył się.
— O czem oni mówią?
— Widzi pani, — rozprawiał Trestka — ja jestem szczery: zmieniła się pani. na awantaż. Nie powiem, żeby pani wypiękniała, gdyż i dawniej nic pani nie brakowało, ale jakaś zmiana jest — i to nasza zasługa.
— A to, jakim sposobem?
— Miała pani rasę, ale trochę tremy, co psuło efekt. Nie mogła się pani zorjentować w nowych ramach.
— Czyli, że teraz zmieniłam się na lepsze?
— Ba! i jak jeszcze, W tym stroju jest pani zachwycającą. Wyobrażam sobie Napoleona na mojem miejscu.
Stefcia parsknęła śmiechem.
— Skąd panu znowu Napoleon przyszedł na myśl? Czy z powodu mego kostjumu? Nie przypominam chyba Józefiny Beauharnais.

— Strasznie pani cnotliwa, skoro widzi Napoleona tylko przy Józefinie.
Tu ordynat występował w roli gospodarza zabawy i właściciela.  str. 223.
— Więc może do Marji Ludwiki jestem podobna?

— Ach, co znowu! to była glista, nie kobieta.
Stefcia zaśmiała się.
— Wyborny pan jest! Jakże można robić takie porównanie?
— W każdym razie moje jest mniej potworne, niż zestawienie pani z Marją Ludwiką.
— Ach! mam to uważać za komplement i podziękować? Tego musi się pan wyrzec, bo nie dziękuję nigdy za komplementy.
— Ale je pani lubi, co to gadać! Odemnie one nie robią wrażenia. Gdyby tak Napoleon...
— O! niech już pan nie nudzi tym Napoleonem. Czy on mówił komplementy?
— Jemu mówili.
— W każdym razie nie kobiety.
— A jej! najwięcej! On miał szaloną wenę, na tuziny liczył wielbicielek! Chce pani, to je wymienię, bo widzę, że pani słaba jest w epoce napoleońskiej.
— Dziękuję, znam ją dokładnie.
— Czy i ze szczegółami?...
— Zdaje mi się.
— No więc egzamin: które wielbicielki były z nim pod Trafalgar, które nad Berezyną, a które w wąwozach Somosierra, — bo on i tam flirtował.
— Niech pan sam na to odpowie i postawi sobie piątkę, a już z góry wołam brawo!
— I bis?
— Nie, i zapuszczam kurtynę.
— To rzekłszy. Stefcia frunęła w drugą stronę palmiarni.
— Dowcipna i umie się bronić — mruknął Trestka.
Dziś Stefcię napastowano ze wszystkich stron. Zaledwo odeszła od Trestki, gdy spotkała się z monoklem swego adoratora z wystawy. Chciała go minąć, lecz posunął się do niej żywo, uprzedzając Waldemara.
— Panno Stefanjo. pani mnie dziś tyranizuje Nie otrzymałem ani jednego lepszego słówka, a z tańców tylko ten nędzny walc.
— O! panie hrabio, powinno to panu wystarczyć.
— Merci! wygląda pani, jak królowa, ale dla swych poddanych jest pani bezlitośrna.
— Doprawdy? Kogóż to pan uważa za mych poddanych?
— Siebie przedewszystkiem.
— Radzę panu przejść pod inne berło. Będzie to korzystniej dla stron obu.
— Jestem rojalistą, przywiązanym do dynastji.
— Ależ, hrabio, ja przedstawiam republikę dzisiejszym strojem.
— To nic. Mimo to włada pani berłem. Ale ja nie mam szansy. Szczególnie ta palmiarnia... Ciągłe mi się pani kryje.
— Cudowne palmy!
— Jak wszystko w Głębowiczach. Panie nawet ordynata nazywają cudownym.
— Pan się na to nie zgadza?
— A pani?...
Stefcia się zająknęła.
— Ordynat jest zastosowany do swego otoczenia — odrzekła prędko.
— To znaczy cudowny.
— Och nie! Lubię cudowne rzeczy, ale cudownych ludzi nie znoszę.
— To wiele mówi! Przytem jest pani sama z sobą w niezgodzie.
Stefcia złożyła mu dworski, powłóczysty ukłon.
— Monsieur! je suis enchantée.
Zaśmiała się i znikła.
Hrabia ruszył wytrwale za nią.
Waldemar słysząc wszystko, przeciągnął rękę po czole.
— Jak ona potrafi się zbywać i jak sobie z nich nic nie robi — szepnął zadowolony.
Postanowił zbliżyć się do niej sam.
Siedziała na marmurowej ławeczce z księżniczką Lilą Podhorecką w otoczeniu kilku panien i panów. Gdy Waldemar podszedł, Stefcia zwróciła się do niego:
— Panie Michorowski, prosimy na kongres międzynarodowy. Jest tu dosyć narodowości w kostjumach. Jedni obstają za menuetem, a drudzy chcą jeszcze napawać się palmami.
— A pani do których należy?
— Ja zajmuję stanowisko pośrednie, bo menueta nie tańczę. Wybrano mię na arbitra.
— Zatem interwencja moja nie jest potrzebna?
— Ale do jakiego należy pan obozu?
— Ja jestem za menuetem. A większość głosów?
— Tak samo. Więc sprawa rozstrzygnięta.
Wdzięcznym ruchem uderzyła się wachlarzem w dłoń.
Wodzirej, młody książę Giersztorf, wybiegł na salę. Wkrótce zagrzmiała muzyka. Menuet popłynął melancholijną, dźwięczną nutą. Stefcia i Waldemar stali w drzwiach palmiarni pod wielkiemi festonami róż i zieleni.
— A pan nie tańczy?
— Nie, pani.
— A jednak pan głosował za menuetem?
— Umyślnie. Wolę rozmawiać z panią.
Stefcia umilkła. Rozbawionemi oczyma ścigała barwny sznur wijących się par. Biała sala, ubrana w palmy i kwiaty, strojna we freski i wspaniałe złocenia, fantastyczne postacie, chylące się ku sobie w wytwornych ukłonach, sprawiały wrażenie z pierwszych lat stulecia.
— Tak musiały wyglądać bale w Sans Souci i Wersalu — rzekła Stefcia do ordynata.
— Tak, tylko brakuje peruk i koronkowych żabotów, no i pończoch.
— I muszek na twarzach pań oraz kokieterji — dodała Stefcia.
— Tej zawsze dosyć. Nawet i pani ma trochę kokieterji.
— Doprawdy?
— Ale u pani jest ona wyłączna. Kokieterja mimozy pociąga bezwiednie i nawet jest wybredna.
— Z czego pan to wnioskuje?
Michorowski z ładnym uśmiechem poruszył głową.
— Stawia pani dość śmiałe pytanie. Gdy zechcę być szczerym, muszę być zarozumiałym, a na to mi nie pozwala własna etyka.
Dziewczyna zmieszała się, ale odpowiedziała szczerze:
— Może i jestem wybredna, lecz... tam, gdzie przestaję nią być, tracę zwykła odwagę i wówczas zapewne mam bardzo naiwną minę.
W oczach ordynata błysnął promień radosny.
Ogarnął ją pieszczotliwym wzrokiem.
— Nie naiwną, broń Boże! ale zakłopotaną — i to na panią rzuca dziwnie ładny refleks, wzruszający. To stanowi doskonały kontrast ze zwykłą pani wesołością i swadą. Trudno się domyślać, że jej wdzięczna zuchowatość może mieć takie chwile, jak obecna, i... śliczne.
Stefcia spojrzała na mówiącego. Po twarzy jej przebiegła jasna błyskawica rumieńca, charakterystyczna u niej, a zawsze czarująca Waldemara.
— Zdaje mi się, że pan...
— Wkracza w zarozumiałość? Sama mnie pani do tego upoważniła, niechcący naturalnie. Ja zaś pochlebiam sobie, że w oczach pani mam nieco więcej szans od hrabiego z monoklem, Wilusia i Trestki.
Stefcia uśmiechnęła się.
— Trzeba przyznać, że nie wybrał pan zbyt silnych przeciwników. Tu zarozumiałość pańska trochę blednie.
Waldemar skłonił głowę wytwornym ruchem. Był to rodzaj podziękowania.
Milczeli jakiś czas, poczem on rzekł znowu, wskazując tańczących:
— Niech pani zauważy entuzjazm niektórych pań. Menuet nazwałbym tańcem najsenniejszym, a jednak rozgrzewa. Dobry wynalazek! Często w tańcu odkrywa się temperament. Ale każdy widz zdaleka musi się dziwić, co tych ludzi tak podnieca.
— Tak. Lecz podobnego wrażenia może doznać człowiek nie tańczący, zatem nie amator. Gdy jest przeciwnie, widok tańczących musi porywać. Chciałabym jednak widzieć, jaki człowiek pierwszy raz zatańczył?
— Albo warjat w przystępie szału, albo jakiś bezmiernie zadowolony osobnik, może jaskiniowiec z epoki jurajskiej wykonał taki radosny odruch przy szczęśliwie zdobytej zwierzynie.
— Albo po zjedzeniu własnej żony, którą to biesiadą zakończył miodowy miesiąc — odezwał się za nimi głos Trestki.
Stefcia i Waldemar zaśmiali się.
— Skąd pan wiedział o czem rozmawiamy?
Zapytany zrzucił binokle.
— Mam wyborny słuch, a że także nie tańczę menueta, bo mi działa na nerwy, więc podążyłem do państwa. Kwestja, postawiona przez pannę Stefanję, podobała mi się. Jeżeli mnie tu nie chcecie, to pójdę sobie. Liczę jednak na waszą uprzejmość. Spójrzcie państwo na Barskiego: co za niesłychany wzrok skierował na nas. Uważacie?
Michorowski zmarszczył się.
— To także jaskiniowiec nowoczesny.
— Gdzie jest panna Rita? — zapytała Stefcia.
— Kłaniają się sobie ze Żninem i są zadowoleni.
— A pan nic na to.
— Cóż mam zrobić: w łeb sobie palnąć, czy powiesić się? — odparł krzykliwie.
— Nie, ale razem tańczyć.
— Ani myślę. To byłaby za wielka ofiara z mej strony.
Książę Giersztorf zakończył menueta. Pary rozsypały się. Wachlarze poszły w ruch. Krótki odpoczynek i przy dźwiękach orkiestry długi barwny sznur ruszył do sali jadalnej, poprzedzany przez marszałka dworu. On umieszczał pary przy świetnych stołach. Była to już uczta pożegnalna — wszystkich na te myśl ogarniało wzruszenie.
Nazajutrz umyślnie sprowadzony fotograf zdejmował grupę towarzystwa w kostjumach. Stefcia stała w drugim szeregu, trochę z boku. Waldemar nadszedł, kiedy już grupę ustawiono. Stanął za Stefcią. Przewyższał ją, ale musiał się nieco przesunąć w bok, gdyż jej duży kapelusz zasłaniał mu dół twarzy. Hrabianka w pierwszym rzędzie nie zauważyła tego. Rita, przeciwnie, szepnęła cichutko do Trestki:
— Pierwsze publiczne téte-á-téte.
Trestka skinął głową twierdząco.
Oprócz zbiorowej grupy, wszystkie panie zdejmowały się osobno, w kostjumach i w balowych strojach, Stefcia w swym kostjumie z czasów dyrektorjatu, a na prośby Luci — w codziennej szarej sukience i w koralach.
Była grupa myśliwska w zwierzyńcu, grupy na łodziach; zdejmowano konne kawalkady, partję tennisa i grę w bilard. Cały dzień zeszedł na zdjęciach. Niektórzy goście przed wieczorem wyjechali na kolej, inni mieli opuścić Głębowicze na drugi dzień rano. Odjeżdżające panie otrzymywały od ordynata bukiety, orkiestra grała na krużganku.
Ostatni wieczór zgromadził w sali jadalnej znacznie szczuplejsze towarzystwo i dziwnym trafem najsympatyczniejsze. Wyjechali Barscy i kilka osób ich pokroju. Zaraz inny duch powiał. Wyjazd hrabianki nie był triumfalnym. Dostała bardzo piękny bukiet, orkiestra grzmiała jak dla innych, wiozła ją wspaniała kareta i cztery siwe araby, ale hrabianka miała złość na twarzy. Spotkał ją zawód. Nie została narzeczoną ordynata i żadnej nadziei mieć nie mogła. Najwięcej ją gniewała świadomość, kto jest winien jej porażce.
Hrabia jechał posępny, jak chmura. Wymarzona godność teścia w Głębowiczach uciekła przed nim, w jej doścignięcie już nie wierzył. Miał głuchy żal do córki, wyrzucał jej obojętność dla ojca i dla własnego herbu, nie myśląc, że jej ambicja cierpi również dotkliwie, nawet więcej. Hrabia patrzał na pyszną urodę córki, przymykał oczy, haftował ją sobie na tle olbrzymiego posagu i dziewięciopałkowej korony z herbem na żółtem polu. Ogarniało go zdumienie. „I to wszystko nie podziałało na ordynata? Ależ to idjota, głupiec!“ Ilekroć przed oczyma dumnego pana przesunęła się delikatna, wdzięczna postać Stefci, zaciskał pięści.
Usposobienie rozgoryczonej pary hrabiowskiej zdawało się rozsadzać karetę. Ale ogiery arabskie pędziły do stacji kolejowej wyciągniętym kłusem, oddalając się od niewdzięcznych Głębowicz, co, jak złoty sen hrabianki, zachodziły w mgłę.
W zamku nie było smutno, lecz trochę odmiennie. Wszystkich ogarniał melancholijny spokój po gwarnych dniach. Chodzili po wązkich uliczkach zimowego ogrodu, zaglądali do winnicy, do ananasarni, do uroczej doliny róż.
Każdy myślał z żalem, że jutro trzeba opuścić zaczarowany zamek. I niejedno westchnienie wionęło, niejedne oczy szukały tego, który stanowił oś minionych zabaw, środkowy punkt zamku.
Stefcia nie wzdychała, nie oglądała się za Waldemarem, cicha i milcząca. Doznawała dziwnych uczuć: że chce się stąd wyrwać i nie może, chce uciekać — coś ją trzyma, chce się bronić — coś woła na nią: „Zapóźno!“ Było jej tak ciężko, jakby ten ogromny zamek walił się na nią. Przepych, wspaniałość znowu zaczęły ją dławić. Żal niesłychany rozrywał piersi łkaniem. Tłoczyły ją uczucia i paliły ogniem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.