Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poruszone wspomnieniami, i nagle z piersi jego wydobywa się jękliwy starczy głos:
— Ona... zupełnie ona... Skąd to podobieństwo?... Co to jest?...
A po chwili znowu prawie z przerażeniem:
— Imię, uroda, wiek, czar — wszystko jak u tamtej... Boże!...
Starzec stoi, jak przykuty, i śledząc różową postać, coraz nowe odkrywa podobieństwa i rani swą zdrętwiałą duszę.
— Ten sam charakter, usposobienie... te same ruchy i głos... Czy to ona w odrodzeniu?
Zadrżał na calem ciele.
— Czy i przeznaczenie takie same?... Jakieś fatum naszej rodziny... Boże, zmiłuj się!
Pan Maciej był silnie zdenerwowany, unikał wnuka, nawet jego wzroku.
Po skończonym mazurze, ogród zimowy, zamkowa oranżerja i palmiarnia, przytykająca do sali balowej, napełniły się strojnemi postaciami pań i panów. Inni przechadzali się po ogromnej, pysznie urządzonej halli, będącej dopełnieniem białej sali. Stąd wchodziło się na żelazną rzeźbioną galerję zimowego ogrodu, biegnącą dokoła szklanych ścian z widokiem na cale urządzenie wewnętrzne.
W spacerowej halli zwracały uwagę płaskorzeźby sufitu, przedstawiające walki i pochody wojskowe z szeregami jeźdźców na koniach. Cała halla miała ton niebieski i nadzwyczaj cenną wenecką posadzkę mozajkową.
Wszędzie bawiono się wesoło. Wachlarze powiewały wolno, gorączkowo i namiętnie. Rozlegały się głośne rozmowy i ciche szepty pojedyńczych par. Elektryczne lampki, nieznacznie poumieszczane wśród palm i kwiatów, łagodnemi błyskami pełzały po obnażonych ramionach, kładły w oczy melancholijne cienie.
Waldemar usiłował spotkać Stefcię, ale mu ciągłe ktoś w drogę wchodził. Sam zresztą miał zbyt wielkie powodzenie. Po długich poszukiwaniach odkrył jej różową suknię za grupą drzew palmowych, usłyszał jej wesoły, młody głos i stanął, chcąc się przekonać, z kim rozmawia. Obok niej ujrzał Trestkę, nieco dalej pannę Ritę w towarzystwie miejscowego lekarza z Głębowicz. Trestka miał minę bardzo zajętą, dowodził coś z ożywieniem. Waldemar, zaciekawiony zbliżył się.
— O czem oni mówią?
— Widzi pani, — rozprawiał Trestka — ja jestem szczery: zmieniła się pani. na awantaż. Nie powiem, żeby pani wypiękniała, gdyż i dawniej nic pani nie brakowało, ale jakaś zmiana jest — i to nasza zasługa.
— A to, jakim sposobem?
— Miała pani rasę, ale trochę tremy, co psuło efekt. Nie mogła się pani zorjentować w nowych ramach.
— Czyli, że teraz zmieniłam się na lepsze?
— Ba! i jak jeszcze, W tym stroju jest pani zachwycającą. Wyobrażam sobie Napoleona na mojem miejscu.
Stefcia parsknęła śmiechem.
— Skąd panu znowu Napoleon przyszedł na myśl? Czy z powodu mego kostjumu? Nie przypominam chyba Józefiny Beauharnais.
— Strasznie pani cnotliwa, skoro widzi Napoleona tylko przy Józefinie.