Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łami. Tworzyło to wielce udatną całość z jej wschodnią urodą. Panna Rita przemieniła się w Katarzynę Howard, Lucia we włoską kwiaciarkę. Stefcia była damą z czasów dyrektorjatu, w różowej powłóczystej sukni z lekkiej wełny, z jedwabną szarfą i w czarnym kapeluszu z wielkiemi strusiemi piórami. Włosy miała zaczesane wytwornie: bujna fala loków spływała na jej plecy. Szyję ozdobiła sznurkiem pereł dosyć cennych. W tym stroju, z wachlarzem z czarnych strusich piór, pękami różowych kamelji przy gorsie i we włosach, była poważniejszą, niż zwykle, ale tak ładną i dystyngowaną, że więcej biegło oczu męskich za nią, niż za wspaniałą żydówką. Waldemar i większość panów nie mieli kostjumów.
Tańce szły z wielkiem ożywieniem. Dwie orkiestry zmieniały się z sobą. Bal ten miał już odmienny styl, niż podczas wystawy. Składała się na to przepyszna sala, dobór towarzystwa, bogate stroje i duch inny, niż na balu publicznym. Ramy magnackiego zamku różniły się od hotelowych. Tu ordynat występował w roli gospodarza zabawy i właściciela.
W czasie figury mazurowej do młodego Michorowskiego podbiegł Brochwicz, trzymając pod rękę hrabiankę Melanję i Stefcię.
— Elektryczność i ogień au naturel! — zawołał.
— Wolę ogień. Elektryczności mam dosyć — odparł Waldemar.
Brochwicz oddał mu Stefcię.
Hrabianka zaśmiała się przykrym, szyderczym śmiechem.
— Les extrémes se touchent! — rzuciła z ironją.
Ordynat tańczył mazura klasycznie, z dystynkcją i junakierją zarazem, Stefcia płynęła: wyglądali niesłychanie. W tańcu spoglądał jej często w oczy. Ona swych nie spuszczała. W zawrotach przygarniał ją silnie, lecz bez zapału. Jego taniec, pomimo zręczności i zuchwałej brawury, układał się jednak trochę posągowo, co nadawało mu wyłączny wyraz. Twarz miał prawie poważną, Stefcia, pomimo zorzy w oczach — zamyśloną. Oboje byli szlachetni w ruchach. Wiał od nich urok. Musiano ich podziwiać.
— Cette fille a l’air d’une princesse! — zmełła w zębach hrabianka Melanja.
Brochwicz dosłyszał.
— Tak pod tą parą napisałbym — l‘état c’est moi — rzekł z zapałem.
Hrabianka rzuciła mu wyzywające spojrzenie.
Na boku, pod filarem stał pan Maciej. Oczy jego ścigały tańczących z uporem, ale bez przyjemności. Przeciwnie, zsunięte brwi starca wyrażały grozę, oczy świeciły ponuro. Widywał tańczącego wnuka, lecz jakoś inaczej. Mazur z tą dziewczyną przeistaczał go. On, niewielki zwolennik tańca, teraz wkładał weń całą duszę, patrząc na Stefcię, nie widział nic już więcej. Albo ta Stefcia?... Pana Macieja ogarniał niepokój. Jak ona dziś wygląda? Ta różowa dama z czasów dyrektorjatu, z wytwornym wdziękiem podnosząca do ust wachlarz, z uroczą powagą płynie przez salę, jak księżniczka. Pan Maciej nie poznaje codziennej Stefci, w skromnych sukniach, wesołej, nieraz rozbawionej, jak dziecko, albo z tęskną myślą na świeżej twarzy. Co ją dziś czyni poważniejszą?... Zawsze jest zręczną, lekka jak powiew, zawsze delikatna, pełna powabu i uroku. Ale ten majestat, wykwintna dystynkcja, zdobiąca ją dzisiaj, uderza starca. Patrzy na nią, patrzy i przypomina chwile, zasnute mgły odległych lat: przymyka oczy, słucha, jak serce bije mocno z grozy,