Tajemniczy ogród/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

KRZYK W KORYTARZU.

Z początku wszystkie dni były dla Mary Lennox podobne do siebie. Co rano budziła się w swoim pokoju, obwieszonym tkaninami, i zawsze spostrzegała przed kominkiem Martę, rozniecającą ogień; co rano zjadała śniadanie, ale ani odmiany żadnej, ani nic zabawnego w tem nie było. Po śniadaniu wyglądała oknem na rozległy step, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a patrząc tak, przychodziła zwolna do wniosku, że jeśli nie wyjdzie na dwór, to będzie musiała siedzieć w pokoju i nic nie robić. To ją niewoliło do wyjścia. Nie wiedziała o tem, że nie mogła zrobić nic lepszego, nie wiedziała również, że w miarę, jak biegała po ścieżkach i alejach, krew szybciej poczynała krążyć w jej żyłach; a walka z wiatrem, wiejącym od strony stepu, siły jej wyrabiała. Biegała poto tylko, by się zagrzać, a niecierpiała wichru, który jej dął prosto w twarz i wył, i w biegu zatrzymywał, jak olbrzym jakiś niewidzialny. Ale owe podmuchy ostrego, świeżego powietrza płynącego z nad wrzosów, napełniały jej płuca czemś bardzo zbawiennem dla całej jej wątłej postaci, napędzały kolory na twarzyczkę i rozszerzały, i rozjaśniały jej smętne dawniej oczy.
Po kilku dniach, całkowicie niemal spędzonych na dworze, Mary zbudziła się pewnego ranka z uczuciem silnego głodu, a gdy zasiadła do śniadania, nie patrzyła już obojętnie na kaszę, nie odsunęła jej od siebie, lecz wzięła łyżkę i jadła, aż się uszy trzęsły, a talerz opróżnił.
— Dzisiaj to się panienka ładnie uwinęła. Czy nie? — rzekła Marta.
— Jakoś mi dzisiaj smakuje — odparła Mary, nieco jednak zdziwiona.
— To powietrze stepowe taki panience dało apetyt — rzekła jej Marta. — Jaka panienka szczęśliwa, że jak ma apetyt, to ma i co jeść. Nas tam dwanaścioro w chacie, i żołądki mamy zdrowe, a niema co w nie włożyć. Niechno panienka codzień wychodzi pobawić się, to i przytyje panienka, i taka żółta nie będzie.
— Ja się nie bawię — odparła Mary. — Nie mam się czem bawić.
— Nie ma się panienka czem bawić? — wykrzyknęła Marta. — Nasze dzieci bawią się drewienkami i kamykami. Biegają jak opętane, a pokrzykują, a przyglądają się wszystkiemu.
Mary nie pokrzykiwała, ale się przyglądała. Nie miała zresztą nic innego do roboty. Chodziła po ogrodach i dziwiła się różnym rzeczom w parku. Kilka razy poszła do starego ogrodnika, lecz Ben Weatherstaff był zbyt zajęły zawsze, by na nią choć spojrzeć, albo też w zbyt złym humorze. Pewnego zaś razu, gdy Mary szła ku niemu, wziął łopatę na plecy i odszedł w inną stronę — zupełnie jakby umyślnie.
W jedno miejsce chodziła częściej, niż gdzie indziej. Była to przestrzeń poza ogrodami, zewsząd otoczona murem. Pod murami wszędzie były puste obecnie klomby, a mur obrośnięty był gęsto bluszczem. Na jednej części muru ciemna zieleń wijących się roślin była wiele gęściejsza, niż wszędzie. Tak to wyglądało, jakby ta część oddawna była zaniedbana. Bluszcz był wszędzie porządnie, równo przystrzyżony, a tutaj, na końcu muru, zupełnie musiał nie być równany oddawna.
W kilka dni po rozmowie z ogrodnikiem zauważyła to Mary i poczęła się zastanawiać, dlaczego tak było. Zatrzymała się tu właśnie i patrzyła na długą odnogę bluszczu, bujającą się na wietrze, gdy ujrzała małą, czerwoną plamkę i usłyszała srebrzysty tryl, a tam wysoko na murze dostrzegła gila z czerwoną szyjką, pochylonego naprzód, z główką nabok przechyloną, jakby się jej chciał przyjrzeć.
— Och! — zawołała — tyżeś to, ty?
I nie wydało jej się dziwne zupełnie, że przemawiała do ptaszka, jakby pewna była, że ją zrozumie i odpowie.
I ptaszek odpowiedział, ćwierkał i gwizdał, i skakał po murze, jakby jej chciał opowiadać. Mary zdawało się, że go rozumie, choć słowami nie mówił. A gil jakby mówił:
— Dzień dobry! Prawda, że miły wiaterek? A słońce jakie cudne! Prawda, że wszystko ładne? Ćwierkajmy zatem oboje i poskaczmy sobie. Chodź ze mną — chodź!
Mary zaczęła się śmiać, a w miarę jak gil skakał i przelatywał z miejsca na miejsce, dziewczynka biegła za nim. Biedna, mała, drobna, bledziutka, brzydka Mary wyglądała w tej chwili bardzo ładniutko.
— Lubię cię, strasznie cię lubię! — wołała Mary, tupocząc po ścieżce; i ćwierkała, i próbowała gwizdać, ale tak naprawdę, to gwizdać nie umiała. Lecz gil był zupełnie kontent z niej i ćwierkał, i gwizdał ku niej, jakby w odpowiedzi. Wreszcie rozwinął skrzydełka i w błyskawicznym locie znalazł się na wierzchołku drzewa, skąd w rozgłośny śpiew uderzył.
To przywiodło Mary na pamięć ów pierwszy raz, gdy go zobaczyła. Wtedy też siedział na czubku drzewa, a ona była w sadzie. W tej chwili była ona po drugiej stronie sadu, na ścieżce zewnątrz muru, wiele niżej — a poza murem było to samo drzewo.
— Oto ogród, do którego nikt nie wchodzi — powiedziała do siebie. — To ten ogród bez drzwi. On tam mieszka. Ach, Boże! żebym ja mogła zobaczyć, jak tam jest!
Pobiegła ścieżką do owej zielonej furtki, przez którą przeszła pierwszy raz do ogrodu, później ścieżką do drzwi następnych. Wbiegła do sadu, a spojrzawszy ku górze, spostrzegła po tamtej stronie muru to samo drzewo, a gil, siedząc na wierzchołku, ukończył był właśnie piosenkę i czyścił sobie piórka dzióbkiem zawzięcie.
— Tak, to ten ogród — rzekła do siebie. — Jestem teraz całkiem pewna.
Obeszła cały mur dokoła od strony sadu, ale dostrzegła tylko to, co wpierw, że w murze tym nie było drzwi.
— To bardzo dziwne — pomyślała. — Ben Weatherstaff powiedział, że niema wcale drzwi, no i niema. A jednak musiały być przed dziesięciu laty, skoro pan Craven zagrzebał klucz.
Tak ją te myśli zajęły, tak ją pochłonęły całkowicie, że poczuła się w o wiele lepszym humorku i nie gniewała się wcale, że przyjechała do Misselthwaite Manor. W Indjach było jej zawsze za gorąco, i czuła się zawsze zmęczona, i nie chciało jej się nic robić. Faktem było, że świeży powiew stepowego wiatru oczyszczał jej płuca i począł ją budzić do życia.
Cały dzień prawie była na dworze, a kiedy zasiadła do kolacji wieczorem, poczuła się głodną, śpiącą, i było jej z tem dobrze. Nie gniewała się wcale, gdy Marta bezustannie gadała. Co dziwniejsza, poczuła, że słucha jej z przyjemnością, wkońcu postanowiła zadać jej pytanie. Po skończonej kolacji zatem, usiadłszy przed kominkiem, spytała:
— Dlaczego pan Craven niecierpi tego ogrodu?
Prosiła Martę, żeby z nią została, i Marta nie robiła trudności. Była ona młoda jeszcze bardzo, przyzwyczajona do ożywionej, gwarnej chatki, pełnej małego rodzeństwa, i czuła się smutna w ogromnym hall’u dla służby, gdzie lokaje i starsze służące naśmiewali się z jej mowy, uważając ją za coś gorszego, i gwarzyli tylko między sobą. Marta była gadulska, a to dziwne dziecko, przybyłe z Indyj, gdzie jej służyli «czarni», było dla niej nowością, podniecającą jej ciekawość.
Usiadła teraz obok Mary przed kominkiem, nie czekając, aż ją upoważni.
— Ciągle panience ten ogród w głowie? — spytała. — Wiedziałam ja, że tak będzie. Tak samiuśko było ze mną, jakem się o tem dowiedziała.
— Dlaczego on go tak niecierpi? — nalegała Mary.
Marta podłożyła nogę pod siebie i usadowiła się wygodnie.
— Niechno panienka posłucha, jak wiatr od stepu wyje. Żeby panienka była teraz na wrzosach, toby się pewno nie utrzymała na nogach.
Mary poczęła nasłuchiwać i zrozumiała, co to jest wycie wichru. Były to owe świszczące poszumy, co hulały wokoło domu, jakby jakiś olbrzym niewidzialny bił w mury i okna, usiłując dom rozwalić. Ale miało się pewność, że się do wnętrza mimo wszystko nie dostanie, a przytem uczucie, że dobrze tu, pewno i zacisznie w tym pokoju z ciepłym ogniem na kominku.
— Ale mi powiedz, czemu on tak niecierpi tego ogrodu? — spytała dziewczynka, chcąc wymiarkować, czy Marta wie, czemu, czy nie wie.
Tu Marta poczęła opowiadać wszystko, co wiedziała.
— Przedewszystkiem muszę panience powiedzieć, że pani Medlock zakazała mówić o tem. Tutaj jest wiele ważnych spraw, o których mówić nie wolno. Taki jest rozkaz jaśnie pana. Jego troski nic nie obchodzą służby — nie wolno nam do nich się wtrącać. A to wszystko przez ten ogród, że pan taki się zrobił. To był ogród pani — zaraz jak się pobrali — i pani strasznie ten ogród lubiła, i zawsze państwo na wiosnę razem kwiatki sadzili, żadnemu ogrodnikowi nie wolno było wchodzić. Państwo razem sobie wchodzili, zamykali drzwi na klucz i tak całe godziny siedzieli, a rozmawiali, a czytali. A pani to taka była jak paniątko jakie młodziutkie, a w ogrodzie była ławeczka, a drzewo stare jedno gałęzie nad nią zwieszało. A pani pnącemi różami obsadziła drzewo, a na ławeczce pod niem siadać lubiła. Ale jednego razu, jak tam siedziała, złamała się gałąź, i pani na ziemię upadła i tak się strasznie uderzyła, że na drugi dzień umarła. Doktorzy wtenczas mówili, że pan pewno zmysły straci i też za nią pójdzie. I tak teraz pan tego ogrodu niecierpi. I już od tego czasu nikt tam nie był, a nawet mówić o tem nie wolno.
Mary nie pytała więcej. Patrzyła w ogień na kominku i słuchała wycia wiatru, który zdawał się dąć ze zdwojoną siłą i wściekłością.
W tej chwili stało się z nią coś dobrego. Odkąd przybyła do Misselthwaite Manor, był to czwarty dodatni fakt, jaki jej się wydarzył. Najpierw zdawało jej się, że zrozumiała ptaszka i zrozumiana była przez niego; powtóre, nauczyła się biegać i walczyć z wiatrem, co jej krew w żyłach poruszyło i rozgrzało; następnie poczuła się pierwszy raz w życiu głodną i wreszcie poznała, co to znaczy kogoś serdecznie żałować. Mary robiła postępy.
Lecz przysłuchując się teraz wichrowi, poczęła uchem łowić inne odgłosy. Zrazu nie zdawała sobie sprawy, co to być może, gdyż głosy te zaledwie odróżnić mogła od wycia wiatru. Dziwne to jakieś były dźwięki — był to jakby jakiś daleki płacz dziecka. Wprawdzie jęki wiatru podobne były niekiedy do płaczu, lecz tym razem Mary była zupełnie pewna, że głosy pochodziły z wnętrza domu — nie z zewnątrz. Było to gdzieś daleko, ale było w domu. Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz Marty:
— Słyszysz? Ktoś płacze — rzekła.
Marta się zmieszała.
— Nie — odparła — to wiatr. Czasem to się tak zdaje, jakby się ktoś w stepie zbłąkał, a jęczał. Wiatr to potrafi na różne tony świszczeć.
— Ależ posłuchaj dobrze — rzekła Mary. — Wszakże to ktoś w domu płacze — to na jednym z tych korytarzy.
I w tejże chwili musiał ktoś jakieś drzwi nadole otworzyć, bo straszny przeciąg na korytarzu otworzył z łoskotem drzwi pokoju, w którym siedziała Mary, i obie z Martą skoczyły na równe nogi, lampa zgasła, a przeszywający krzyk na korytarzu dał się słyszeć zupełnie wyraźnie.
— No, widzisz! — rzekła Mary. — Przecież ci mówiłam! Ktoś tu płacze, a to nie jest płacz dorosłej osoby.
Marta pobiegła, zamknęła drzwi, przekręciła klucz w zamku, lecz zanim to zrobiła, usłyszały obie trzask zamykanych drzwi gdzieś na jednym z owych długich korytarzy, poczem wszystko ucichło, bo nawet wiatr uspokoił się na kilka minut.
— To wiatr jęczał — uparcie dowodziła Marta. — A jeżeli nie wiatr, to pewno mała Betty Butterworth, ta z kuchni, bo ją dzisiaj cały dzień strasznie zęby bolały.
W głosie mówiącej czuć było jednak coś nienaturalnego, jakby przymus, tak że Mary spojrzała na nią przenikliwie. Nie wierzyła w prawdę tego, co mówiła Marta.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.