Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oto ogród, do którego nikt nie wchodzi — powiedziała do siebie. — To ten ogród bez drzwi. On tam mieszka. Ach, Boże! żebym ja mogła zobaczyć, jak tam jest!
Pobiegła ścieżką do owej zielonej furtki, przez którą przeszła pierwszy raz do ogrodu, później ścieżką do drzwi następnych. Wbiegła do sadu, a spojrzawszy ku górze, spostrzegła po tamtej stronie muru to samo drzewo, a gil, siedząc na wierzchołku, ukończył był właśnie piosenkę i czyścił sobie piórka dzióbkiem zawzięcie.
— Tak, to ten ogród — rzekła do siebie. — Jestem teraz całkiem pewna.
Obeszła cały mur dokoła od strony sadu, ale dostrzegła tylko to, co wpierw, że w murze tym nie było drzwi.
— To bardzo dziwne — pomyślała. — Ben Weatherstaff powiedział, że niema wcale drzwi, no i niema. A jednak musiały być przed dziesięciu laty, skoro pan Craven zagrzebał klucz.
Tak ją te myśli zajęły, tak ją pochłonęły całkowicie, że poczuła się w o wiele lepszym humorku i nie gniewała się wcale, że przyjechała do Misselthwaite Manor. W Indjach było jej zawsze za gorąco, i czuła się zawsze zmęczona, i nie chciało jej się nic robić. Faktem było, że świeży powiew stepowego wiatru oczyszczał jej płuca i począł ją budzić do życia.
Cały dzień prawie była na dworze, a kiedy zasiadła do kolacji wieczorem, poczuła się głodną, śpiącą, i było jej z tem dobrze. Nie gniewała się wcale, gdy Marta bezustannie gadała. Co dziwniejsza, poczuła, że słucha jej z przyjemnością, wkońcu postanowiła zadać jej pytanie. Po skończonej kolacji zatem, usiadłszy przed kominkiem, spytała:
— Dlaczego pan Craven niecierpi tego ogrodu?
Prosiła Martę, żeby z nią została, i Marta nie robiła trudności. Była ona młoda jeszcze bardzo, przyzwyczajona