Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to gdzieś daleko, ale było w domu. Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz Marty:
— Słyszysz? Ktoś płacze — rzekła.
Marta się zmieszała.
— Nie — odparła — to wiatr. Czasem to się tak zdaje, jakby się ktoś w stepie zbłąkał, a jęczał. Wiatr to potrafi na różne tony świszczeć.
— Ależ posłuchaj dobrze — rzekła Mary. — Wszakże to ktoś w domu płacze — to na jednym z tych korytarzy.
I w tejże chwili musiał ktoś jakieś drzwi nadole otworzyć, bo straszny przeciąg na korytarzu otworzył z łoskotem drzwi pokoju, w którym siedziała Mary, i obie z Martą skoczyły na równe nogi, lampa zgasła, a przeszywający krzyk na korytarzu dał się słyszeć zupełnie wyraźnie.
— No, widzisz! — rzekła Mary. — Przecież ci mówiłam! Ktoś tu płacze, a to nie jest płacz dorosłej osoby.
Marta pobiegła, zamknęła drzwi, przekręciła klucz w zamku, lecz zanim to zrobiła, usłyszały obie trzask zamykanych drzwi gdzieś na jednym z owych długich korytarzy, poczem wszystko ucichło, bo nawet wiatr uspokoił się na kilka minut.
— To wiatr jęczał — uparcie dowodziła Marta. — A jeżeli nie wiatr, to pewno mała Betty Butterworth, ta z kuchni, bo ją dzisiaj cały dzień strasznie zęby bolały.
W głosie mówiącej czuć było jednak coś nienaturalnego, jakby przymus, tak że Mary spojrzała na nią przenikliwie. Nie wierzyła w prawdę tego, co mówiła Marta.