Tajemnicza wyspa (1875)/Tom II/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.
(Ożaglowanie statku. — Napad kulpesów. — Jow ranny. — Jow w leczeniu. — Jow wyleczony. — Dokończenie statku. — Tryumf Pencroffa. — „Bonawentura.“ — Pierwsza próba w południowej stronie wyspy. — Niespodziewany dokument.)

Tegoż samego wieczora powrócili myśliwi z udałego polowania, dosłownie obciążeni zdobyczą, tak iż każdy dźwigał za czterech ludzi. Top miał różaniec z krzyków zawieszony na szyi, a Jow przepaski z cyranek i nurków.
— To mi się nazywa robota — zawołał na ten widok Nab — będzie czem czas zająć! Narobi się konserw, pasztetów, i innych miłych zapasików! Ale ktoś musi mi w tem pomódz. Liczę na ciebie, Pencroffie.
— Ani myśl o tem, Nabie — odparł marynarz. — Ożaglowanie statku wymaga mojej ręki, musisz się więc obyć bezemnie.
— A pan, panie Harbert?
— Ja, Nabie, muszę iść jutro do obory — odparł młodzieniec.
— Więc pan mi chyba pomożesz, panie Spilett?
— Dla zobowiązania cię, Nabie, i owszem — odpowiedział korespondent. — Uprzedzam cię tylko, że skoro mi odkryjesz swoje przepisy kuchenne, rozgłoszę je publicznie!
— Jak się panu podoba, panie Spilett — odparł Nab — jak się panu podoba!
I oto w jaki sposób nazajutrz, Gedeon Spilett, zamieniony w pomocnika Nabowego, zainstalował się w jego pracowni kuchennej. Przedtem jednak, inżynier opowiedział mu rezultat wczorajszych swoich poszukiwań, i korespondent najzupełniej zgodził się z inżynierem pod tym względem, iż pomimo, że się nic nie znalazło, jakiś sekret pozostaje do odkrycia.
Mrozy trzymały jeszcze przez cały tydzień i osadnicy nie opuszczali Pałacu Granitowego, chyba aby opatrzeć kurniki. Całe mieszkanie napełniło się wybornemi zapachami, pochodzącemi z mądrych manipulacyj Naba i korespondenta. Całego jednak owocu polowania na błotach nie zamieniono w konserwy, lecz ponieważ zwierzyna wśród tak mocnego zimna utrzymywała się doskonale, pozjadano kaczki dzikie i inne ptactwo na świeżo, i całe grono uznało je za wyższe od wszystkich ptaków wodnych całego znanego świata.
W ciągu tego tygodnia, Pencroff, przy pomocy Harberta, używającego doskonale igły, pracował z takim zapałem, że ożaglowanie statku ukończonem zostało. Lnianego materjału na to nie brakło, dzięki siatce odnalezionej razem z pokryciem balonu. Liny i sznury sieci skręcone były z wybornego materjału, który marynarz potrafił wyzyskać. Żagle zostały obrąbione silnemi sznurami, i pozostało jeszcze dosyć materjału na ściągacze do podnoszenia żagli, liny idące w drabinkę od wierzchu masztu, sznury u spodniego rogu żagla itd.
Co do bloków, te idąc za wskazówkami Pencroffa, wyrobił Cyrus Smith na tokarskiem kole.
Całe więc ożaglowanie gotowe było jeszcze przed ukończeniem statku. Pencroff sam osadził flagę błękitną, czerwoną i białą. Kolory te wydobyto z niektórych roślin farbierskich, znajdujących się w obfitości na wyspie. Ale, do trzydziestu siedmiu gwiazd, przedstawiających Stany Zjednoczone i błyszczących na pawilonach amerykańskich, marynarz dodał jeszcze trzydziestą ósmą „gwiazdę Stanu Lincoln;“ uważał bowiem wyspę swoją jako już przynależną do wielkiej rzeczypospolitej.
— I — mawiał — i jest nią z serca, jeżeli nie jest jeszcze z faktu!
Taki więc pawilon wywieszono z głównego okna Pałacu Granitowego i osadnicy pozdrowili go trzykrotnem hurra!
Wśród tego zbliżył się koniec pory chłodnej i zdawało się, że ta druga zima przejdzie bez ważnego wypadku, gdy naraz w nocy 11go sierpnia, Wielka Terasa zagrożoną została zupełnem spustoszeniem.
Po dniu dobrze zapełnionym, osadnicy spali głęboko, gdy nagle około czwartej nad ranem, zbudziło ich gwałtownie zapalczywe szczekanie Topa.
Na ten raz pies nie szczekał przy otworze studni, ale przy drzwiach i rzucał się na nie, jakby je chciał wybić. Jow także ze swojej strony wydawał dzikie okrzyki.
— A to co, Topie? — zawołał Nab, zbudziwszy się pierwszy.
Ale pies nie przestawał ujadać z rosnącą zaciekłością.
— Cóż to takiego? — spytał Cyrus Smith.
I wszyscy, ubrawszy się na prędce, rzucili się do okien i otworzyli je.
Przed nimi roztaczała się płaszczyzna śnieżna, ledwo wydająca się białą, tak noc była ciemna. Osadnicy nic nie zobaczyli, ale usłyszeli dziwne szczekanie, wybuchające z głębi ciemności. Widocznem było, że wybrzeże zalane było przez pewną ilość zwierząt, których nie można było rozpoznać.
— Co to jest? — wykrzyknął Pencroff.
— Wilki, jaguary, lub małpy! — odpowiedział Nab.
— Do djabła! Ależ one mogą się dostać na Terasę! — rzekł korespondent.
— A nasze kurniki — zawołał Harbert — a nasze plantacje?
— Którędyż one się tu dostały? — spytał Pencroff.
— Przez mostek od strony wybrzeża — odparł inżynier — który widocznie ktoś z nas zapomniał zamknąć.
— W istocie — rzekł Gedeon Spilett — przypominam sobie, żem go zostawił otworem.
— A toś się pan pięknie spisał, panie Spilett! — krzyknął marynarz.
— No, co się już stało, stało się — odrzekł Cyrus Smith. — A teraz pomyślmy, co czynić!
Takie zapytania i odpowiedzi szybko przelatywały z ust Cyrusa i jego towarzyszy. Pewną było rzeczą, że przez mostek otwarty dostały się zwierzęta na wybrzeże i zapełniły je, i że ktokolwiek one tam były, mogły po lewym brzegu Dziękczynnej dostać się na Wielką Terasę. Należało więc uprzedzić je i zwalczyć w razie potrzeby.
— Cóżto jednak za bestje? — odezwało się po raz drugi pytanie, w chwili gdy szczekania wybuchły z podwójną siłą.
Szczekania te wstrząsnęły Harbertem, i naraz przypomniał sobie, że słyszał je już raz w czasie pierwszej wizyty swojej u źródeł Czerwonego Potoku.
— To kulpesy, to lisy! — zawołał.
— Naprzód! — krzyknął marynarz.
I wszyscy, pochwyciwszy za topory, karabiny, rewolwery, rzucili się do windy i wnet stanęli na wybrzeżu.
Niebezpieczne to zwierzęta te kulpesy, gdy są w wielkiej liczbie i rozdrażnione głodem. Pomimo tego jednak, osadnicy nie wahali się ani chwili skoczyć w sam środek ich bandy, i pierwsze strzały z rewolwerów, rzuciwszy nagłe błyskawice w ciemności, zmusiły napastników do cofnięcia się.
Najważniejszem zadaniem było przedewszystkiem nie dozwolić tym rabusiom podnieść się aż do Wielkiej Terasy, ponieważ plantacje osadników i kurniki znalazłyby się na ich łasce, a ztąd wynikłyby niewątpliwie niezmierne szkody, szczególniej w zbożu. Ponieważ zaś wedrzeć się na Terasę nie mogły którędy indziej jeno po lewym brzegu Dziękczynnej, dostatecznem więc było stawić im nieprzełamalną tamę na owej wąskiej cząsteczce wybrzeża, zamkniętej pomiędzy rzeką a ścianą granitową.
Pojęli to wszyscy dobrze i na rozkaz Cyrusa rzucili się na oznaczone miejsce, podczas gdy gromada kulpesów szamotała się i skakała w ciemności.
Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff i Nab rozstawili się tak, aby utworzyć linję niepodobną do złamania. Top z otwartą, przerażającą paszczęką swoją poprzedzał osadników, a za nim tuż postępował Jow, uzbrojony w guzowatą pałkę, którą potrząsał jak maczugą.
Noc była niesłychanie ciemna. Jedynie przy świetle wystrzałów, które musiały być celne, spostrzegano napastników. Była ich zapewne co najmniej setka, a oczy im świeciły się jak węgle żarzące.
— Nie trzeba ich przepuścić! — zawołał Pencroff.
— I nie przepuścimy ich! — odrzekł inżynier.
Jeżeli jednak nie przeszły, to nie dla tego, żeby były nie próbowały. Ostatnie rzędy parły pierwsze, i rozpoczęła się walka nieprzerwana na strzały z rewolwerów i ciosy toporów. Nie mało już kulpesów musiało zaścielać ziemię, a banda nie zdawała się zmniejszać wcale. Rzekłbyś, że wciąż jej przychodzą nowe posiłki od strony mostku.
Wkrótce osadnicy walczyć musieli pierś z piersią, przyczem nie obyło się bez kilku ran, na szczęście lekkich. Harbert strzałem z rewolweru uwolnił Naba, któremu na plecy skoczył jeden kulpes, jak tygrys. Top bił się z prawdziwą wściekłością, skacząc lisom do gardła i dusząc je gruntownie. Jow, uzbrojony swoją pałką, tłukł jak ślepy i ani rusz nie dał się powstrzymać w tyle. Obdarzony niewątpliwie wzrokiem pozwalającym mu przebić te ciemności, znajdował się wciąż w miejscu najzacieklejszej walki i od czasu do czasu wydawał ostre gwizdnięcie, będące u niego cechą najwyższej roskoszy. Była chwila, w której tak daleko się posunął, iż przy świetle wystrzału, ujrzeć go można było otoczonego przez pięć czy sześć wielkich kulpesów, którym stawiał czoło z rzadką krwią zimną.
Wreszcie skończyła się walka zwycięstwem osadników, nie prędzej jednak aż po dwóch wielkich godzinach oporu. Pierwsze pobłyski świtu snać skłoniły do odwrotu napastników, bo pomknęły ku północy, przez mostek, który Nab natychmiast zwiódł za niemi.
Gdy światło dzienne dostatecznie rozjaśniło pole walki, osadnicy naliczyli około pięćdziesiąt kulpesów, zabitych i rozrzuconych po wybrzeżu.
— A Jow? — zawołał Pencroff. — Gdzież Jow?
Jow gdzieś się podział. Przyjaciel jego Nab zawołał nań, ale po raz pierwszy Jow nie odpowiedział na wołanie swego przyjaciela.
Wszyscy rzucili się na poszukiwanie Jowa, drżąc, że znajdzie się może pomiędzy poległemi. Oczyszczono miejsce z trupów, plamiących śnieg swoją posoką, i znaleziono Jowa pod istną górą kulpesów, których zdruzgotane szczęki i połamane żebra, świadczyły, że pracowała nad niemi straszliwa pałka nieustraszonego oranga. Biedny Jow trzymał jeszcze w ręku szczątek swej złamanej pałki. Widocznie pozbawiony broni, przygnieciony został przez przeważną ilość napastników i padł. Głębokie rany czerniały mu na piersiach.
— Żyje! — zawołał Nab — pochylony nad nim.
— I ocalimy go — odrzekł marynarz — będziemy go pielęgnować, jakby był jednym z nas.
Zdawało się, że Jow zrozumiał te słowa, bo schylił głowę na ramię Pencroffa, jakby dla podziękowania mu. Marynarz sam był ranny, ale rany jego, tak jak i towarzyszy, nie miały znaczenia, dzięki bowiem palnej broni, wciąż prawie mogli trzymać napastników w oddaleniu. Tylko więc orang znajdował się w niebezpiecznym stanie.
Nab i Pencroff przynieśli go na rękach aż do windy. Przez cały ten czas ledwo jeden słaby jęk wydarł się z jego piersi. Wciągnięto go ostrożnie do Pałacu Granitowego. Tu, złożono go na materacu, wziętym z jednego łóżka i obmyto rany jego jak najstaranniej. Nie zdawało się, żeby naruszyły jakikolwiek ważny organ. W każdym razie jednak Jow utracił bardzo wiele krwi, i wkrótce popadł w dosyć silną gorączkę.
Położono go więc, po opatrzeniu, i skazano na surową djetę, „całkiem jakby osobę naturalną“ jak się wyrażał Nab. Następnie dano mu wypić kilka filiżanek chłodzącej tyzanny, do której ingredjencyj dostarczyła apteczka Pałacu Granitowego.
Zasnął naprzód snem niespokojnym; powoli jednak oddech mu się uregulował, i tak go zostawiono w najgłębszej ciszy. Od czasu do czasu Top, idąc, można rzec prawie „na paluszkach“ zbliżał się do swego przyjaciela i zdał się potakiwać wszystkim czynionym wokoło niego staraniom. Jedna z rąk Jowa zwisała z łóżka, Top lizał ją z miną żałośną.
Tegoż samego poranku jeszcze przystąpiono do pogrzebania trupów, które zaciągnięto aż do lasu Zachodniej Ręki i tam zakopano głęboko.
Napad ten, który byłby mógł mieć tak ważne następstwa dla osadników, był dla nich nauką, i odtąd nie położyli się, dopokąd jeden z nich się nie przeświadczył, że wszystkie mosty zwiedzione i wszelka napaść niemożliwa.
Tymczasem Jow, po kilku dniach dosyć zatrważającej choroby, silnie wydobywać się z niej począł. Konstytucja jego potężna zwyciężyła, gorączka poczęła powoli się zmniejszać i Gedeon Spilett, będący po troszę medykiem, uznał go wkrótce za ocalonego, 16go sierpnia Jow począł jeść. Nab robił dla niego smakowite leguminki, w których chory lubował się ogromnie, miał bowiem tę miluchną przywarkę, iż był troszeczunieczkę łasunem, a Nab nigdy nie starał się go pod tym względem poprawić.
— Co pan chcesz — mawiał do Gedeona Spiletta, robiącego mu wyrzut, że bałamuci oranga — co pan chcesz? Toż on nie ma biedaczek innej roskoszy, okrom żołądkowej, poczciwy Jow, a ja czuję się szczęśliwym, że mogę choć w ten sposób wynagrodzić jego zasługi.
W dziesięć dni po położeniu się w łóżko, 21. sierpnia, pan Jow powstał. Rany się zablizniły i widać było, iż wkrótce giętkość zwykła i siła powrócą pacjentowi. Jak wszyscy rekonwalescenci, uczuł naraz przerażający apetyt. Korespondent pozwolił mu jeść, co zechce, ufając pod tym względem owemu instynktowi, którego braknie często istotom rozumnym, — a ratującemu bezmyślne od nadużycia. Naba zachwycał ten powrót apetytu u jego wychowanka.
— Jedz — mówił do niego — jedz, mój Jowie; nie żałuj sobie niczego. Wylałeś krew swoją za nas, toż już co najmniej pomódz ci muszę, ażebyś znowu do niej przyszedł!
Nakoniec 28. sierpnia dał się słyszeć głos Naba, przywołujący resztę towarzyszy.
— Panie Cyrusie, panie Gedeonie, panie Harbercie, Pencroffie, chodźcie! chodźcie!
Osadnicy zebrani wtedy właśnie w wielkiej sali, podnieśli się na okrzyk Naba i pobiegli do izby przeznaczonej dla Jowa.
— Co się stało? — spytał korespondent.
— Patrzajcie! — odrzekł Nab, wybuchając hucznym śmiechem.
I cóż ujrzeli? Oto pana Jowa, który palił spokojnie i poważnie fajkę, przykucnąwszy jak Turek w drzwiach Granitowego Pałacu.
— Moja fajka! — zawołał Pencroff. — On wziął moją fajkę! Ach mój dzielny Jowie, ofiaruję ci ją w podarku! Pal, mój przyjacielu, pal!
A Jow puszczał gęste głęby dymu, co zdawało się sprawiać mu nieporównane roskosze.
Cyrusa Smitha nie zadziwił bynajmniej ten wypadek; owszem zacytował liczne przykłady oswojonych małp, dla których palenie tytoniu stało się nałogiem.
Od tego dnia pan Jow miał własną swoją fajkę, ex-fajkę marynarza, którą mu zawieszono w jego pokoju wraz z zapasem tytoniu. On sam ją sobie nakładał, zapalał od żarzącego się węgla i zdał się być najszczęśliwszym z czwororękich. Zgadnie każdy, że ta wspólność gustów ścieśniła tylko owe węzły serdecznej przyjaźni wiążące już oddawna zacną małpę i poczciwego marynarza.
— Kto wie, czy to nie człowiek — mawiał nieraz Pencroff do Naba. — Czyżbyś się zdziwił, gdyby Jowowi przyszła kiedykolwiek ochota zagadania do nas?
— Dalipan, nie — odpowiadał Nab. — Jeżeli mnie co dziwi, to to właśnie, że dotąd jeszcze nie mówi, boć koniec końców niczego mu po temu nie braknie!...
— A wiesz, toby mnie zabawiło — ciągnął dalej marynarz — gdyby pewnego dnia odezwał się do mnie: „Hę? a gdybyśmy się pomieniali na fajki, Pencroffie?“
— O tak, toby było doskonałe — odparł Nab. — Co za nieszczęście, że jest niemym od urodzenia!
Z nastaniem września zima się stanowczo skończyła, a roboty rozpoczęły się z nowym zapałem.
Budowa statku posuwała się żywo naprzód. Pomost skończony już został w zupełności, wzięto się więc do wyklepkowania statku wewnątrz, łącząc przytem wszystkie stawy budowy listwami, zmiękczonemi w parze wodnej i poddającemi się przez to wszelkim wymaganiom modelu.
Ponieważ drzewa było poddostatkiem, Pencroff zaproponował inżynierowi urządzenie jeszcze drugiej ściany wewnętrznej, dla ochrony od wilgoci. Myśl ta nadawała statkowi trwałość i bezpieczeństwo zupełne.
Cyrus Smith nie wiedząc, co przyszłość w sobie chowa, zgodził się na ten pomysł marynarza.
Drugą tę więc ścianę i roboty około pokładu ukończono w zupełności z dniem 15go września. Do zatkania szpar użyto pakuł, które wbito młotkiem pomiędzy klepki pudła, ściany wewnętrznej i pokładu. Następnie zaś, zalano jeszcze te szpary gorącą smołą, której sosny lasu dostarczyły w obfitości.
Urządzenie wewnętrzne statku odbyło się z jak największą prostotą. Najprzód naładowano go balastem, składającym się z ciężkich kawałów granitu, połączonych ze sobą wapnem; waga ich ogólna wynosiła około dwunastu tysięcy funtów. Następnie balast ten pokryto mostem — a wnętrze statku podzielono na dwie izby, wzdłuż których ciągnęły się ławy, służące zarazem za skrzynie. Osada masztu miała stanowić pokrycie nad przepierzeniem, dzielącem obiedwie izby, do których wchodziło się przez dwa otwory w pokładzie osłonięte klapami.
Pencroff nie miał żadnej trudności w wynalezieniu drzewa przydatnego na maszty. Wybrał ku temu młodą jodłę, prostą, bez sęków, którą tylko trzeba było ściesać w kwadrat u spodu a zaokrąglić u góry. Żelaziwo do masztów, steru, i całego pudła statku, niezgrabnie ale gruntownie wyrobiono w kuźni „w dymnikach“. Wreszcie reje, maszt strzałkowy, i zapasowe drzewo na maszty, wszystko było dokonane i zebrane w pierwszym tygodniu października — i stanęła umowa, iż odbędzie się pierwsza próba statku, w pobliżu wyspy, dla przekonania się, jakie jego zachowanie na morzu i o ile można mu zaufać.
Przez cały ten czas roboty niezbędne nie uległy bynajmniej zaniedbaniu. Obory uporządkowano, ponieważ stado dzikich baranów i kóz powiększyło się już o pewną ilość potomstwa, które trzeba było gdzieś pomieścić i wyżywić. Nie zapomnieli także osadnicy odwidzić ani ostrygarni, ani królikarni, ani pokładów węgla ziemnego i żelaza, — ani wreszcie kilku dotychczas nie zbadanych jeszcze części lasu Zachodniej Ręki, obfitujących wielce w zwierzynę.
Odkryto jeszcze kilka nowych miejscowych roślin, które jeśli nie przynosiły natychmiastowej korzyści, to urozmaiciły przynajmniej karm roślinną mieszkańców Granitowego Pałacu.
Były to okazy z rodziny figowatych, jedne podobne do znajdujących się na przylądku Dobrej Nadziei, z liśćmi mięsistemi, jadalnemi, inne wydające ziarna, w których wnętrzu mieścił się rodzaj mąki.
Dnia 10. października spuszczono okręt na morze. Pencroff promieniał. Operacja udała się jak najwyborniej. Statek w pełnem ożaglowaniu, zatoczony na walcach na sam kraj wybrzeża, pochwycony został przez przybierające morze i spłynął na falach, przy oklaskach osadników a szczególniej Pencroffa, który w tej okazji nie dbał bynajmniej o okazanie się skromnym. Zresztą próżność jego miała dostać nowego bodźca, ponieważ po zbudowaniu statku, powierzono mu nad nim komendę, i za ogólną zgodą otrzymał tytuł kapitna.
Dla zadowolenia kapitana Pencroffa, musiano natychmiast nadać imię nowemu statkowi, co wywołało długie i rozliczne rozprawy i propozycje. Wreszcie jednak głos ogólny zgodził się na imię „Bonawentury“ będące zarazem chrzestnem imieniem zacnego marynarza.
Skoro przypływ morza podniósł „Bonawenturę“ na swych barkach, spostrzedz można było że nowy statek trzymał się wybornie i zdolnym był do wszelakiego ruchu.
Zresztą miała to jeszcze lepiej okazać próba na morzu w bliskości wybrzeża, ułożona na ten sam dzień jeszcze. Czas był prześliczny, wiatr zawiewał świeży, morze nadawało się wybornie do takiej próby, szczególniej od strony południowej wybrzeża, wiatr bowiem wiał z północo-zachodu już od godziny.
— Na statek, na statek! — wołał kapitan Pencroff.
Trzeba jednak było zjeść śniadanie przed wycieczką i zdawało się nawet rzeczą roztropną zabrać ze sobą niektóre zapasy na przypadek, gdyby wycieczka miała się przeciągnąć aż do wieczora.
Cyrusowi Smith spieszyło się również spróbować statku, którego plan on bądź co bądź podał, pomimo, że idąc za radą marynarza, poczynił następnie kilka poprawek. Nie miał jednak tyle zaufania do tego okręciku, co Pencroff — i ponieważ marynarz nie powracał do projektu podróży na wyspę Tabor, Cyrus Smith miał nadzieję, że Pencroff już od tej myśli odstąpił. W istocie bowiem przykroby mu było zobaczyć dwóch lub trzech ze swoich towarzyszy, hazardujących się na tej barce, koniec końców tak malenkiej i niosącej zaledwie piętnaście beczek ciężaru.
O wpół do jednastej wszyscy znaleźli się na pokładzie, nawet Jow, nawet Top. Nab i Harbert podnieśli kotwicę, zatopioną w piasku w bliskości ujścia Dziękczynnej, wywieszono flagę lincolnijską i „Bonawentura,“ sterowany przez Pencroffa, wypłynął na morze.
Ażeby wyjść z zatoki Stanów Zjednoczonych, trzeba było najprzód wziąć się z wiatrem, co dało możność przekonania się, że w tych warunkach szybkość statku była zadawalającą.
Po okrążeniu przylądka Rozbitków i Ostrego Szponu, Pencroff musiał się trzymać tuż koło wybrzeża, wzdłuż strony południowej wyspy i zauważył po przepłynięciu kilku węzłów, że „Bonawentura“ miał bieg równy i wybornie opierający się zboczeniu. Skręcał dosknale pod wiatr, — miał „zamach“ jak mówią marynarze, i zyskiwał nawet na przestrzeni przy skręceniu.
Pasażerowie „Bonawentury“ byli w prawdziwem zachwyceniu. Posiadali wyborny statek, który w danym razie mógł oddać im wielkie przysługi — a przytem, w dniu tak pogodnym i przy tak pomyślnym wietrze — przejażdżka ta sprawiała im rzetelną przyjemność.
Pencroff skierował się na pełne morze, trzy lub cztery mile od wybrzeża, przez port Balonowy. Wówczas wyspa pokazała się im w całym obszarze swoim i w nowej postaci, z urozmaiconą panoramą swoich wybrzeży od przylądka Ostrego Szponu, do przylądka Wężowego, — z pierwszemi planami lasów swoich, w których szyszkowce odróżniały się jeszcze wśród młodego oliścienia innych drzew, pączkujących zaledwie, — z górą Franklina wreszcie, panującą nad całością tego obrazu, i mającą czoło gdzieniegdzie uwieńczone śniegami.
— Jakie to piękne! — zawołał Harbert.
— O tak, nasza wysepka jest piękna i dobra — odpowiedział Pencroff. Kocham ją, jak niegdyś moją biedną matkę. Przyjęła nas ubogich i pozbawionych wszystkiego — a teraz czegoż braknie pięciorgu dzieciom, które jej spadły z nieba?
— Niczego! — odrzekł Nab — niczego, kapitanie!
I dwaj poczciwcy rzucili trzykrotnie potężne: hurra! — na cześć swojej wyspy.
Wśród tego Gedeon Spilett oparty o podstawę masztu, zdejmował ołówkiem panoramę rozwijającą mu się przed oczyma.
Cyrus Smith rozglądał się w milczeniu.
— No, panie Cyrusie — odezwał się doń Pencroff — co pan powiesz o naszym statku?...
— Zdaje się bardzo dobrze sprawiać, — odrzekł inżynier.
— Wybornie. Jesteś więc pan przekonany obecnie, że możnaby na nim przedsięwziąć dłuższą jaką podróż?
— Jaką podróż, Pencroffie?
— Do wyspy Tabor, naprzykład?
— Mój przyjacielu, — odpowiedział Cyrus Smith — mnie się zdaje, że w razie konieczności nie należałoby się wahać powierzyć Bonawenturze nawet na dłuższą podróż, — wiesz jednak o tem, że z przykrością widziałbym cię wypływającego do wyspy Tabor, ponieważ nic nas do tego nie zmusza.
— Dobrze jest znać swoich sąsiadów, — odparł Pencroff, zacięty na punkcie swego pomysłu. — Wyspa Tabor to nasza sąsiadka, — jedyna! Sama grzeczność wymaga, ażeby ją przynajmniej odwiedzić!
— Do djabła — odezwał się Gedeon Spilett — nasz przyjaciel Pencroff stoi jak mur przy ceremonjale.
— Ja przy niczem nie stoję, jak mur — odciął się marynarz, którego opozycja inżyniera nieco drażniła, a nie chciał mu jednak wyrządzić jakiejkolwiek przykrości.
— Pomyśl, Pencroffie, — odrzekł Cyrus Smith, że sam nie możesz udać się do wyspy Tabor.
— Jeden towarzysz mi wystarczy.
— Zgoda, odparł inżynier. Ryzykujesz więc dwóch osadników wyspy Lincolna na pięciu?
— Na sześciu! — odrzekł marynarz. Zapominasz pan o Jowie.
— Na siedmiu! — dodał Nab. Top tyle wart co i kto inny!
— Nie masz w tem żadnego ryzyko — panie Cyrusie — podjął znowu Pencroff.
— Być może, Pencroffie; ja jednak powtarzam, że byłoby to narażaniem się, bez konieczności!
Uparty marynarz nie odpowiedział nic na to i pozwolił upaść rozmowie z mocnem postanowieniem podjęcia jej na nowo. Ani myślał jednak, że przyjdzie mu wnet na pomoc wypadek, który zmieni w dzieło ludzkości, zamiar jego, będący bądź co bądź dotąd kaprysem tylko, podlegającym dyskusji.
Po długim dosyć pobycie na pełnem morzu, „Bonawentura“ zbliżył się do brzegu, sterując ku portowi Balonowemu. Ważną bowiem było rzeczą, obejrzeć przesmyki pomiędzy ławicami piasku a skałami, dla zatknięcia nad niemi w razie potrzeby znaków ostrzegających, — ponieważ ta mała zatoczka miała być stanowiskiem dla statku.
Było to zaledwie o pół mili od wybrzeża, i trzeba było płynąć gzygzakiem (lawirować) pod wiatrem; bieg „Bonawentury“ był w tej chwili bardzo umiarkowany, — wiatr bowiem w części powstrzymany przez ziemię, zaledwo wydymał żagle, a morze gładkie jak zwierciadło, marszczyło się jedynie od kapryśnych silniejszych podmuchów.
Harbert trzymał się na przedzie statku, dla wskazywania drogi w pośród przesmyków. Nagle z ust jego dał się słyszeć okrzyk:
— Skręć z wiatrem, Pencroffie, skręć z wiatrem!
— A co tam takiego — spytał marynarz podnosząc się. — Skała?
— Nie... czekaj... — odrzekł Harbert... nie widzę jeszcze dobrze... skręćno jeszcze... dobrze... trochę bliżej...
I mówiąc to, Harbert wyciągnął się jak długi na pokładzie, zanurzył szybko rękę w wodę i podniósł się, wołając:
— Butelka!
W ręku trzymał butelkę zakorkowaną, schwytaną właśnie w tej chwili na fali.
Cyrus Smith wziął ją w rękę. Nie mówiąc ani słowa, wyciągnął korek i wydobył z niej papier wilgotny, na którym były te słowa:
— Rozbitek... Wyspa Tabor... 153° Z. dług. — 37° 11′ szer. Płd.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.