Tajemnicza wyspa (1875)/Tom I/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
(Wynalazek inżyniera. — Myśl, która zajmuje Cyrusa. — Wyprawa na górę. — Bór. — Grunt wulkaniczny. — „Tragopany.“ — Barany skalne. — Pierwszy ostrokrąg. — Nocleg. — Ze szczytu góry.)

W kilka minut później myśliwi nasi ujrzeli się przed ogniskiem, na którem gorzał ogień. Znaleźli przy niem Cyrusa Smitha i korespondenta. Pencroff w milczeniu patrzał to na jednego, to na drugiego, stojąc jak wryty, z „kabyjasem“ w ręku.
— A widzisz, mój zuchu! — zawołał korespondent. — Otóż i ogień, rzetelny ogień, przy którym wybornie się upiecze ta wspaniała zwierzyna, którą się zaraz uraczymy!
— Ale któż ogień rozpalił? — zapytał Pencroff.
— Słońce!...
Gedeon Spilett powiedział prawdę. Słońce to zapaliło ten ogień, któremu się tak dziwił Pencroff. Marynarz nie chciał wierzyć swym oczom i tak był osłupiały z podziwu, że nie przyszło mu nawet na myśl zapytać inżyniera: jakim się to stało sposobem?
— Więc miałeś pan przy sobie soczewkę? zagadnął Harbert Cyrusa Smitha.
— Nie, moje dziecko — odparł inżynier — ale zrobiłem sam jedną.
I pokazał aparat, który mu posłużył za soczewkę. Były to po prostu dwa szkiełka, które powyjmował z zegarka korespondenta i ze swego. Napełniwszy takowe wodą i spoiwszy ich brzegi za pomocą kilku okruchów glinki, sporządził tym sposobem rzeczywistą soczewkę, która koncentrując promienie słoneczne na kupkę suchego mchu, spowodowała zajęcie się takowego.
Marynarz przypatrzył się wprzód aparatowi, a potem popatrzył na inżyniera i nie rzekł ani słowa. Ale za to wzrok jego powiedział wszystko! Dla niego odtąd Cyrus, jeżeli nie był bogiem, to w każdym razie był czemś więcej niż człowiekiem. Wreszcie rozwiązał mu się język i zawołał:
— Zapisz to pan, panie Spilett, zapisz to pan w swoich notatkach!
— Już zapisałem — odparł korespondent.
Poczem przy pomocy Naba, sporządził marynarz rożen i wkrótce „kabyjas“ wypatroszony jak się należy, smażył się na wolnym, jasnym ogniu, jak pospolite prosię.
— „Dymniki“ przybrały napowrót postać mieszkalną, nie tylko dla tego, że korytarze grzały się od ognia, lecz także ponieważ dawne zasieki z kamieni i piasku zostały naprawione. Jak widać inżynier ze swoim towarzyszem skorzystali dobrze z tego dnia. Cyrus Smith odzyskał całkiem prawie siły i spróbował takowych, wylazłszy na górną płaszczyznę skały. Z tego punktu oko jego, przywykłe do mierzenia wysokości i odległości, spoczęło długo na owej stożkowej górze, na której szczyt zamierzał wyleźć nazajutrz. Góra ta, położona w stronie północno-zachodniej w oddaleniu około sześciu mil, mogła według przypuszczenia jego, wznosić się na trzy tysiące pięćset stóp ponad powierzchnię morza. Stanąwszy więc na jej szczycie można było przejrzeć dokoła widnokrąg w promieniu najmniej pięćdziesięcio milowym. Zdawało się zatem, że Cyrus Smith będzie mógł ztamtąd wygodnie rozstrzygnąć kwestję „stałego lądu czy wyspy,“ której nie bez powodu wyższą przypisywał wagę niż innym.
Spożyto wieczerzę przyzwoitą. Mięso „kabyjasa“ miało według jednomyślnego orzeczenia, być wyśmienitem. Algi i migdały sosnowe uzupełniły wieczerzę, podczas której inżynier był dość milczącym. Zdawał się cały zaprzątnięty jutrzejszemi projektami.
Kilkakrotnie zaczynał Pencroff rozwijać swe zapatrywania co do planów na przyszłość, lecz Cyrus Smith, który snać był człowiekiem bardzo systematycznym, kiwał tylko głową i powtarzał:
— Jutro będziemy wiedzieli czego się trzymać i podług tego zastosujemy nasze postępowanie.
Po wieczerzy dorzucono świeżego chrustu do ognia i mieszkańce „dymników,“ nie wyjmując niemego Topa, zasnęli wszyscy kamiennym snem. Żaden wypadek nie przerwał spokoju tej nocy i nazajutrz — 29. marca — przebudzili się rześcy i wypoczęci, gotowi do wyprawy, która los ich miała rozstrzygnąć.
Wszystko było gotowe do podróży. Resztki „kabyjasa“ mogły jeszcze przez dwadzieścia cztery godzin wyżywić Cyrusa i jego towarzyszy. Zresztą mieli nadzieję po drodze zasilić się w żywność. Ponieważ szkiełka od zegarków inżyniera i korespondenta powkładane zostały napowrót w miejsce swego przeznaczenia, zatem Pencroff nadpalił trochę tej szmaty, która miała służyć zamiast czyru. O krzemień nie było się co troszczyć w kraju tak wulkanicznym.
Około godziny wpół do ósmej podróżni nasi, uzbrojeni w kostury, opuścili „dymniki.“ Według zdania Pencroffa, zdawało się najwłaściwszem obrać znaną już drogę przez las, podczas gdy z powrotem można było iść inną drogą. Była to także najkrótsza droga wiodąca do celu ich wyprawy. Skręcili zatem na południowym rogu skalnej ściany i podążyli lewym brzegiem rzeki. W miejscu gdzie rzeka skręcała w kierunku południowo-zachodnim, zeszli w bok, odszukali wydeptaną już pomiędzy drzewami ścieżkę i około godziny dziewiątej Cyrus Smith z towarzyszami swymi przybyli na północny kraniec lasu.
Grunt dotychczas dość jednostajny, naprzód bagnisty a później suchy i piasczysty, okazywał w tem miejscu lekką spadzistość, która od brzegu morza wznosiła się w głąb kraju. W gęstwinie przemknęło się kilka sztuk zwierzyny bardzo płochliwej. Top poskoczył za niemi żwawo lecz pan jego przywołał go napowrót, gdyż nie była to pora na łowy. Później, co innego! Inżyniera nie łatwo było odwieść od myśli, którą raz wbił sobie w głowę. Można było twierdzić na pewne, że ani zważał na okolicę, którą szli, ani na kształt jej, ani na jej płody. Wyłącznym przedmiotem jego obserwacji była góra, na którą chciał się wedrzeć i ku niej też dążył prosto.
O godzinie dziesiątej nastąpił kilkuminutowy odpoczynek. Przy wyjściu z lasu roztoczył się przed ich oczyma układ orograficzny całej okolicy. Góra składała się z dwóch ostrokręgów. Jeden z nich, ścięty w wysokości dwóch tysiący pięćset stóp, podtrzymywany był poprzecznemi z dołu pasmami gór, rozgałęzionych fantastycznie, niby szpony olbrzymiej łapy zatopione w ziemię. Pomiędzy temi poprzecznemi pasmami ciągnęło się tyleż czeluści wąskich, najeżonych drzewami, których ostatnie grupy wznosiły się aż do samego pnia ostrokręgu. Roślinność zdawała się szczuplejszą w północno-wschodniej stronie góry, gdzie czerniały pręgowate wyżłobienia dość głębokie, zapewne wystygłe potoki lawy.
Na pierwszym ostrokręgu sparty spoczywał drugi ostrokrąg, z lekka na samym szczycie zaokrąglony i pochylony nieco na bok. Rzekłbyś, że to kapelusz olbrzymi zsunięty na jedno ucho. Zdawał się składać cały z nagiej ziemi, którą w wielu miejscach przerzynały czerwonawe skały.
Tak wyglądał szczyt drugiego ostrokręgu na który należało się wdrapać, a do którego najwygodniejszy przystęp był po grzbietach poprzecznych pasm.
— Znajdujemy się na ziemi wulkanicznej, rzekł Cyrus Smith, poczem cała drużyna poczęła zwolna wspinać się po grzbiecie jednego z poprzecznych pasm, krętych a tem samem wygodniejszych, które sięgało aż do samego szczytu pierwszego ostrokręgu.
Powierzchnia ziemi w wielu miejscach była nabrzmiałą, snać wstrząsały nią nieraz podziemne siły wulkaniczne. Tu i ówdzie leżały bezładnie nieregularne bryły kamieni, liczne odłamy bazaltu i pumeksu. W rzadkich grupach wznosiły się drzewa szyszkowe, które o kilkaset stóp niżej, na dnie wąskich parowów, tworzyły zbitą gąszcz, przez którą promień słoneczny nie mógł się przedrzeć.
Podczas gdy w pierwszej części swojego pochodu, wdrapywali się po niższych pagórkach tworzących jakoby olbrzymie schody wiodące do góry, zauważył Harbert tropy dużych zwierząt, zapewne dzikich.
— Może te bestje nie odstąpią nam dobrowolnie swych siedzib? — rzekł Pencroff.
— W takim razie, odparł korespondent, który polował niegdyś w Indjach na tygrysy i w Afryce na lwy, będziemy się starali dać sobie z niemi radę. Ale tymczasem trzeba się mieć na ostrożności!
Tymczasem podróżni nasi postępowali zwolna naprzód, ale częste zakręty, urwiska i przeszkody, których nie podobna było przebyć na wprost, znacznie przysparzały drogi. Czasem ziemia urywała się nagle i znajdowali się nad brzegiem głębokich czeluści, które trzeba było obejść do koła. Każdym razem kosztowało ich to wiele czasu i trudów, ażeby trafić napowrót na wygodniejszą ścieżkę. Około południa, gdy drużyna nasza zatrzymała się, ażeby zjeść śniadanie pod cieniem rozłożystego klombu sosn, niedaleko strumyka spływającego kaskadą, ujrzała się właśnie w połowie drogi od pierwszego ostrokręgu, do którego podług wszelkiego prawdopodobieństwa nie podobna było dotrzeć przed zachodem słońca.
Z miejsca, w którem się znajdowali, rozlegał się widok daleki na morze; lecz z prawej strony zasłaniał go śpiczasty przylądek sterczący w południowo-wschodniej stronie, który nie dozwalał rozróżnić, czyli wybrzeże ostrym zakrętem łączyło się z jakim lądem położonym na tylnym planie. Z lewego boku sięgał wzrok kilka mil na północ, lecz w kierunku północno-zachodnim od miejsca, gdzie się znajdowali nasi podróżni, zagradzał dalszy widok sterczący róg jednego z poprzecznych pasm dziwacznie, pokrajanego, tworzącego jakby potężny przyczółek środkowego ostrokręgu. Tym sposobem nie podobna było jeszcze rozstrzygnąć kwestji, o którą chodziło Cyrusowi.
Po całogodzinnym wypoczynku ruszono dalej. Trzeba było zboczyć w kierunku południowo-zachodnim i zapuścić się znowu w gęstwinę. Tu wśród rozłożystych drzew trzepotało się kilka par ptaków należących do rodzaju bażantów. Były to „tragopany,“ a u szyji miały mięsiste podgardla i dwa cienkie walcowate różki po za oczyma. Ptaki te były mniej więcej tej samej wielkości, co kogut; samice były koloru jednostajnie brunatnego, podczas gdy samce połyskiwały czerwonem pierzem z drobnemi centkami białemi. Gedeon Spilett trafnym i silnym pociskiem kamienia ubił jednego „tragopana,“ a Pencroff zgłodzony nużącą drogą, spoglądał na niego łakomem okiem.
Wydobywszy się z gąszczy, poczęli wdrapywać się, podsadzając się wzajemnie na barkach po bardzo stromej spadzistości liczącej około sto stóp przestrzeni i wdarli się tym sposobem na jeden z wyższych schodów, na którym rosło kilka drzew, a ziemia miała pozory wulkaniczne. Ztąd trzeba było skręcić znowu na wschód i iść ślimakiem, co ułatwiało wspinanie się po nader stromej spadzistości, a każdy musiał ostrożnie wybierać miejsca, gdzieby mógł nogę postawić. Straż przednią tworzyli Nab z Harbertem, straż tylną Pencroff; a w pośrodku szli Cyrus i korespondent. Zwierzęta, które drapały się po tych wyżynach — a nie brak było takich tropów — musiały należeć do rasy tych, które natura obdarzyła pewną nogą i giętkim grzbietem, zapewne do rodzaju dzikich kóz lub izardów[1]. Spostrzegli nawet kilka takich sztuk, lecz Pencroff inną dał im nazwę, zawoławszy nagle:
— Barany!
Na ten krzyk stanęli wszyscy i na pięćdziesiąt kroków od siebie ujrzeli pół tuzina zwierząt dużych, z silnemi rogami w tył zakrzywionemi a spłaszczonemi u końca, o wełnistej sierści, którą pokrywały długie miękkie kudły płowego koloru.
Nie były to pospolite barany, lecz pewien gatunek takowych, rozpowszechniony w górzystych krajach stref umiarkowanych.
— A można z nich robić udźce baranie i kotlety? — zapytał marynarz.
— Można — odparł Harbert.
— A zatem, to są barany! — rzekł Pencroff.
Zwierzęta te stały nieruchome wśród odłamów bazaltowych i patrzyły wzrokiem zdumionym, jak gdyby po raz pierwszy widziały dwunożne istoty ludzkie. Po chwili spłoszyły się nagle i skacząc po skałach znikły pomiędzy urwiskami.
— Do widzenia! — zawołał Pencroff tonem tak komicznym, że Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert i Nab wybuchnęli głośnym śmiechem.
Ruszono dalej. Na pochyłościach dawały się co raz częściej spostrzegać ślady lawy rozlanej w fantastycznych pręgach. Małe solfatary[2] przecinały od czasu do czasu drogę i trzeba było obchodzić wzdłuż brzegów. W niektórych miejscach siarka utworzyła osad w kształcie grup z małych kryształków, pomiędzy ciałami, które zazwyczaj poprzedzają wybuchy lawy, między nieregularnemi, skamieniałemi grudkami puzzolany[3] i wśród białawego popiołu z niezliczonej liczby feldspatowych kryształków.
Czem więcej zbliżali się do pierwszej terasy, którą tworzył ścięty słup niższego ostrokręgu, tem trudniej było wdrapywać się do góry. Około godziny czwartej minęli ostatni pas lasu. Tu i ówdzie sterczało jeszcze tylko kilka sosen pokurczonych i nagich, którym przypadł w udziele twardy los stawiania oporu wichrom szalejącym w tak wielkiej wysokości. Szczęściem dla inżyniera i towarzyszy jego pogoda panowała zupełna, powietrze było spokojne, silny wiatr bowiem w wysokości trzech tysięcy stóp byłby krępował ich poruszenia. Na wskróś tego przezroczystego powietrza czułeś czystość jego u zenitu nieba. Cisza zupełna panowała dokoła. Słońce skryło się było właśnie za olbrzymi szczyt wyższego ostrokręgu, który zasłaniał połowę zachodniej części nieba, i którego olbrzymi cień rozpościerając się aż do brzegu morza, rósł w miarę jak promieniejący na niebie planeta zbliżał się do kresu codziennego swego biegu. Na wschodzie poczęły wznosić się lekkie mgły raczej niż chmury, ubarwione pod wpływem promieni słonecznych, wszystkiemi kolorami tęczy.
Pięćset stóp tylko oddzielało podróżnych naszych od szczytu, na którym zamierzali stanąć noclegiem, lecz wykrętasy, któremi iść trzeba było, przedłużały tę drogę więcej niż na dwie mile. Często brakło im gruntu pod nogami. Spadzistość była nieraz tak stromą, że ślizgali się po pokładach lawy, tam gdzie powietrze nie wyżłobiło bruzd, w których noga znajdowała stalszy punkt oparcia. Wreszcie późnym wieczorem, przy zapadającej nocy Cyrus Smith z towarzyszami swymi, śmiertelnie znużeni siedmiogodzinnem drapaniem się pod górę, dotarli do szczytu pierwszego ostrokręgu.
Chodziło teraz o urządzenie noclegu i pokrzepienie się naprzód jadłem a potem snem. Druga kondygnacja góry spoczywała na pokładzie utworzonym ze skał, pomiędzy któremi znaleźli łatwo stosowne schronienie. Zapas paliwa nie był obfity. Można jednak było rozpalić ognisko z mchu i suchych krzaków sterczących miejscami. Podczas gdy marynarz sporządzał ognisko z kamieni, które w tym celu nagromadził, Nab z Harbertem zbierali paliwo i wkrótce powrócili z potrzebnym ładunkiem. Skrzesano ogień, płachta nadpalona zajęła się od skier padających z krzemienia i poddmuchiwany przez Naba zapłonął w kilku minutach pod osłoną skał jasny płomień.
Ogień ten miał służyć tylko do zabezpieczenia się przed ostrym chłodem nocnym, bażanta schował Nab nazajutrz. Resztki „kabyjasa“ i garść sosnowych migdałów stanowiły ich wieczorny posiłek.
Około wpół do siódmej zakończyli wieczerzę.
Cyrusowi przyszła wtedy myśl, zbadać do koła w tym pół-mroku wieczornym owo szerokie podmurowanie ze skał, na którem spoczywał ostrokrąg góry. Przed wypoczynkiem chciał się przekonać koniecznie, czy nie dałoby się obejść do koła podnóże ostrokręgu, na wypadek, gdyby zbytnia stromość jego boków nie dozwoliła dotrzeć do samego szczytu. Kwestja ta nie przestawała go zaprzątać, gdyż łatwo być mogło, że od strony, w którą przechylał się kapelusz t. j. od północy nie podobna by się było wydrapać. Gdyby więc z jednej strony nie można było dotrzeć do samego szczytu góry a z drugiej strony obejść do koła podnóże ostrokregu, w takim razie niepodobieństwem byłoby także przejrzeć północną stronę okolicy i cel wyprawy byłby po części chybionym.
Nie uważając zatem na trud i zmęczenie, inżynier zostawił Pencroffa i Naba zajętych przygotowaniami do noclegu a Gedeona Spiletta pogrążonego w zapisywaniu wypadków upłynionego dnia, a sam podążył krajem terasy w kierunku północnym. W wycieczce tej towarzyszył mu Harbert.
Noc była piękna i pogodna a ciemność nie zbyt jest jeszcze wielka. Cyrus Smith i Harbert szli obok siebie w milczeniu. Gdzie nie gdzie mieli przed sobą grunt płaski i gładki, po którym szli bez przeszkody. Gdzie indziej nagromadzone rumowiska skał pozostawiały zaledwie wąziutką ścieżynę, po której nie podobna było dwom osobom iść obok siebie. A w końcu po dwudziestu minutach drogi Cyrus i Harbert musieli się zatrzymać. Od tego miejsca począwszy oba ostrosłupy zbiegały się ze sobą. Nie było dalej szańca, któryby oddzielał dwie kondygnacje góry. A obejść ją do koła po stokach pochyłych na siedmdziesiąt stopni było niepodobieństwem.
Lecz jednocześnie, gdy inżynier i Harbert musieli zrzec się zamiaru okrążenia góry, przedstawiała im się możność dostania się wprost na jej szczyt.
Przed nimi rozwierała się czeluść głęboka, wydrążona w skale. Był to otwór wyższego krateru, paszcza przez którą buchały ognistym potokiem roztopione kamienie i lawa, w czasie gdy wulkan był jeszcze czynnym.
Stwardniała lawa i fuz zaskorupiały tworzyły rodzaj schodów szerokich, ułatwiających przystęp na szczyt góry.
Za jednym rzutem oka Cyrus Smith spostrzegł tę okoliczność i nie wahając się chwili, wraz z Harbertem puścili się w głąb tej olbrzymiej rozpadliny, wśród wzrastającej ciągle ciemności.
Mieli jeszcze nad sobą tysiąc stóp wysokości. Zachodziło pytanie, czy po wewnętrznych ścianach krateru można się było wdrapać do góry. O tem mieli się wnet przekonać. Inżynier postanowił drapać się tak wysoko, jak tylko się da. Szczęściem ściany krateru były dość przydłużne i wiły się szerokim wężem, co wielce ułatwiało drogę pod górę.
Co się tyczy wulkanu, ten bez żadnej wątpliwości oddawna był wygasł. Nie widać było ani dymu błąkającego się po ścianach, ani ognia na dnie głębokich czeluści. Żaden grzmot podziemny, żaden szum, żadne trzęsienie nie wydobywało się z tego lochu ciemnego, który sięgał może aż we wnętrzności ziemi. Nawet w powietrzu nie dawał się czuć zapach siarki. To nie był sen wulkanu, to była zupełna śmierć jego.
Zamiar Cyrusa zdawał się zapowiadać pomyślny skutek. Wdrapując się wraz z Harbertem po stokach krateru, widzieli jak otwór jego coraz bardziej rozszerzał się nad ich głowami. Kawałek nieba okolonego brzegami krateru powiększał się z każdą chwilą. Za każdym krokiem nowe ukazywały im się gwiazdy. Wspaniałe konstellacje południowego nieba jaśniały całym swym blaskiem. Na zenicie połyskiwała jasnym promieniem srebrzysta Antares z konstellacji Niedźwiadka, a niedaleko niej owa β z konstellacji strzelca, o której twierdzą, że jest najbliższą ziemskiemu globowi. W miarę jak otwór krateru rozszerzał się przed nimi, ujrzeli gwiazdę zwaną Fomalhaut należącą do konstellacji Ryb, Trójkąt południowy, a wreszcie na samym prawie biegunie antarktycznym jaśniejący Krzyż, który na niebie południowem zastępuje gwiazdę Polarną.
Była już godzina ósma, gdy Cyrus i Harbert stanęli na najwyższym grzbiecie góry, na samym szczycie ostrosłupa.
Ciemność wtedy już zupełna, nie pozwalała oku sięgnąć dalej jak na dwie mile w około. Czy morze otaczało wskróś tę ziemię nieznaną, czyli też przytykała na zachodzie do jakiego lądu Cichego Oceanu? Tego nie podobna było rozpoznać. Na zachodzie mglista wstęga rozpostarta na horyzoncie powiększała jeszcze ciemność a wzrok daremnie usiłował odgadnąć, czyli w tem miejscu morze zlewało się z niebem.
Lecz nagle na jednym punkcie widnokręgu zabłysło mgliste światełko, które zniżało się zwolna, w miarę jak chmura wznosiła się ku zenitowi nieba.
Był to wąski sierp księżyca gasnącego na nowiu. Lecz blask jego wystarczał, ażeby oświetlić widnokrąg, wolny już w ówczas od chmur, i w tej chwili ujrzał inżynier drżący obraz jego odzwierciedlony w wodnej płaszczyźnie.
Cyrus Smith uchwycił dłoń Harberta i rzekł głosem poważnym.
— To wyspa!... W tej chwili sierp księżyca zapadł we fale oceanu.






Przypisy

  1. Kozły skalne. (Przyp. tłum.)
  2. Bagna siarczane. (Przyp. tłóm.)
  3. Gatunek ziemi wulkanicznej. (Przyp. tłóm.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.