Straszna noc (Prus, 1936)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Straszna noc
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXIII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
STRASZNA NOC.
I.
LIST DO PRZYJACIELA.

Pan Euzebjusz, młodzian szczupły, cichy i dziwnie rozważny, był rachmistrzem w jednem z biur prywatnych. Pracował w pokoiku niebieskim, przy jesionowem biurku, co stało pod oknem; przy innem zaś jesionowem biurku, co stało obok ściany, męczył się inny młody człowiek, usposobień bardzo zmiennych, niejaki pan January.
Panowie ci żyli ze sobą w przyjaźni. Schodzili się w niebieskim pokoju codzień o jedynastej, podawali sobie ręce i wieszali paletoty na dwu sąsiednich hakach. Potem Euzebjusz kładł kapelusz na swojem biurku, a January — gdzie się zdarzyło. Euzebjusz stawiał laskę w kącie pod oknem, a January w miejscu, którego nikt zgóry nie był w stanie oznaczyć. Euzebjusz wciągał na prawą rękę czarny kamlotowy rękawek i siadał do roboty, January zaś zapalał papierosa, wymyślał woźnemu, że podłoga nie zamieciona, ziewał, albo opowiadał historją swoich konkurów.
— Wiesz pan, żenię się!
— Wiem! — odparł Euzebjusz, pisząc.
— Ma pięćdziesiąt tysięcy rubli posagu.
— Skąd zaś?... Przecież miesiąc temu miała czterdzieści tysięcy rubli...
— Bo to już nie ta, tylko inna — kończył January.
— Aha!...
Stosunki obu przyjaciół były ścisłe i odznaczały się wielką prawidłowością. Pierwszego — January płacił Euzebjuszowi długi, a przy obiedzie stawiał pół butelki białego wina. Lecz od połowy miesiąca, codzień, stale pożyczał od Euzebjusza kwoty, wahające się między piętnastu kopiejkami i trzema rublami. Prócz tego, bez względu na datę, panowie schodzili się każdego wieczora w jednej cukierni przy bilardzie, dla użycia ruchu. Ruch ten wywoływał pewne finansowe następstwa, przyczem, jeżeli wygrywał January, brał gotówkę natychmiast, jeżeli zaś Euzebjusz, to musiał poprzestawać na rewersie tej formy: „Masz u mnie.“
Rzecz, którą opowiemy, działa się w zimie.
Od niejakiego czasu Euzebjusz w przyjacielu swoim dostrzegł wielkie zmiany. January robił mniej niż zwykle, to jest tak mało, że rezultatów jego pracy śmiertelne oko bez trudu dopatrzeć nie mogło. Na obiady spóźniał się, bilard zaniedbywał, konkurami nie chwalił się, a o kobietach mówił z wielką goryczą, on, w którym życzliwość dla tej płci górowała nad pozostałemi fizycznemi i duchowemi przymiotami, a nawet niekiedy (ku niepokojowi oględnego Euzebjusza) przybierała formy bardzo ostre, że nie powiemy gwałtowne.
Pewnego dnia January nie przyszedł do biura, nie przyszedł na obiad, nie przyszedł na bilard. Trzy tak wyraźne dowody jego nieobecności sprawiły na Euzebjuszu wrażenie, jak gdyby on sam, najpunktualniejszy urzędnik w biurze, nie włożył swego kamlotowego zarękawka, albo nie przytłoczył bibułą zapisanej stronicy referatu. Bez przyjaciela, a co gorsze, bez wiadomości o przyjacielu, Euzebjuszowi działo się tak jakoś dziwnie, jakby ktoś zamienił mu futro na letni paletot i w tym ubiorze na wpływ mrozu wystawił. Nadomiar niepokoju, Euzebjusz przypomniał sobie, że jest już prawie koniec miesiąca, a więc termin, do którego January powinien był pożyczyć przynajmniej ze dwadzieścia rubli... Co to znaczy?...
Rozważny młodzieniec sposępniał i pierwszy raz w życiu grał w bilard z osobą, której mu nikt nie zarekomendował. Przegrał w preferansa dwa ruble kopiejek sześćdziesiąt i o jedynastej w nocy wrócił do domu.
Wchodząc na schody, zapalił kieszonkową latarkę, przydeptał zapałkę jak człowiek, dbający o bezpieczeństwo publiczne, i — sięgnąwszy, jak zwykle, pod słomiankę — znalazł „Kurjer“ i — list...
List od Januarego!...
Ognie uderzyły na twarz Euzebjuszowi. Tysiące myśli zakołatało mu w głowie. Czy się wypadkiem ekscentryczny January nie obraził i nie zechce wyzwać go na pojedynek listownie?...
Euzebjusz, jak wszyscy flegmatycy, był mężnym i sądził nawet, nie reklamując się zresztą przed światem, że niewielu posiada cenny ów przymiot w tym, co on stopniu. A jednak, gdyby w tej chwili łóżko, biurko i inne sprzęty stały na jego nogach, niewątpliwie musiałyby przysiąść na ziemi. Istotnie, Euzebjuszowi, gdy pomyślał o pojedynku, nogi dziwnie zwątlały. Szczęściem, nie zważał na to, skoncentrował wszystkie siły duszy w rękach, pomimo niejakiego skostnienia palców dość szybko rozerwał list i — odczytawszy parę wierszy od góry, szepnął, głęboko oddychając: — „Chwała Bogu!...“
Pomimo to nie opuściły go myśli ponure, lecz tylko zmieniły kierunek.
Bo oto co znalazł:

Przyjacielu!
Gdy list niniejszy odbierzesz, mnie już nie będzie na świecie. Czuję, że w życiu zasługiwałem na coś lepszego, niż zawody i udręczenia. Długi moje, wzrastając z każdym rokiem, przekonały mnie, że już nigdy nie odzyskam niezależności, która jest warunkiem mego bytu. Panna Melanja, której pięćdziesiąt tysięcy rubli mogło mnie postawić na nogi, w haniebny sposób zawiodła moje zaufanie. Zofja, którą nawet z czterdziestoma tysiącami rubli decydowałem się pojąć za żonę, już ma innego konkurenta, a Amelja nie ma owych sześciu tysięcy rubli, o których ciotka jej opowiada, i wogóle nie zasługuje na to, abym mógł na niej nadzieje oprzeć.
Stało się!... Mając do wyboru nędzę i niewolę u lichwiarzy, pracę bez jutra i czarne myśli lub — śmierć, łatwo odgadniesz, com wybrał. Sen bez marzeń... o! jakże on uśmiecha się do mojej niegdyś wulkanicznej, a dziś — zlodowaciałej wyobraźni. Gdy maj zajaśnieje, przyjdź do mej samotnej, klątwą obciążonej mogiły, i zazdrość mi!... Jakże słodko pomyśleć, że w chwili, kiedy to czytać będziesz, dla mnie już skończą się nadzieje, cierpienia i... wspomnienia!... Na wieki!...
Gdy odczytasz, spojrzyj w lustro, te same, w którem nieraz przeglądałem się, myśląc o niej. (Euzebjusz nie wiedział o której.) Może wedle słów legendy ukaże ci się tam duch twego

Januarego.

— A niechże cię sto tysięcy! — mruknął, zimnym potem oblany Euzebjusz, myśląc, że nigdy podobno mniej niż dziś nie miał chęci do przeglądania się w lustrze. Gdyby opinje stanowcze o usposobieniu ludzkiem były na miejscu, to powiedzielibyśmy, że jak w obecnej chwili, Euzebjusz czuł nawet pewną odrazę do lustra i odwrócił się do niego tyłem.
— Co tu robić?!... — myślał. — Bo ja wiem, może jeszcze ten warjat żyje?... Gdybym pobiegł i wyperswadował mu?... Tak, ale jeżeli już zastanę trupa?...
Uwaga ta o tyle mocny wpływ wywarła na niezachwianie logiczny umysł Euzebjusza, że gdyby od decyzji jego zależało nietylko życie, ale nawet nieśmiertelność przyjaciela, jeszczeby nie poszedł sam, w nocy, do mieszkania samobójcy. January był miłym w biurze, przy obiedzie, przy bilardzie wkońcu, ale jako trup, zalany krwią, ciepły jeszcze — musiał być straszny, wstrętny!...
W tej chwili zdało się Euzebjuszowi, że w kierunku lustra słyszy jakiś lekki szmer. Nie było to podobne nawet do szelestu myszy, było to raczej — powiewne stąpanie. Gdyby firanki mogły chodzić, nie wydawałyby innego szmeru.
— Złudzenie! — szepnął Euzebjusz, lecz w tej chwili uczuł, że jakaś siła niepojęta, nieziemska, chce zmusić go do obejrzenia się wtył. Euzebjusz miał tyle odwagi, że gdyby chciał, sto razy obejrzałby się za siebie. Ale robić to pod przymusem, pod naciskiem, wywieranym niewiadomo przez kogo, ulegać kaprysowi byle jakiejś istoty nieujętej — na to nie pozwalała mu godność.
Z drugiej strony jednak, jeżeli się nie odwróci, nie będzie mógł rozebrać się, pójść spać...
Spać?...
W pokoju było jakieś surowe powietrze, chłodne nawet, tak dalece, że Euzebjusz szczęknął parę razy zębami. Co u licha!... (właściwie młody człowiek nie miał zamiaru wymówić tego wyrazu: licho) co u... u... stu bizunów!... (jaki to komiczny wyraz: bizun!) pewnie służący dziś w piecu nie napalił?... A gdyby też tak zawołać chłopaka od stróża i kazać mu, ażeby narobił ciepła, ale doskonale! i czuwał — dopóki ogień nie zgaśnie?...
Towarzystwo chłopca, niepospolitego brudasa, wydawało się Euzebjuszowi w tych wstrząsających okolicznościach bardzo ponętne. Domyślać się należy, że w chłopcu tym pod powłoką, tak niezgodną z zasadniczemi własnościami mydła, tkwi dużo przymiotów cennych. Gdyby tak Euzebjusz przyjął malca do siebie, otoczył go pieczołowitością, rozwinął jego drzemiący umysł i serce? Dokonałby czynu dobrego, i sam nie czułby się tak strasznie, tak nieznośnie osamotnionym jak w tej chwili.
Świeczka w latarce dopalała się, i przy jej migotaniu pan Euzebjusz spostrzegł, obok pieca, jakiś tuman formy niby ludzkiej, podobny nawet trochę do Januarego. Gdy pod wpływem właściwej mu energji szerzej niż zwykle otworzył oczy, tuman znikł. Euzebjusz przypuszczał, że widma nigdy nie było, że przecież ludzie, nawet z winy własnej nieostrożności ginący, nie mogą tułać się po śmierci... Z tem wszystkiem czuł, że jego wygodne mieszkanie obmierzło mu!...
Wyszedł szybko, nieledwie wybiegł na korytarz i zamknął drzwi. Maszerował omackiem, głośno tupiąc i pogwizdując i w kilka minut rozmówił się ze stróżem, który na jego przedstawienia bardzo kategorycznie odpowiedział, że w piecu napalono dobrze, i że jego syn po nocy włóczyć się nie będzie.
Teraz Euzebjusz poczuł w sercu głęboki żal za przyjacielem i pod wpływem roztkliwienia rzekł:
— Czy wie Jędrzej, że się pan January zabił?...
— O! — stęknął stróż.
— Dziś w nocy.
— To z tego taki wiatr. Musi się grzeszna dusza tłuc po Warszawie i robi zawiejkę.
Potem ziewnął, owinął się w kożuch i cofnął do swej komórki. Nigdy jaśniej jak po jego odejściu, wśród ciemnej sieni, którą gwałtowny przedmuchiwał wicher, nie rozumiał Euzebjusz tej pięknej prawdy, że człowiek jest istotą społeczną i że potrzebuje towarzystwa bliźnich.
Wrócił na schody, zwolna, tupiąc jeszcze mocniej i gwiżdżąc jeszcze skoczniejszą melodją.
Na pierwszem piętrze z lewej strony skrzypnęły nagle drzwi.
— Kto to?...
— Kto tu?...
— Kto pan jesteś?...
— No... Euzebjusz, lokator z drugiego piętra.
— Aha!... To pan co wieczór wygwizdujesz na Marysię?...
— Ależ panie!...
— O panie!... tu niema żadnego ale!... Ja, panie, chcę mieć spokój w domu, ja mam żonę chorą...
— A zresztą — odezwał się w tych samych drzwiach głos niewieści — choćbyśmy oboje z mężem byli jak najzdrowsi, nie możemy tolerować...
— Ja, panie, skargę podam! — przerwał głos męski. — Dziewczyna lata, drzwi zostawia otwarte...
Skrzypnęły drzwi z prawej, i stanął w nich mężczyzna ze świecą, pytając:
— Dobry wieczór!... Co się stało?...
— Pan Euzebjusz bałamuci nam służącą...
— Ależ, panie! — krzyknął Euzebjusz — daj mi pan spokój!... Ja czem innem mam głowę zajętą: mój przyjaciel w tej chwili się zabił...
— Kto? — krzyknęła dama z lewej.
— January!...
— January? — powtórzyły dwie damy z prawej.
— Ten, co się o Amelją starał — objaśniła dama z lewej.
— Ależ nie! — zaprotestowała jedna z dam po prawej — on się starał o Zosię i mówił nawet do kilku osób, że jeżeli ona go odrzuci, to sobie życie odbierze.
Na drugiem piętrze zrobił się ruch.
— Kto się zabił? — zawołano z góry.
— January! rachmistrz od bankiera Gotlieba!
— To ten rachmistrz, co obok mnie mieszkał, Euzebjusz? — pytano z góry.
— Ależ ja żyję! — krzyknął zaniepokojony Euzebjusz.
— Więc któż się zabił?... Czy w naszej kamienicy?...
— Ale nie, w innej!
— Aha!... Dobranoc!... Przepraszam!...
— Pan ma jednak dziwne usposobienie — rzekł mężczyzna z lewej strony.
— Dlaczego? — spytał Euzebjusz.
— Bo pan, mimo śmierci przyjaciela, gwiżdże na naszą służącą.
— Ależ słowo honoru!
— No, no!... Już tym razem skargi nie podam, ale bardzo proszę, aby nam pan koncertów na przyszłość nie wyprawiał. Dobranoc!...
— Dobranoc!... dobranoc!... — powtórzono z prawej strony. Świeca znikła, a drzwi jedne i drugie zatrzaśnięto.
Euzebjusz usłyszał turkot jadącej zwolna dorożki. Zbiegł pędem ze schodów, przy pomocy stróża otworzył bramę, znalazł dorożkarza niezajętego i kazał się wieźć do jednego ze znajomych.
— Dostanę rubelka? — spytał sałaciarz.
— Dobrze! dobrze! — odparł Euzebjusz, modląc się w duchu, aby i ten znajomy, do którego jechał na nocleg, nie dopuścił się czasem samobójstwa.
Szczęściem, znalazł go w pełni sił i zdrowia, opowiedział o śmierci Januarego i rzucił się na szezlong.
Znajomy mówił, że Euzebjusz parę razy krzyczał przez sen.


II
U WRÓT ŚMIERCI.

January był w życiu romantykiem. Znaczy to, że nietylko miewał romanse, co, jak wiadomo, nie jest grzechem, ale — że nikt nie mógł przepowiedzieć, jak się młodzieniec ten znajdzie w danych okolicznościach. I jadał bowiem codzień inaczej, i sypiał coraz o innych godzinach, cieszył się coraz z innych konceptów i gniewał dziś z tych powodów, które go wczoraj bawiły.
Jeżeli żył kto z nim po przyjacielsku i jowjalnie, January podejrzewał go o zbyteczną poufałość i chęć drwinkowania. Jeżeli inny trzymał się sztywnie i zdaleka, January posądzał go o zarozumiałość i pychę. Umiał też bez przyczyny rzucać posady, wyprzedawać się z całej garderoby dla spłacenia kilkudziesięciu rubli długów, aby nazajutrz i dni następnych zaciągnąć znowu pożyczkę kilkusetrublowej wysokości.
Jedno tylko uczucie było w nim stałe, oto: tkliwość dla nadobnej połowy rodu ludzkiego. Sprzyjał on wszystkim kobietom między osiemnastą i czterdziestą piątą wiosną ich egzystencji i umiał czcić ideał niewieści zarówno na stanowisku wielkiej damy, jak i w skromnej sukience pracownicy igły, a nawet w bezpretensjonalnych i niezawsze przejrzystych formach — restauracyjnej pokojówki.
Wszakże i ona jest kobietą, cokolwiek bardziej zasmoloną, niż zwykłe anioły ziemi!
Z zastanawiającą jednomyślnością twierdzili wszyscy, że pan January posiada instynkta „wyższe.“ Od czego wyższe? Prawdopodobnie od pensji, którą uzupełniać musiał za pomocą umiejętnie realizowanych pożyczek. W dniu, w którym po raz pierwszy ogolił młodociane zwiastuny wąsów, miął już trzydzieści rs. długu. Potem, chcąc wejść w świat i oporządzić się, zaciągnął około czterystu rs., w epoce zaś konkurów długi jego wzrastały w stosunku prostym do ewentualnych posagów dziewic, jakie miał na widoku. W ostatnich czasach cyfra niezaspokojonych, a połowę pensji zjadających wierzytelności, dosięgła tysiąc trzystu rs. w liczbie okrągłej.
Największą część kapitału, tym razem duchowego, pochłaniała Januaremu miłość przeważnie platoniczna, a więc na westchnieniach, łzach, nadziejach i rozpaczy oparta. Wśród walk wewnętrznych January pracował cierpieniami jak brukarz albo kopacz łopatą i w taki sposób zużywał siły, które bynajmniej nie pasowały do zajęć biurowych. Ściśle rzeczy biorąc, nie miał on temperamentu rachmistrza, ale raczej praporszczyka, który, przegimnastykowawszy się kilka lat w pułku i w szkole junkierskiej, nabył zapasu energji, i dosłużywszy się pierwszej rangi oficerskiej, w parę tygodni potem za burdę uliczną wypędzony został z wojska, bez prawa noszenia munduru.
Dopóki Januarego absorbowała miłość, młodzian miał humor, apetyt i sypiał wybornie, a o długach nie myślał. Lecz gdy okrutna Amelja dała mu do zrozumienia, że go nigdy nie uszczęśliwi ani posagiem, ani sercem, January stracił grunt pod nogami, naturalnie — moralnemi. W dodatku wierzyciele, nie słysząc zapowiedzi przed adwentem, poczęli go nękać, — pensja pozostała taka jak dawniej, zaległe procenta rosły, a wiara w siebie malała.
W tych okolicznościach, zrozpaczony młodzian zdecydował się ukończyć rachunki z życiem; a jak niegdyś wszystkie pory jego istoty wypełniała miłość dla Amelji, Zosi, Melanji i kilkunastu panien z demokracji, tak dziś — myślał tylko o samobójstwie. Z rozkosznym dreszczem wyobrażał sobie efekt, jaki tym czynem wywoła, zdziwienie uwielbianych przez niego kobiet, przestrach wierzycieli i — swój własny, cichy sen pod murawą mogiły, którą może kiedyś — jaka litościwa rączka ozdobić zechce kwiatami!...
Faktem jest, że chorobliwa fantazja obok czerstwego próżniactwa dziwne rzeczy wyrabia z ludźmi.
Po kilkutygodniowych medytacjach nadszedł dzień stanowczy. January musiał dziś umrzeć, albo nazajutrz — zapłacić osiemset rs. pewnemu jegomościowi, który w razie zawodu nie zawahałby się zrobić skandalu i położyć aresztu na pensji desperata.
Od rana, mający zostać samobójcą, pisał treściwy pamiętnik, skąd ludzkość dowiedzieć się miała, że taki a taki January przez całe życie był ofiarą prześladowań losu, że tragiczność wypisana była już na jego kolebce, i że świat powinien mu wybaczyć okropny czyn, przez wzgląd na pobudki. January bowiem pozbawiał się życia nie z powodu długów lub nieszczęśliwej miłości, ale z tytułów „zrozumiałych tylko dla ludzi honoru.“ Nadmieniał wkońcu, że wrogom swoim wybacza, i błagał, aby nie posądzano nikogo o przyczynienie się do jego śmierci.
Potem, rozgorączkowany, wystylizował wiadomy list do Euzebjusza, któremu nie mówił już wprawdzie o tytułach, „zrozumiałych tylko dla ludzi honoru,“ lecz zato przedwczesny i nieodżałowany zgon swój oblał nader melancholicznem światłem.
Oba te nekrologi, odczytane po kilka razy, tak rozdrażniły Januarego, iż dostał spazmatycznego płaczu, i tym sposobem miał tę niezrównaną przyjemność, że pierwszy zrosił łzami własną mogiłę. Należy mniemać, że ze wszystkich łez, jakie społeczeństwo miało wylać niebawem z powodu jego śmierci, te chyba były najbezinteresowniejsze i najszczersze.
Aby zapobiec możliwym zmianom gustu i przeciąć sobie wszelkie drogi do odwrotu, January około siódmej wieczór wysłał list do Euzebjusza i opieczętował swój pamiętnik. Potem przystąpił do przygotowań ostatecznych i nabił rewolwer odrazu sześcioma ładunkami. Nie wiem dlaczego, ale wszyscy samobójcy zwykli tak robić, myśląc zapewne, że dusza ich już dosyć zaniepokojona jednym strzałem, jeszcze prędzej opuści doczesną powłokę, jeżeli zobaczy pięć kul zapasowych. Bywają lokatorowie uparci, ale żaden z nich chyba nie wytrzyma, gdy mu sześć razy zkolei wymawiają komorne!...
Chodziło teraz o wybór chwili najostateczniejszej, bez oznaczenia której, wedle bardzo trafnych rozumowań, January mógłby odkładać spełnienie egzekucji z godziny na godzinę, bodaj do setnego roku życia. No, a tu należało już jutro — zapłacić osiemset rubli!...
January myślał tak: Euzebjusz odbierze list najpóźniej o ósmej, to jest zaraz po powrocie z cukierni. Natychmiast da znać policji i na czele władz bezpieczeństwa przybiegnie do jego mieszkania o dziewiątej. Gdy January usłyszy na schodach łoskot, odwiedzie kurek, a gdy zaczną wyważać drzwi — pociągnie za cyngiel... Zawodu nie obawiał się, kule bowiem z jego rewolweru przebijały o dziesięć kroków trzycalówki. Na wszelki zaś sposób miał prawo przypuszczać, że mózg rachmistrza już chyba twardszym od grubej deski — być nie może.
Wy, którzy w tej chwili pijecie herbatę, wypiliście herbatę, lub zasiadacie do preferansa; wy, którym ciepły piec i drogie sercu osoby dają przedsmak najmilszych stron życia, którzy na myśl o śmierci doświadczacie bólu głowy i smutny termin ten odsuwacie w wyobraźni aż do skończenia świata; wy wszyscy zdrowi, niezadłużeni, nieodpaleni w konkurach, — zważcie, że od tej chwili za kilkanaście minut stracicie raz na zawsze możność wyzyskiwania sił, kapitałów i rozkoszy, jakich wam dostarcza otoczenie. Pomyślcie, że egzystencja wasza zależy teraz od pierwszego łoskotu na schodach, od puknięcia we drzwi, i że, przy pierwszym ruchu klamki, głowa pęknie wam pod naciskiem ołowiu, mózg tryśnie, a dusza — ta dusza, którą zazwyczaj interesujemy się nader mało, znajdzie się w jakichś innych, nie do pojęcia odmiennych warunkach.
A co — dobrze wam? Otóż stokroć gorzej było w tej chwili biednemu Januaremu!
Dziewiąta zbliżała się, i lada minutę musiał przybiec Euzebjusz, otoczony strażą policyjną, lekarzami, felczerami — i — obciążony ładunkiem szarpi, tudzież innych wskrzeszających i uspakajających medykamentów. Już bije dziewiąta!... Minuta... dwie... Słychać jakiś niezwykły ruch na podwórzu... To Euzebjusz!...
January odwodzi kurek... słucha... czeka...
Już nic nie czuje i nie myśli, całe jego życie stało się biciem serca i leciutkiem drżeniem ręki... W skroń potrąca go lufka rewolweru... Szmer na podwórzu wzrasta, lecz nie przechodzi na schody.
January wyjrzał oknem i przy migotliwem świetle małych pochodni spostrzegł dwa wozy, a w nich coś podobnego do kotłów parowych. Przy trzecim wózku, mniejszym, stało paru ludzi, którzy kręcili korbą...
Widok skromnych przedstawicieli pracy u podstaw społeczeństwa rozrzewnił Januarego. Wszakże oni byli tymi ludźmi, na których padały ostatnie jego spojrzenia!
W pół do dziesiątej — Euzebjusz jeszcze nie nadchodził.
„Możeby nie czekać?“ — pomyślał January, czując, że półgodzinne wyglądanie śmierci należy do nużących zajęć. Ale nad niecierpliwością wzięła górę rozwaga. Istotnie, poco się gorączkować i przyśpieszać kres życia, już i tak bliski? Euzebjusz niezawodnie przyjdzie, choćby o północy, zresztą ktoś inny może zapukać we drzwi, a wówczas January zrobi swoje. Czy więc nie lepiej korzystać z tych niewielu chwil, jakie mu pozostały?...
January był marzycielem, ale nigdy podobno fantazja nie dopisywała mu tak znakomicie jak dzisiaj. Prawie przed oczyma widział dzieciństwo swoje, wiek chłopięcy, młodość... Przypomniał sobie pewien wieczór adwentowy, w ciągu którego, oparłszy głowę na kolanach matki, słuchał „Anuncjatę“ Kaczkowskiego... Potem zobaczył gwarną salę szkolną i kipiące młodością postacie swoich kolegów, z którymi tak wesoło upływały lata... Potem odczuł z dziwną wyrazistością pierwszy pocałunek i pierwszy uścisk ciepłej delikatnej rączki... Między temi obrazami mignął mu parę razy cmentarz, piękny jak ogród, to znowu bal w resursie i tęskne, rozmarzające melodje jakiegoś walca...
Od tej chwili walc brzmiał mu ciągle w uchu, i wówczas, gdy widział niebieski pokój biurowy i myślącą twarz Euzebjusza, gdy przypominał fantową loterją w Saskim ogrodzie, albo wieczorne widoki z ulic Warszawy, — zdawało mu się, że każdy ten obraz był kwiatem, którego woń dolatywała go aż tutaj, aby zmieszawszy się z tysiącem innych, unosić się nad jego zwłokami.
Na schody ktoś wchodził ciężko, prędko...
January znowu odciągnął kurek; jego zegarek, wskazujący sekundy, leżał na stole. Kroki dudniły, skazówka biegła, a Januaremu zdawało się, że z piersi jego potężnym strumieniem jak woda z fontanny wypływa życie... Przypomniał sobie straszny ból przy rwaniu zęba i pomyślał, że w tej chwili uczuje jeszcze straszliwszy, głębszy, miażdżący...
Raz... dwa... skazówka pędzi jak szalona... trzy... January czuje pod palcem usuwanie się cyngla... Kroki biegnącego słychać już na drugiem piętrze... Jak błyskawica rozpala się w duszy samobójcy myśl o Bogu... Idący zbliża się do jego drzwi... Jezus!... Marja!...
Ktoś otwiera drzwi, ale nie do jego mieszkania. Samobójcy opadła ręka, taka bezwładna i ciężka, jak wał żelazny...
Gdyby ten — kto wszedł na korytarz — stuknął wypadkiem we drzwi Januarego, rachmistrz jużby zapisał ostatnią cyfrę. Śmierć jednak chciała się pastwić nad nim i znowu go odbiegła, jak wytrawny kot od młodej myszy.
W tej właśnie porze Euzebjusz, zapłaciwszy nierekomendowanemu partnerowi dwa ruble kopiejek sześćdziesiąt, powoli wracał do domu, nie myśląc, jak okrutne męki systematyczność jego zadaje Januaremu.
Młody człowiek usiadł na fotelu, na kolanach złożył broń i zapadł w ten stan psychiczny, który środkuje między sztucznym snem a zaczadzeniem. Wyobraźcie sobie biednego grzesznika, któremu przez dwie godziny zakładają powróz na szyję, z zamiarem obwieszenia go dopiero wówczas, gdy się to a to zdarzy... January był takim biednym grzesznikiem, a nawet biedniejszym jeszcze od niego, jednoczył bowiem w sobie trzy urzędy: delinkwenta, który chciałby doczekać końca, ale umierać nie chce, kata, w którym zajadłość ustąpiła zimnej krwi, a zimna krew litości, i publiki, która już zaczyna się nudzić.
Odwaga jest to rzecz temperamentu, ale męstwo — przymiotem charakteru. Odwagę wytwarzają nerwy, męstwo — namysł i wyższe uczucia. Odważnym jest ten, kto w chwili niebezpieczeństwa bez wahania rzuca się naprzód, jak krokodyl na siedemnastoletnią murzynkę, używającą kąpieli. Taki jego temperament i basta! Gdyby miał temperament przeciwny, cofnąłby się wtył, narażając na klęskę — grzbiet bezbronny.
Męstwo przeciwnie — oblicza szanse: trwodze przeciwstawia obowiązek, boleści — ambicję. Męstwo nie skacze jak tygrys, lecz posuwa się jak taran, niezbyt prędko i niezbyt wolno, w miarę okoliczności. Ta właśnie miara, ta wytrwałość niespożyta wynosi męstwo ponad odwagę i w chwili przeciągającego się niebezpieczeństwa robi je straszliwem, niezwalczonem.
Odważny pali sobie w łeb bez namysłu, mężny zapowiada naprzód godzinę. Szkoda tylko, że w obu w tej chwili zacytowanych wypadkach, z cennemi przymiotami jednoczy się głupota!
January był niewątpliwie i odważnym i mężnym i głupim, czego dowiódł świetnym sposobem w ciągu dwugodzinnej walki ze śmiercią bezcelową. W dodatku był jeszcze człowiekiem, to jest istotą organiczną, i — wyczerpał siły.
W chwili gdy bezwładny siedział na fotelu, zamiast jaskrawych marzeń o upłynionych czasach, snuły mu się po głowie myśli szare, mdłe, niepowiązane. Zdawało mu się, że przekroczył kanciasty próg grobu i z tamtej już strony spogląda na życie, bez żalu, gniewu, uniesień, apatycznie jak cień błąkający się po elizejskich polach. Było dużo ciekawych rzeczy w tem stanowisku obojętnego widza na świat. Jakże małemi są ludzkie interesa, walki, udawania, a nawet miłość! Jak to prędko przechodzi!... Gdyby kamień miał oczy i zdawał sobie sprawę ze stosunków społecznych, nie sądziłby ich inaczej, jak w tej chwili January. Cóżto za szczęście być widzem tylko tragikomedji światowej, być kamieniem...
Zdawało się Januaremu, że już dosięgnął owego najwyższego, zagrobowego zadowolenia, które tak wymownie maluje się na twarzach sfinksów i innych posągów egipskich. Czuł, że serce jego stało się oceanem spokoju, i byłby najdoskonalej szczęśliwym, gdyby gdzieś na dnie nie wiło się, nie nurtowało jakieś bezkształtne i bezimienne cierpienie.
Umrzeć!...
Więc on jeszcze nie umarł?... Więc ten spokój, jakiego doświadcza, nie jest przywilejem zmarłych, ale złudzeniem żyjących?...
Okrutna rzecz!... A jakież uczucia właściwe są umarłym? Może żadne?...
Tymczasem na dnie duszy ciągle coś wiło się i nurtowało. Jestże to pierwszy szpon śmierci? Cóż będzie, gdy niezmierny potwór ten, którego obmierzłe cielsko wszechświat wypełnia, rzuci się na mnie całym ciężarem swej zajadłości?...
I to niedługo, zaraz, może natychmiast!...
January uczuł, że słabnie. Nigdy jeszcze śmierć nie przedstawiła mu się w kształcie równie ohydnym.
— O gdyby przyszedł Euzebjusz! — mruknął.
Uległ już monomanji i poza obrębem chwili, w której Euzebjusz zapukać miał do drzwi jego, nie potrafiłby oznaczyć ostatecznego terminu.
Właśnie o tej godzinie, systematyczny Euzebjusz, odczytawszy list Januarego, miał ponure widzenia i przemyśliwał o ucieczce z własnego domu.
Teraz nadszedł krótki moment, w którym samobójcę ogarnęła trwoga, najzupełniejsza, najdokładniejsza trwoga. Uczuł nienormalne bicie serca, zamęt w głowie i ściskanie w gardle jak sztubak, którego układają na zydel. W tym momencie o zastrzeleniu się mowy nawet być nie mogło. Byle kto, wyważywszy drzwi, odebrałby Januaremu broń, jego samego związał i zresztą zrobiłby z nim, coby mu się podobało.
Młodzieniec zrozumiał to, a ponieważ znał się na upadku ducha i jako człowiek dobrze wychowany, posiadał w szafce zapas środków leczniczych, wstał więc z fotelu i wydobył — butelczynę.
W kwadrans była pusta. W Januarym krew poczęła krążyć mocniej, bić do głowy. Rozweselił się nawet trochę, lecz drżał. Dla ukojenia przeto nerwów, wydobył drugą flaszkę i postąpił z nią jak wyżej.
Był już kompletnie wesoły i z niejaką burszonadą oczekiwał na Euzebjusza. Mógłby wprawdzie i teraz zaraz trzasnąć fobie w łeb, przymierzył nawet, jak to wygląda, ale — nie śpieszył się.
— Poco mam łamać słowo — myślał — jeżeli go w każdej chwili dotrzymać mogę? No... a Euzebjusz musi przyjść lada minutę, chybaby ludzkiego serca nie miał... Zresztą, szkoda życia, dopóki jest w szafie jeszcze parę butelek. Po ostatniej nie będę już czekał!...
Wydobył trzecią flaszkę i wypił ją do połowy. Gdy napełnioną szklankę, już niewiadomo którą z rzędu, podniósł do ust, usłyszał na schodach stąpanie...
— Czy i tym razem nie sąsiad?...
Odciągnął rewolwer.
Ktoś był na drugiem piętrze i wyraźnie szedł ku drzwiom Januarego.
Ten z pośpiechem wypił wino, stanął na środku pokoju... W tej chwili we drzwiach drgnęła klamka.
Lokator, mieszkający pod Januarym na pierwszem piętrze, usłyszał nad głową ciężki łoskot...
Ktoś inny przyjacielowi Euzebjusza wydał ostatnie hasło.
Na podwórzu kręcił się wiatr i od czasu do czasu bił w szyby zmarzniętym śniegiem. Światła w oknach pogasły, i tylko na ulicy migotały jeszcze skaczące i drgające płomienie gazowe.
W tej właśnie porze, jakby natchniony przez złego ducha, Euzebjusz opowiadał stróżowi i lokatorom swej kamienicy o śmierci Januarego!... Traf czy jasnowidzenie?...



III.
SKUTKI NIEROZWAGI.

Na drugi dzień Euzebjusz i znajomy, u którego nocował, obadwaj przyjaciele Januarego, zerwali się o siódmej rano. Spali w ubraniach, tualeta więc niewiele im czasu zabrała; umyli się też metodą skróconą i nie czekając na śniadanie — wybiegli.
— Możeby wstąpić po policją? — spytał Euzebjusz.
— Dajmy spokój! — odparł znajomy. — Któż wie, czy January nie rozmyślił się?...
— A niechże Bóg broni! — krzyknął Euzebjusz troskliwy o honor przyjaciela. — Przecie wiesz, jaki to był człowiek słowny...
— Więc może tylko raniony — ciągnął znajomy, któremu January winien był około dwudziestu rubli.
— Założę się, że już nie żyje! — przerwał Euzebjusz. — Z tem wszystkiem możemy wezwać policją wówczas dopiero, gdy mieszkanie znajdziemy zamknięte.
Na ulicach wyjaśniało się, stróże zamiatali chodniki. Znajomi nasi spotykali wozy z pieczywem, wozy z drzewem, wozy z jarzynami, wozy z węglami, wozy z mięsem, wkoócu nawet wozy puste, lecz ani jednej dorożki. Biegli więc piechotą, co rozgrzewało i podwyższało ich energją.
O ósmej stanęli przed kamienicą, w której mieszkał January.
— Odpocznijmy chwilę! — odezwał się Euzebjusz, nie mogąc tchu złapać.
Jego kolega również ciężko dyszał.
Po kilku minutach weszli na schody i prawdopodobnie skutkiem zmęczenia, wstępując coraz wolniej, dotarli wreszcie na szczyt drugiego piętra, a nawet do drzwi nieszczęśliwego.
Tu — dobre wychowanie obu panów zajaśniało niezwykłym blaskiem.
— Proszę cię!... — rzekł Euzebjusz do kolegi, wskazując mu drzwi.
— Ale bądź łaskaw!... — odparł kolega, zlekka popychając do klamki Euzebjusza.
— Kiedy bo robisz niepotrzebne ceremonje w takiej chwili...
— To ty, mój drogi...
Euzebjusz przypomniał sobie, że drzwi muszą być zamknięte, zrobił więc minę stanowczą i — pocisnął klamkę.
Klamka puściła, drzwi uchyliły się.
W jednej chwili obaj panowie byli już na drugim końcu korytarza.
— Nie — ja tam nie wejdę! — rzekł blady jak ściana Euzebjusz. — Zanadto go kochałem.
— Czyby nie należało wezwać jakiejś osoby obojętnej dla zmarłego? — spytał nie mniej blady kolega.
Szczęściem Euzebjusz znał jednego z sąsiadów. Zapukał — sąsiad wyszedł w szlafroku.
— Dzień dobry panom — rzekł — a co słychać?
— Stało się u Januarego jakieś nieszczęście i chcieliśmy, ażeby pan towarzyszył nam przy wejściu do jego pokoju. Pojmuje pan?... Pan jako domowy... znający gospodarza — mówił gorączkowo Euzebjusz.
Nie śmiemy twierdzić, aby pochlebne skądinąd wezwanie to podobało się sąsiadowi. Z tem wszystkiem, nie mając głowy nabitej widziadłami, posiadał jeszcze odrobinę zimnej krwi i postanowił pójść. Wstąpił tylko do swego mieszkania, zdjął z głowy czapeczkę, a natomiast uzbroił się długim i grubym cybuchem. Potem bez śladu wahania, jak żołnierz do szturmu, pomaszerował w kierunku pokoju Januarego i — szeroko otworzył drzwi.
W mieszkaniu panował najwyższy nieład: wieszadła były puste, szafa, biurko i komoda — pootwierane. Na środku podłogi rozlewała się wielka purpurowa kałuża.
Na ogołoconem z kołdry i poduszek łożu, Euzebjusz ujrzał — zwłoki przyjaciela. January leżał bokiem, z głową oplecioną własnemi ramionami.
— Co to jest? — spytał przerażony sąsiad.
— Nie żyje! — odparli jednocześnie Euzebjusz i jego znajomy.
— Cóż mu się stało?
— Zabił się...
Sąsiad podszedł do trupa i ostrożnie dotknął go cybuchem dla wypróbowania, czy nieboszczyk już skostniał. Szturgnął go raz, potem drugi...
— Co to?... u stu tysięcy djabłów! — wrzasnął January, siadając nagle na łóżku.
Trzej panowie znaleźli się w jednej chwili za progiem.
January zaczął się oglądać po pokoju i przecierać oczy.
— Panowie! — krzyknął sąsiad — ależ on żyje!... jak Boga kocham, żyje!...
— January! — zawołał tkliwym głosem Euzebjusz — January to ja!... Przyjacielu!...
January wciąż oglądał się osowiałym wzrokiem.
— Co u djabła?... — mruczał. — Gdzież mój rewolwer, zegarek... futro?... Ależ mnie okradli?... Zabrali mi bieliznę, garderobę, porozlewali wino na podłogę, świsnęli nawet re...rewolwer!... Och! jakże mnie łeb boli!...
I upadł znowu na ograbione łóżko.
Gdy trzej panowie zbliżyli się do cierpiącego na głowę nieboszczyka, uczuli silny zapach spirytualjów.
— On żyje, panowie!... — upewniał sąsiad — ale, jak widzę, strąbił się, i to porządnie. Pięć pustych flaszek!... Jak mi honor miły, zuch chłopak!
— Co tu robić? — spytał Euzebjusz.
— Facecje! — odparł sąsiad. — Przenieśmy go do mego pokoju, bo tu widzę, niema na czem spać... rozbierzmy go, a jak się wyśpi i napije herbaty z cytryną, to nam wszystko opowie...
Zrobiono tak, i w pół godziny później, rozebrany jak się należy, January spał na wygodnem łóżku sąsiada.
Trzej panowie tymczasem poszli do pokoju Januarego, obejrzeli pootwierane szuflady, odczytali pamiętnik samobójcy, jego list do Euzebjusza i zakomunikowali sobie nawzajem swoje wrażenia. Jednomyślnie zdecydowano, że żaden z nich nie bał się wejść do nieboszczyka, lecz że sąsiad, który wszedł tam pierwszy i cybuchem wskrzesił Januarego, jest niewątpliwie o tyle szlachetnym, o ile godnym podziwu filantropem.
— W każdym razie, moi panowie — mówił sąsiad — jest to rzecz okropna, ażeby... panie... taki człowiek, jak ten oto January, panie, miał ginąć z własnej ręki przez lichwiarzy. Bo, o ile wiem, (a wiem dobrze), w tych tysiąc trzystu rublach, które on im winien, jest zaledwie sześćset do siedmiuset rzeczywistego długu, resztę zaś stanowią, panie, procenta!...
— Trzebaby go wyciągnąć z błota — wtrącił kolega Euzebjusza. — Winien mi on wprawdzie coś, ale chętnie pożyczę mu więcej, byle ustatkował się i z lichwiarzami zerwał...
W tej chwili usłyszano brzęk pałasza, i na progu — ukazał się rewirowy. Przybyły obejrzał pokój, krwawą plamę na podłodze i nieco dłużej zatrzymał wzrok na obecnych mężczyznach, aby bez zaciągania cudzej informacji mógł dociec sam, który też z nich jest samobójcą i kwalifikuje się do opieczętowania?
Pokazuje się jednak, że obserwacja nie zawsze wykrywa trupa, ponieważ rewirowy uznał za stosowne zapytać:
— A gdzie nieboszczyk?... bo nam tu potrzebny będzie do protokółu.
— Skądże znowu przywidział się panu nieboszczyk? — odparł sąsiad, dosyć zdziwiony tą wizytą.
— Jakże skąd?... Rewirowy z ulicy Chmielnej mówił mi, że w tym domu zabił się pan January, rachmistrz...
Euzebjuszowi zrobiło się niedobrze. On mieszkał przy ulicy Chmielnej, on ogłosił sąsiadom o samobójstwie Januarego i sprowadził mu na kark policją!... Świadomość winy zbudziła w nim energiczne postanowienia, rzekł więc:
— Widzi pan naczelnik...
Naczelnik zdjął czapkę.
— Widzi pan naczelnik, mój kolega January chciał mnie zastraszyć i wysłał do mnie list z doniesieniem, że się zabije.
— To pan list odebrał?...
— Ja! ja!... i ja mieszkam na Chmielnej, ode mnie wyszła pogłoska...
— A to pan musi do protokółu stanąć.
— Dobrze! dobrze!...
— Ale tamten pan żyje?
— Zdrów jak ryba! — odezwał się sąsiad.
— I on musi do protokółu stanąć. On tu jest?...
— Śpi teraz w moim pokoju — odpowiedział sąsiad — bo uważa pan naczelnik, okrutnie się dzisiejszej nocy strąbił. Pięć butelek, panie, rypnął, jak orzech zgryzł!...
— Nic to nadzwyczajnego pięć butelek. Jeszcze widzę, że z pół butelki rozlał na podłogę!... Czerwone wino... głupstwo!
— Ale uważa naczelnik — ciągnął sąsiad — pana Januarego okradli dziś w nocy. To gorzej!...
— Cóż gorzej!... Spisze się protokół, i będzie wszystko dobrze. Ale on żyje?...
— Żyje! żyje!... Zresztą, przechodząc około moich drzwi, zajrzyj pan do pokoju. On tam śpi! — rzekł sąsiad.
Rewirowy pokręcił głową, ale wkońcu odszedł. W połowie korytarza zatrzymał się jeszcze i dodał:
— Niech jednak panowie, z tym panem nieboszczykiem wstąpią dziś do cyrkułu, to będzie najlepiej. Spisze się odrazu protokół i koniec!
— Aleś go pan djable urządził! — odezwał się do Euzebjusza sąsiad. — Nie lepiej to było odrazu przyjść tu, sprawdzić, przekonać się, aniżeli mówić na niepewne. Będzie miał teraz January dużo ceregielów!...
Euzebjusz, zapomniawszy o uczuciach, jakie napastowały go w nocy, ubolewał teraz, że mu na myśl nie przyszło odwiedzić Januarego jeszcze wczoraj, o jedynastej. Nie wiedział poczciwiec, że jego safandulstwo rzeczywistą oddało przysługę desperatowi, który dziś żyje, a przy większej nieco gorliwości ze strony Euzebjusza — gryzłby już ziemię!
Schody znowu zadudniały, tym razem pod cywilnemi krokami. Jakiś jegomość dobrze szpakowaty, w czarnych zapotniałych okularach, wpadł do pokoju, krzycząc:
— Gdzie on jest?... Postąpił niehonorowo, jak Boga kocham! Miał mi dziś oddać osiemset rubli, oblagowywał mnie, że się żeni, że posag dostaje, i otóż... ożenił się! Bardzo ładnie strzelać sobie w łeb i ludziom zawody robić!... Gdzie on?...
Sąsiad Januarego przybrał fizjognomją lodowatą i pocierając sobie brodę, spytał:
— A gdyby też January zostawił dla pana pieniądze?...
— To... to... postąpiłby jak człowiek uczciwy.
— Ale tylko tyle, ile od pana wziął, to jest pięćset rubli.
— Pięćset? — krzyknął gość. — Ależ ja dałem osiemset.
— Bajki!...
— Oto nagroda za moje dobre serce!... Ha... dajcie i to... niech go...
— I tego nie damy gotówką natychmiast, tylko wystawimy kwit na miesiąc, aż do uregulowania interesów.
Jegomość zamyślił się.
— To już ja wolę zaczekać — rzekł.
— Jak pan chce — odparł sąsiad.
— Ach, Boże! jaki teraz świat — biadał gość, machając ręką. — Tyle długów narobił, i masz, zabija się, akurat wtedy, kiedy mnie powinien spłacić!... Tu widzę, rzeczy niema w tym pokoju? Co to znaczy?...
— To do pana nie należy. Dowidzenia!...
Jegomość począł biegać po pokoju, ręce łamać, a wkońcu — zdecydował się.
— Piszcie panowie kwit na sześćset rubli!...
— Na pięćset — odparł sąsiad.
— Ach, Boże, co za przewrotny charakter!... Tyle miesięcy wytrzymał mój kapitalik, i ani grosza zarobku!... On w grobie nie będzie miał spokoju za moje trzysta rubli...
Euzebjusz napisał tymczasem kwit na pięćset rubli, dwaj obecni panowie poręczyli, a jegomość zwrócił im weksel Januarego na osiemset rubli.
— W każdym razie — rzekł sąsiad, chowając weksel do kieszeni szlafroka — oszczędziliśmy poczciwemu Januaremu trzysta rubli. Chłopak odetchnie!...
— Co to znaczy? — wrzasnął gość.
— Niech pan tak nie krzyczy, bo się January obudzi i jeszcze pana ze schodów...
— Więc on żyje, ten bankrut?...
— Nietylko żyje, ale i doskonale wygląda! — mówił sąsiad. — A skądże pan słyszał, że on umarł?...
— W „Kurjerze,“ panie, wyczytałem, że... nie umarł, ale własną ręką targnął się na życie... To zbrodnia!... Jabym się nigdy na coś podobnego nie odważył...
— Daj mu pan spokój, ani myślał się targać!... Zdrów chłop jak rzepa.
Szpakowaty jegomość popatrzył pilnie wszystkim trzem w oczy, zacisnął wargi, machnął znowu ręką i nagle wybiegł, mrucząc:
— Oszusty!...
Waleczny sąsiad wybuchnął i pogonił za nim, wołając:
— Ja ci tu dam... lichwiarzu!...
Majestatyczny był w tej chwili. Wiatr uniósł poły jego szlafroka, niby dwa skrzydła, wyrastające z bioder. Oczy rzucały błyskawice, i zaiste... wyglądał jak rozgniewany archanioł, goniący smoka.
Ale smok uciekł.
— Skąd u licha „Kurjer“ dowiedział się o Januarym? — pytał zgryziony Euzebjusz.
— Oni wszystko wiedzą! — odparł zirytowany sąsiad. — Jednego razu, panie, ja tylko pomyślałem sobie, żeby jakiejś facetce na ulicy powiedzieć: „Dobry wieczór!“ — a ci zbrodniarze napisali, żem ją zaczepił i że będę miał proces. Te dzienniki, panie, to największa klęska kraju! to morowe powietrze!...
— W każdym jednak razie odzyskaliśmy trzysta rubli — szepnął milczący dotychczas znajomy Euzebjusza.
— Wszystko odzyskamy, panie! — mówił energiczny sąsiad. — Jeżeli już napisali o jego śmierci, to się tu Żydzi zlecą dziś jeszcze, i od każdego coś utargujemy. Zobaczycie, że zostanie najwyżej sześćset albo siedemset rubli długu, no... a to chyba spłaci?...
— Najpóźniej we dwa lata! — odparł Euzebjusz.
Tymczasem do mieszkania sąsiada służący wniósł samowar. Na ten widok trzej panowie doświadczyli bardzo błogiego uczucia. Było to — jakby piękny wschód słońca po niesłychanie burzliwej nocy.
Przyjaciele weszli do pokoju, gdzie spał January — na palcach. Ale dusza samobójcy nie oddzieliła się jeszcze tak dalece od ciała, ażeby i jej nie miał obudzić miły sercu każdego — szum wody, gotującej się w samowarze, i brzęk łyżeczek. To też January ocknął się, ziewnął szeroko i zapytał:
— A co to?... herbata?...
Energiczny sąsiad, któremu — według jego mniemania — January winien był życie, usłyszawszy pytanie to, wymownie świadczące o duchowym spokoju delinkwenta, rozrzewnił się i wzruszony zapytał:
— A co... będziesz się pan drugi raz zabijał?...
— A bo ja głupi! — odparł szorstko January. — Dość już mam tego smaku!... Do śmierci nie zapomnę tej nocy... Brrr...
Wkrótce potem wszyscy pili herbatę, zastępując brak masła do bułek już to słuchaniem przygód samobójcy, już to opowiadaniem jemu samemu, w jaki sposób ocalono mu trzysta rubli.
Wkońcu zakonkludował Euzebjusz:
— Wiesz co, mój January, weź ty się już chyba do roboty...
— A cóżto u djabła, czy ja mało robię?... Nie roboty, ale żony mi potrzeba, żony!...
W tej chwili sąsiad westchnął. Był on nieuleczonym starym kawalerem i poza obrębem możności prawienia damom komplimentów, niczego już od świata nie pragnął.

W taki sposób January uleczył się z desperacji, a uczciwi ludzie pomogli mu wyjść z kłopotów. Gdyby każdy, mający zamiar spełnić samobójstwo, od chwili przyłożenia pistoletu do głowy, albo sznurka do szyi, zatrzymał się choć na dwadzieścia cztery godzin, przekonałby się niezawodnie, że niema sytuacji bez wyjścia, i że poprostu dla ciekawości warto jeszcze kilkanaście lat przebiedować na świecie.

Warszawa w grudniu 1878 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.