Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jegomość począł biegać po pokoju, ręce łamać, a wkońcu — zdecydował się.
— Piszcie panowie kwit na sześćset rubli!...
— Na pięćset — odparł sąsiad.
— Ach, Boże, co za przewrotny charakter!... Tyle miesięcy wytrzymał mój kapitalik, i ani grosza zarobku!... On w grobie nie będzie miał spokoju za moje trzysta rubli...
Euzebjusz napisał tymczasem kwit na pięćset rubli, dwaj obecni panowie poręczyli, a jegomość zwrócił im weksel Januarego na osiemset rubli.
— W każdym razie — rzekł sąsiad, chowając weksel do kieszeni szlafroka — oszczędziliśmy poczciwemu Januaremu trzysta rubli. Chłopak odetchnie!...
— Co to znaczy? — wrzasnął gość.
— Niech pan tak nie krzyczy, bo się January obudzi i jeszcze pana ze schodów...
— Więc on żyje, ten bankrut?...
— Nietylko żyje, ale i doskonale wygląda! — mówił sąsiad. — A skądże pan słyszał, że on umarł?...
— W „Kurjerze,“ panie, wyczytałem, że... nie umarł, ale własną ręką targnął się na życie... To zbrodnia!... Jabym się nigdy na coś podobnego nie odważył...
— Daj mu pan spokój, ani myślał się targać!... Zdrów chłop jak rzepa.
Szpakowaty jegomość popatrzył pilnie wszystkim trzem w oczy, zacisnął wargi, machnął znowu ręką i nagle wybiegł, mrucząc:
— Oszusty!...
Waleczny sąsiad wybuchnął i pogonił za nim, wołając:
— Ja ci tu dam... lichwiarzu!...
Majestatyczny był w tej chwili. Wiatr uniósł poły jego szlafroka, niby dwa skrzydła, wyrastające z bioder. Oczy rzucały błyskawice, i zaiste... wyglądał jak rozgniewany archanioł, goniący smoka.