Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z jego rewolweru przebijały o dziesięć kroków trzycalówki. Na wszelki zaś sposób miał prawo przypuszczać, że mózg rachmistrza już chyba twardszym od grubej deski — być nie może.
Wy, którzy w tej chwili pijecie herbatę, wypiliście herbatę, lub zasiadacie do preferansa; wy, którym ciepły piec i drogie sercu osoby dają przedsmak najmilszych stron życia, którzy na myśl o śmierci doświadczacie bólu głowy i smutny termin ten odsuwacie w wyobraźni aż do skończenia świata; wy wszyscy zdrowi, niezadłużeni, nieodpaleni w konkurach, — zważcie, że od tej chwili za kilkanaście minut stracicie raz na zawsze możność wyzyskiwania sił, kapitałów i rozkoszy, jakich wam dostarcza otoczenie. Pomyślcie, że egzystencja wasza zależy teraz od pierwszego łoskotu na schodach, od puknięcia we drzwi, i że, przy pierwszym ruchu klamki, głowa pęknie wam pod naciskiem ołowiu, mózg tryśnie, a dusza — ta dusza, którą zazwyczaj interesujemy się nader mało, znajdzie się w jakichś innych, nie do pojęcia odmiennych warunkach.
A co — dobrze wam? Otóż stokroć gorzej było w tej chwili biednemu Januaremu!
Dziewiąta zbliżała się, i lada minutę musiał przybiec Euzebjusz, otoczony strażą policyjną, lekarzami, felczerami — i — obciążony ładunkiem szarpi, tudzież innych wskrzeszających i uspakajających medykamentów. Już bije dziewiąta!... Minuta... dwie... Słychać jakiś niezwykły ruch na podwórzu... To Euzebjusz!...
January odwodzi kurek... słucha... czeka...
Już nic nie czuje i nie myśli, całe jego życie stało się biciem serca i leciutkiem drżeniem ręki... W skroń potrąca go lufka rewolweru... Szmer na podwórzu wzrasta, lecz nie przechodzi na schody.
January wyjrzał oknem i przy migotliwem świetle małych pochodni spostrzegł dwa wozy, a w nich coś podobnego do