Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kotłów parowych. Przy trzecim wózku, mniejszym, stało paru ludzi, którzy kręcili korbą...
Widok skromnych przedstawicieli pracy u podstaw społeczeństwa rozrzewnił Januarego. Wszakże oni byli tymi ludźmi, na których padały ostatnie jego spojrzenia!
W pół do dziesiątej — Euzebjusz jeszcze nie nadchodził.
„Możeby nie czekać?“ — pomyślał January, czując, że półgodzinne wyglądanie śmierci należy do nużących zajęć. Ale nad niecierpliwością wzięła górę rozwaga. Istotnie, poco się gorączkować i przyśpieszać kres życia, już i tak bliski? Euzebjusz niezawodnie przyjdzie, choćby o północy, zresztą ktoś inny może zapukać we drzwi, a wówczas January zrobi swoje. Czy więc nie lepiej korzystać z tych niewielu chwil, jakie mu pozostały?...
January był marzycielem, ale nigdy podobno fantazja nie dopisywała mu tak znakomicie jak dzisiaj. Prawie przed oczyma widział dzieciństwo swoje, wiek chłopięcy, młodość... Przypomniał sobie pewien wieczór adwentowy, w ciągu którego, oparłszy głowę na kolanach matki, słuchał „Anuncjatę“ Kaczkowskiego... Potem zobaczył gwarną salę szkolną i kipiące młodością postacie swoich kolegów, z którymi tak wesoło upływały lata... Potem odczuł z dziwną wyrazistością pierwszy pocałunek i pierwszy uścisk ciepłej delikatnej rączki... Między temi obrazami mignął mu parę razy cmentarz, piękny jak ogród, to znowu bal w resursie i tęskne, rozmarzające melodje jakiegoś walca...
Od tej chwili walc brzmiał mu ciągle w uchu, i wówczas, gdy widział niebieski pokój biurowy i myślącą twarz Euzebjusza, gdy przypominał fantową loterją w Saskim ogrodzie, albo wieczorne widoki z ulic Warszawy, — zdawało mu się, że każdy ten obraz był kwiatem, którego woń dolatywała go aż tutaj, aby zmieszawszy się z tysiącem innych, unosić się nad jego zwłokami.
Na schody ktoś wchodził ciężko, prędko...