Sablikowa śmierć

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Sablikowa śmierć
Pochodzenie W czas wojny
Data wydania 1915
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SABLIKOWA ŚMIERĆ.


Już kurzył śnieg po halach i Sablik uważał, że kozice pouniżać się musiały z grani ku dolinom. Był też grudzień (listopad), kiedy capy gonią za kozami i ścigają jeden drugiego zapamiętale po turniach i upłazach, a zwabić je na strzał nawet się udaje. Pewnego dnia wsypał, jak zwykle trochę mąki do woreczka, wsadził flaszkę gorzałki do torby strzeleckiej, łuk przewiesił przez plecy, gęśle wpuścił w rękaw od czuchy i obuwszy na nogi białe ciepłe kapce sukienne, sparty na swojej ciupażce ruszył w Tatry.
Wyszedł sam. Najlepsi towarzysze, jego bracia Jędrek i Józek, wielcy myśliwi Maciek Sieczka, Samek, Sobczak, Tatar, jedno umarli, drudzy już w domach siedzieli, starzy i osłabieni. Przykrzyło się Sablikowi. Bez Janosika Nędzy osmętniał mu świat. Tak jakby słońce ubyło na niebie; gwiazdy świecą, miesiąc świeci, coz, kie słońca niémas?
Wiedział on, że Jurgowianie, Bukowianie, Białczanie i Porońscy strzelcy polować będą po Szerokiej Jaworzyńskiej, w Jaworowych Sadach, pod Wysoką, we Wołoszynie, po Koszystej, w Pięciu Stawach, Zakopianie w Kozim Wierchu i het po poblizkich górach, wiedział też, że choć go wszędzie za ojca polowania mają, młodszym nie wyrówna, postanowił więc przez Waksmundzką pod Wołoszyn do Roztoki przejść, ku Rybiemu i przez przełęcz Pod Hłopkiem ponad Hinczowy Staw się dostać. Nierad też Sablik polował blizko domu; tam, po drugiej stronie Tatr, wstępował w inny świat, poglądał daleko, a gdy grał, na grani stanąwszy, to mu się widziało, że go na dolinach węgierskich aż po Karpaty słyszą.
Wszedł w las, a duszę mu niosło pragnienie zawisnąć na podciętym głazie nad głęboką, ciemną przepaść, i dać się owiać wiatrowi, który nigdy piersią ziemi nie dotyka.
Wszedł w las ogromny nad Zakopanem, które było powszechnie „udane za dzikie“ z powodu swych dzikich mieszkańców, i sunął się Żelazną Drogą ponad niem, na rówień zakopiańską patrząc z pomiędzy drzew, aż w litym lesie się pogrążył i nad źródło ciepłe, gdzie jaszczury mieszkały, co w ogniu nie gorą, czarne o żółtych plamach, przybył; potem dalej się w górę wspinał, niebo tylko nad sobą widząc, którędy Waksmundzianie i chłopi z Dębna i Ostrowska bydło i owce na halę swoją pędzili na wiosnę, aż zboczami Wołoszyna w karłowate ostatki lasu pod Opalonem wstąpił i góry koło siebie i nad sobą zobaczył.

Pytajom sie góry, pytajom sie lasy,
ka się popodziały starodawne casy!...

Już biały śnieg okwiecał upłazy i wierchy Miedzianego, a słońce się na nim iskrzyło, jak srebro i złoto płonące.

Od orawskiej strony dujom zimne wiatry,
śnieżek polatuje, osedziały Tatry!...

Zapach śniegu bił w nozdrza; wilgoć wnikała w usta i płuca.
Stary Sablik stanął i krzyknął:
Ekeheu!...
Eheheu! — rozbrzmiało po żlebach, gdzie się kosodrzewina oszroniona błyszczała.
Był sam.
Czuł królewskość tego słowa.
Sam był w pośród wierchów ogromnych, szczytów niebosiężnych, sam wśród lasów czarnych, szumiących, i wśród wód pełnych gwaru, lub cichych i głębokich jak sen duszy potężnej, męża czynu i strzelca niedźwiedzi.
Sablik stał sam w górach, wśród zimy skalnej olbrzymi dech gór wdychał sam w płuca, niedzieląc się nim z nikim, światło słońca po śniegach na jego tylko źrenice padało. Sablik jakby wina tęgiego, węgierskiego tokaju popił — — wzniosło go...
Otupno mu samemu iść nie było. Był strzelec.
Raźno mu się szło pod zachód dnia na noc ku Rybiemu Jezioru.
Leżało ono za wałem, samotne i wielkie.
Pasterskiemi perciami pośród kosodrzewiny Sablik kroczył, na wał wstąpił i na dół pojrzał.
Tam pod ciemnemi, szeroko prostopadle rozległemi, ośnieżonemi ścianami Mięguszowskiego Hrubego Wierchu leżało w kotlinie wśród wieńca zielonej kosodrzewiny, smreków czarnych i ciemnozielonych limb, śniegiem ubielonych, przez pół od zachodzącego słońca krwawoczerwone, przez pół czarnoszafirowe, metaliczne, odbijając w sobie skały nadbrzeżne, Rybie Jezioro.

Łapali Sablika po ziolonyk bukak,
ale sa wybronił, miał ciupazke w rukak!...

Patrzał Sablik, dobył gęśle z rękawa i zagrał. Nie siadł, nie jadł, tylko zagrał jezioru.

Ej! dyna dyna dyna — dyna! dyna dyna,
dyna! — dyna dyna — dy! na dyna dyna...

Poczem zeszedł ku wodzie, ku upustowi, urąbał kosodrzewiny, złożył watrę, uwarzył mąki w kotliku i legł spać.
A tak się mu śniło, że wszystko było srebrne i zielone...
Zbudził go ranny mróz, jeszcze gwiazdy skrzyły się na niebie i była ciemność. Popił gorzałki i ruszył, aby się zagrzać. Dzień zwiastował się piękny, nie kurzyło nic, tylko wiatr poranny szumiał po jeziorze i po kosodrzewinnie, od Rysów zkądś, z wysoka od wschodu lecąc. Na wodzie błyszczały gwiazdy, Sablikowi pod stopami.
„On“ przechodził nocą nad jeziorem; ślady olbrzymich łap z pazurami na zwilgłej ścieżce owczej odcisnął, ale zaczuł ogień i człowieka i uszedł w las pod Wysoką; godny niedźwiedź, stary i wielki. On je grzecny, bo je tchórz.
Szedł Sablik żywo po lewej stronie stawu i jął się piąć po ślizgiej trawie w ubocz Mięguszowskiego Wierchu, ku przełęczy pod chłopkiem.
A gdy stanął wysoko, z za Siedmiu Granatów strzeliły race słońca wschodzącego i zawisły blaskiem brzemienne nad głuchemi wodami dwóch jezior, które Sablik miał teraz u stóp swoich, jedno spokojne na dole, w wieńcu drzew i krzewów, drugie wśród litych, czarnych skał, w kotlinie, pod spadami Rysów, straszne i groźne.
Rozwidniał się świat i z pomroku wyłaniał. Już szczyty zakwitły światłem, promieniejącą srebrnoróżową bielą, a wnet na wody spłynął błękitny dzień w cienie, gdzie niedawno gwiazdy drżały na głębiach.
Rozświecać się jęła woda, zgarniał się z niej mrok. Świtało.
Sablik popatrzał w górę: od południowego Wschodu ukazywały się obłoki wieszczące śnieg. Wtem gwizdnął cap. W Sabliku zagrała krew. Wytężył oczy. Stał na turni, nieobdalno tęgi cap, czarny. Pozierał w dół, ale Sablika nie widział jeszcze.
Sablik pilno czuchę zrzucił, serdak z czarnego barana wełną do góry obrócił i na czworakach stanąwszy kozę pasącą się udawać zaczął, tu i tam się posuwając. A łuk miał w gotowości.
Wnet spostrzegł go cap i dał sus naprzód. Jeden, drugi, trzeci — zbliżał się i na upłazku ponad Sablikiem stanął.
— Dalekoś, ale ty haw przydzies — szeptał Sablik, ściskając łuk, który pod serdakiem krył i pachą.
Cap stał na wysterku turnicy i patrzał, a od czasu do czasu tupał przedniemi raciami, niecierpliwie i gwałtownie. Łbem toż kiwał, zbrojnym w roki krzywo wstecz rozsadzone. Lecz czy zaczuł człowieka, czy oczyma poznał, gwizdnął przeraźliwie i w górę skoczył, podwyższył się w olbrzymich odsadach, znów stanął za turnią do półwidny i przknął: pszsz! pszsz! pszsz! przeciągle, na Sablika patrząc.
— Poznała wereda! — szepnął Sablik. — Kiedy nieboscyk brat Jędrek béł, abo Maciek Siecka, toby mi go nagnał...
Sablik wyprostował się. Wówczas cap w szalonych skokach począł się znosić wyżej i wkrótce zaczerniał tylko na śniegu, gdzie znów stanął tyłem do Sablika, ale głowę zwrócił po za się i patrzał nań.
— Ciekawa bestyja... Casu se nie sata, bo go ma...
Patrzał długą chwilę, a potem w prostopadłą zda się ścianę nad sobą wspinać się zaczął „jak mys“; piął się szparą w skale, zwisłym w dół żlebkiem i znikł w niewidnych zdala załomach skały.
Lecz znów od lewej ręki ujrzał Sablik kozice, wysoko w górze.
Wytężył oczy. Kierdel, siedm sztuk, w susach pędziło po półce na prawo ku szczytom.
— Darzy się mi — szepnął, jako miał zwyczaj sam do siebie — jus tak cujem, ze mi Bóg nagodzi.
W przepaście niesposób było za niemi iść. Sablik się zejść kozice spodziewał ponad Hinczowym Stawem, w cieplejszej, bujniejszej dolinie od południa, wśród olbrzymich turni Rysów, Wysokiej, Mięguszewskiego, Szatana i Baszt.
Tymczasem spostrzegł, iż z grani i z turni jakoby białe potoki mąki się suły, lub zakwitały nad niemi jakby białe ogony pawie z pyłu świecącego na powietrzu: to śnieg się obsypywał i wzmiatał. Wiatr począł dąć.
— Niegze ta! — szepnął Sablik i piął się dalej po herbikach i zachodzikach, po spasztach, żlebach, zawiesach, półkach i krzesanicach, po upłazkach i dolinkach, aż nad przepaścią koło ściany się sunąc ku przełęczy się dobił i na świat na drugą stronę Tatr spojrzał.
Aliści dolina nad Hinczowym Stawem zawalona była mgłą. Nizko w dole leżało jakby morze mgły, grubej, gęstej, nieruchomej, siwociemnej. Dookoła ponad nią sterczały góry ponure i nie ubłagane jakieś, okrutne, straszne, wysokie do zawrotu oczu, potworny kocioł pomłoką zapełniony.
Cała kraina liptowska zasiana była chmurami białosinemi, nieprzejrzanemi.
Wiatr dął od południowego Wschodu.
— Be śniég — pomyślał Sablik.
I zawahał się: spuścił się w dół ku Liptowu, czy ku Polsce i przeczekać kurniawę?
Lecz kurniawa mogła trwać długo.
— Dyj ja tu bez to nie zginem — rzekł śmiało. On całe życie z górami walczył.
Wtem wicher uderzył nagle, tak silny, iż Sablik za skałę zachylić się musiał. Wiatr podbił mgłę nad doliną, wzruszył ją w nieruchomości.
Naówczas przed oczyma Sablika otwarła się pod dachem chmur czarna otchłań, wgłąb niedowysłowienia, szeroka przepaść, wśród której pod podgiętym jakoby potwornym baldachimem pojawił się Hinczowy Staw i złomy i zręby turni nad nim stojących.
Sablik patrzał i wahał się.
Moze wiater ozezenie gmy...
On zaś z szalonym pędem otwierał widok nad doliną Liptowa. Dźwigał chmury i ukazywał coraz szersze, coraz dalsze widnokręgi, miasta i wsie w bezmierzu, pod baldachimem mgławicy.
— Ozjaśni sie s kąta — myślał Sablik, obserwując.
Wtem ciemny obłok podniósł się od Wysokiej, z za turni, gdzieś z pod Gierlachu, wicher zawył i śnieg począł sypać, zaćmił się świat.
Sablik zwrócił się ku Polsce.
Tam jasno było i Rybie Jezioro błyszczało w słońcu, jakoby góry przecinały na dwie połowy świat szafirowy pozłotą.
Sablik zaklął, zwrócił się w mgnieniu oka i spuszczać się począł, skąd przyszedł.
Lecz chmura ścigała go, dopadła i ogarnęła, waląc śniegiem i słoniąc mu przestrzeń przed oczyma czarnym prawie całunem.
Gdzieś, w przestrzeni przebłyskiwało mu po za kurniawą słońce, ukazywały się plamy wielkie bladego, a rażącego światła, lecz znikły.
— Ogarneno świat...
Ale Sablik schodził śmiało. On to wszystko znał. Siompawice, lejby, naremnice, burze, fujawice, kurniawy, pomłoki, gdmy jak ciasto. On to wszystko znał, setki, może tysiące razy przetrzymywał i przebywał, on więcej niż pół wieku z Tatrami walczył.
I wydawał się sam sobie niezwyciężony.
Śnieg zaś sypał się płatami, zalepiał oczy i usta gnany wichrem wyjącym wśród ścian niezmiernej samotnej wysokości skalnej. Sablik schodził w noc.
Niedowypowiedzenia groźna ciemność zamroczyła przestworza. Zda się jakby chmury śniegwały zatoczyły sobą ziemię po krańce, jakby gruby jakiś, obcy mroku żywioł zapanował nad ziemią. Wszelka nadzieja się w nim, traci, wszelkie spodziewanie.
Na ramiona wali się ciężar i głowę przygniata, oczy zaś czując prawo wzroku wytężają się gniewne, strwożone i bezsilne, jak jaskółki zaskoczono burzą, gdy ciągną.
— Kieby ja orel béł — myślał Sablik — wyniósł byk sie obwysno nad śnieg...
Wtem ujrzał pod stopami skrzesaną ścianę.
— Tędéjek nie seł — pomyślał.
Zwrócił się na lewo i ujrzał przepaść; na prawo toż samo.
— Ki dyasi aj dyasi, kajek wlaz?
Cofnął się, lecz naokół były skrzesane ściany.
— Pomyliło mie plugastwo...
Stanął i próbował sobie wyzbacować drogę, ale snadź już chwilę szedł błędnie.
— Powrót zły...
— Niémiałbyk matury tu ostać...
— Drzewo ścięte ka bądź żlebem wyprościs, ale cłeka nié...
— Godnie śniegiem przypiérhło — — kapce kiełzajom — — coby nie zjechać...
Ujrzał wązki zachodzik — chwyciwszy się rękami granitu nad sobą i ledwo boki stóp nad urwiskiem na granicie mieszcząc, przesunęły się i dostał pod zawies skały, z pod której go wiatr chciał oderwać i strącić.
Naówczas Sablik zgrzytnął zębami, skupił się w sobie, ściągnął w siebie, napiął mięśnie, wtulił kark w ramiona, wystawił nieco czoło najprzód i oczy mimo śniegu rozwarł szeroko i rozpoczął walkę z wichrem.
— Pojdze podź! — szeptał, miażdżąc wargami mokry śnieg. — Podź! Myślis, ze ja stary? Zruciéłbyś mie?
We mgle uczyniła się niemal noc. Sablik nie wiedział, jak głęboką ma otchłań pod sobą.
Wiatr odpychał go od turni, odrywał, ciągnął w dół.
Wtem Sablik zwrócił się w bok, objął wyzrąb skalny nad swoją głową rękami, dźwignął się i zawisł w powietrzu.
Wiatr kołysał nim, przegibał go na prawo i lewo. Sablik zaś z zaciśniętemi zębami dźwigał się na rękach nad przepaścią i na wyzrąb wydostał.
Postanowił się piąć ku górze, ku przełęczy pod chłopkiem, na siodło. Tam naremnicę przeczekać, lub po łagodnem zboczu od strony południowej w dolinę się spuścić.
Na brzuchu na granicie leżąc czołgał się w górę, piersiami, udami, kolanami brodą przywierając do skały. Przewijał się jak wąż popod wiszące wpół w powietrzu gzemsy skalne, zwieszony wystającą połową ciała we mgle pełzał po zrębach turnic, po ledwo znacznych półkach; palce w szpary wbiwszy, cały na rękach, prześlizgiwał się po chylych płytach granitowych rozpękłych, nogami w wietrze pływając nad straszną otchłanią. Walczył.
Nie walczył o życie i o istnienie z bojaźni. Wielki strzelec nie znał trwogi. Oto wicher naprzeciw niego stanął, zastąpił mu, ze śniegiem, z mgłą, ze swoją mocą piekielną. Wicher rzucił się nań, jak orzeł na skalnego capa. Ów, ufny w swoją siłę, rogi pod piersi orła nadstawiał. Sablik na moc wichru odpowiedział swoją mocą, na jego zaciętość swoją odwagą. Nie uląkł się go. On z tym olbrzymem Tatr walczył często, nigdy mu nie ustąpił, nigdy się nie cofnął i zawsze go zwyciężył i patrzał za nim z wierchów, jak na tumanach chmur niósł się het na doliny, gdzie lasy łamał i domy wywracał. Sablik polować szedł i nie znał trwogi. Wicher, czy niedźwiedź jednako mu się więcej niż pół wieku słały pod kierpce. Sablik rzucał się na wiatr, jak łosoś, który progi skalne przesadza.
W suche, zawiędłe ciało myśliwca wicher uderzał, jakby je znicestwić pragnął, ale twarde, zakrzepłe mięśnie i kości opierały mu się z wytrwałą mocą.
Tatry całe wyły, huczały i świszczały. Huraganem napełnił się, wezbrał, przepełnił ich świat. Wicher jakoby się nie miał gdzie w nich podziać, szumiał po skałach, wypływał w górę i w dół spływał, jak fala wody, któraby głazy z hukiem staczała. Lecz Sablik w tem piekle śnieżnem nie drżał. Walczył.
I wydobył się na przełęcz.
— Wis, beskurcyja. — rzekł do wichru. — Niedalek sie.
W drodze tej zgubił wszystko: łuk, kołczan ze strzałami, ciupagę, woreczek z mąką, torbę myśliwską — pozostały mu tylko gęśle, które wyjął z rękawa czuchy, zawdziewając ją i za kark sobie za koszulę na plecach wsunął.
Wiatr od południa był słabszy, droga łatwa: Sablik zestępował w dół w zawiei śnieżnej. Dobił się kosodrzewiny, ale dziwnie czuł się słaby.
Cysto piéknie sie zamordował, widziało sie, co sie hnet i zubami trza bedzie turnie hytać...
Legł na konarach; był bez sił, bez władzy w ciele.
Snadź spał, długo spał.
Albowiem musiało to być nazajutrz gdy ujrzał nad sobą jasne, czyste, śliczne, promienne, błękitne niebo i słońce wysoko. Nieopodal poniżej błyszczał wielki Hinczowy Staw, wysoko szczyty stały pogodne i spokojne.
Dookoła był śnieg.
Śnieg miękki, puszysty, ogromny, tak wielki, iż turnie, kosodrzewina, drzewa w nim ginęły, który byłby zasypał Sablika, gdyby krzak kosodrzewiny, gdzie legł, nie rósł na wyniosłym złomie skały.
Dookoła stały góry spokojne, milczące, wyraźne, świecące się jak srebrne.
Tatry...
Sablik leżał na wznak i patrzał na nie.
Sąż to one, te same?
Sąż to te góry, które przebiegł wzdłuż i wszerz, które nie miały dla niego tajemnic, ani granic dla jego siły?
Którym dumną stopą przystępował grzbiety, ramiona i głowy wyniosłe?
Są to te góry, w których miał izby swoje olbrzymie po dolinach, ściany z krzesanic, które mu były jako dom jego życia?
Sąż to te góry, które żywiły go, poddawały się jego woli, zdawały się go rozumieć i myśl jego zgadywać, które służyły mu?
Sąż to trwałe świadki jego tryumfów, jego zysku, jego radości i sławy?
Które napełniał swojem imieniem od pół wieku, w których zdawały się na wieczność zakute echa jego strzałów, świsty strzał i uderzenia strasznego topora?
Które widziały jego czyny, znały jego sprawy, jakich nie znał nikt?
Z któremi jakoby zaprzysiężenie było, jakoby przymierze zawarte, których on się czuł jakoby duchem, władcą i dzieckiem?
Sąż to te góry, te Tatry jego rodne, które on miłował więcej niż dobytek swój, rodzinę, ojcowiznę i ludzi dookoła siebie?
Które były jego myślą i jego duszą?
W których on żył, jak nigdy nikt, jak nigdy nie żył nikt i nikt nie będzie, choć wieki przeminą?
W które się czuł zaklęty?
Jestże to ten dom jego potężny, ten ogród jego wolności i chwały gród i dom, w którym przemieszkał lata całe, długie i światła pełne?
Albowiem Sablik wiedział, że dlań niema ratunku, że więcej z Tatr nie wyjdzie...
Pierwszy raz nic mu nie dawały: ani wesela, ani zysku, ani upojenia, ani sławy — — nic...
Pierwszy raz obaczył ich grozę i martwotę.
Pierwszy raz patrzyły one nań zupełnie milcząc i zupełnie kamienne.
Pierwszy raz zdały mu się czemś obcem, niezżytem...
Groza — głusza — milczenie — i światło olśniewające...
Sablik wiedział, że gdy wstanie z kosodrzewiny, z głową w śnieg zapadnie, w śnieg miękki, głęboki i przepastny, którego nikt nie przejdzie.
Góry grzebały go w sobie.
Skrzesane, lite, niezmiernej wysokości błyszczące skały otaczały go jak sępy spokojne postrzelonego jelenia, czekając, aż dokończy życia.
Z kątów doliny wyzierały ze srebrnego skrzącego się śniegu dusze pobitych strzelców liptowskich i pobitych niedźwiedzi...
Dusze strzelców zasypane lawinami, odpadłych z turni, zabitych kulą liptowską...
Wesela pełne polany, kędy grał...
Kwietne łączki nad potokami wiosennymi, gdzie wodę pił wśród leluji żółtych i rdzawego szczawiu...
Ciche, ustronne miejsca spoczynku na upłazkach, gdzie pod nogami przepaść była, nad głową, nad miękką trawą skały cień dające...
Koleby myśliwskie kamienne, gdzie w mroku przędły się jego złocone powieści...
Gęśl gra...
Gra to jego gęśl własna. Wyczarowały się ze skał wszystkie dźwięki, jakie przez pół wieku w nie webrzmiały...
Gęśl gra.

Ej dyna! — dyna dyna — dyna! dyna dyna —
dyna! — dyna dyna — dy! na — dyna — dyna...

Sablik słucha.

Ej Sablik se zaśpiewał — ej Krzywań mu odpodział
bo o jego sprawie nik iny nie wiedział...

Góry zwracają mu śpiew.
Co wegrał w nie, dzwoni koło niego.
Jakoby wszystko światło na śniegu rozdzwoniło się w okrąg, po krzesawicach...
Sablik słucha.
Leży na łożu śmierci, na kosodrzewinowym krzaku.
Hłopu nie honornie w pościeli umierać...
Bez sił, zmożony walką z wichrem, osuty śniegiem nie do przebycia, zabójczym, leży na łożu śmierci.
Nie trwoży go nic, nie przeraża.
Od początku swego życia wiedział, że musi umrzeć, że musi przyjść taki dzień, kiedy umrze.
Umiera honorną śmiercią, godną życia.
Nie będzie próbował się ratować — wie, że to próżne.
Zna góry, zna ik dowody i końce...
Zasuło go. Bywa. Bywało...
Miło mu, że gęśl gra — — het dookoła, w powietrzu...
Zna tę nutę, Sablikową nutę, która z wieków poszła i przetrwa wieki.

ej dyna! dyna, dyna...

Przez dolinę śniegiem i słońcem zalaną, przez Dolinę Mięguszowiecką, rozległą nad Hinczowym Stawem, pełnym niewypowiedzianej piękności, idzie Śmierzć.
Biała... Wysoka...
Przez śniegi białe, pomiędzy krzewy kosodrzewiu, między głazy...
Idzie wolno i słucha Sablikowej nuty —

Ej dyna! dyna dyna...

Sablik widzi ją, patrzy na nią bez mrugnięcia powieki.
— Tak musi być. S Pane Jezuse niebees w karty grał.
— Świat je jest taki, tak ułozony.
— Nad kazdem trza poméśléć.
— Wiérhowiec życia krufki.
— Ze dy kie umreć, to umreć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.