Słońce (Belmont, 1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Słońce
Data wydania 1908
Wydawnictwo Tygodnik „Wolne Słowo”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały dodatek
Pobierz jako: Pobierz Cały dodatek jako ePub Pobierz Cały dodatek jako PDF Pobierz Cały dodatek jako MOBI
Indeks stron
SŁOŃCE.

... Głuchy huk jakby tysiąca miarowych uderzeń oskardów, pomnożony przez posępne echo czarnych ścian skalnych, napełniał wszystkie korytarze kopalni. Biegł przez wązkie chodniki, przez zawiłe ulice, przez poziome i skośne sztolnie i szukał wyjścia przez gęsty pył węglowy, wyrywając się szachtami na zewnątrz, na powierzchnię ziemi, lub spadał w głąb czarnych odmętów, 300—400 metrów, szerząc się po wszystkich piętrach przez napotkane otwory... Do tego huku przyłączało się stałe drżenie powietrza — pobrzęk łańcuchów bremsbergów, toczących wagony, napełnione węglem, i gwar nawołujących się głosów robotników, spuszczających się w głąb’ na beczkach... Gdzieś w głębinach wązkich kurytarzy świeciły mętnie latarki, niby owady świetlne, unoszące się nad moczarami... Tu i owdzie w błocie, pod nawisłemi nizko sklepieniami leżeli ludzie półnadzy i bezustannie bili oskardami w ściany węglowe, szarpiąc je i łupiąc. Po szynach przesuwały się z ciężkiem stękaniem wagony, napełnione czarnym kamieniem ciągnięte przez spotniałe, tracące dech, oślepłe w długoletniej pracy pod ziemią konie...
— Jesteśmy na trzynastem piętrze — ozwał się inżynier do młodego swojego przyjaciela, któremu objaśniał ustrój kopalni. Mamy jeszcze dziesięć piętr pod sobą... Zaraz pokażę ci bremsberg... Ostrożnie!... Tu trzeba się mocno schylić... Zabłocimy się trochę... No, dalej, Champillion, prowadź...
Obnażony do pasa stary robotnik z poszarpaną brodą, opadającą na pierś obnażoną, czarną od pyłu węglowego, zgiął się w pół i jął wsuwać się w ziejący otwór, podnosząc w górę latarkę, aby oświecić drogę idącym za nim. Jego bose nogi zachlupotały w błocie...
— Nie... nie mogę iść dalej — przemówił młody człowiek, chwiejąc się na nogach i ocierając chustką spocone czoło... Ten huk mnie zmęczył... To labirynt piekielny...
Inżynier zaśmiał się:
— Dopiero godzinę wędrujemy, a już się zmęczyłeś... Ja co dnia obchodzę wszystkie piętra... No, siądźmy tutaj...
Usiedli na występie czarnej skały. Stary robotnik legł na ziemi, postawiwszy obok lampkę. Sino-żółte światełko padało na jego twarz zmęczoną, pokrytą bruzdami czarnemi. Oczy przymknął — i zdawał się drzemać...
— Jestem ci bardzo wdzięczny, żeś mnie tu ściągnął z Paryża... Trzeba to było raz zobaczyć... Przychodzi mi teraz na myśl, że ja wcale życia nie znam...
— Ba! w twoich poezjach przebywasz zawsze na obłokach... Może teraz zejdziesz z Muzą pod ziemię — i napiszesz „Pieśni kopalni“ jako pendant do twoich „Pieśni słońca.“
— Nie wiem... To piekło... to prawdziwe piekło... Moja Muza nie mogłaby oddychać w tym pyle węglowym... Słuchaj... te konie nigdy nie widzą słońca?...
— Nigdy!
— Okropność!
— Przyzwyczajają się...
— I ślepną?...
— I ślepną!... Cóż robić?... To mus... Gorzej jest, że mamy tu teraz robotników, którzy od pół roku nie widzieli dnia...
— Jakto?...
— Woda podskórna zalewała sztolnie... Musieliśmy podjąć forsowne roboty dla ocalenia kopalni... Przytem mamy olbrzymie zamówienia... Więc robotnicy pracują na dwie zmiany... Robota trwa całą noc i cały dzień... Ot, ten np. Champillion — schodzi tu przed świtem i wychodzi pod wieczór... A ponieważ dni zimowe są krótkie, więc...
— Nie widzi słońca... To okropne!... Nieszczęśliwy!...
Stary robotnik poruszył się lekko, ale oczu nie otworzył...
— Teraz szczęśliwy, bo śpi — rzekł inżynier, śmiejąc się...
Młody człowiek powstał i jął obmacywać wilgotne czarne mury...
— Jakie to okropne — mówił... Bez słońca!...
I pierś jego podniosła się nagle — przeprowadził ręką po wysokiem czole, po bujnych, pięknych włosach — głos jego wezbrał nagłem natchnieniem — oczy zaświeciły w ciemności... i począł mówić... jakby do siebie:
— Słońce!... Jak ono tam świeci teraz nad ziemią!... Zlewa błogosławiące swoje promienie i tajemniczo budzi tajemnicze życie w śpiących pod śniegiem ziarnach... Słońce! cudowne źródło życia i szczęścia, żywotny dech każdej trawki, prarodziciel miliardów stworzeń, płomienny ołtarz budzących się listków, twórcze ognisko genialnej myśli ludzkiej, bóg mądrych prastarych ludów, rozkochanych w pięknie natury... Słońce — Apollo, miotający złote strzały w serca ludzkie!... Wielki kolorysta kwiatów, owadów i ptaków — malarz siedmio-barwnej tęczy — i czerwono-złotych obłoków wschodu i zachodu!... Słońce — morze płodnej miłości, wieczny wskrzesiciel prawdy, dobra i piękna!... Gdzie ciebie niema słońce, tam w mroku lęgnąć się musi zbrodnia, nie wiedząca o sobie samej...
Stary robotnik od kilku chwil uniósł głowę i szeroko rozwartemi oczyma patrzył w twarz młodzieńca, która nawet w migotliwo-mętnem świetle latarki Davy’ego zdawała się teraz jaśniejącą pięknem...
Inżynier wstał:
— Poetyzujesz bardzo interesująco... Ale czas iść dalej...
Młody człowiek wzdrygnął się:
— Nie!... nie!... dość mi tego... Chcę... do słońca...
— Ba! — śmiał się inżynier — w takim razie rozstaniemy się na parę godzin... Muszę zdążyć do trzeciej kopalni... Windują tam na dół czwórkę nowych koni... Moja obecność jest konieczna... Zobaczymy się na obiedzie u mnie... Możesz teraz zwiedzić nasz park... Masz czas — do szóstej... Ale nie spóźnij się... Bo moja stara Marta będzie gderać... Champollion, odprowadź pana do szachty № 8... Tam są ludzie przy windzie...
Stary robotnik powstał milcząco i ponury postąpił leniwie naprzód...
— Do widzenia... na słońcu! — krzyknął inżynier do oddalającego się poety.


∗             ∗

Biła godzina 7-ma po południu. Inżynier czekał przy nakrytym stole na przyjaciela. Co parę chwil wybiegał na ganek i patrzył na drogę. Poeta nie zjawiał się...
Stara kucharka rozwiodła ręce:
— To już chyba jakieś nieszczęście przytrafiło się młodemu panu...
— At, głupia jesteś!...
Ale i jego tknęło jakieś złe przeczucie... Pospieszył ku szachcie № 8.
— Kiedy podnieśliście pana Bonmartre?
— Jakiego pana?...
— No... tego, co spuścił się dziś rano ze mną...
— On wcale nie wychodził...
— Rozesłać ludzi do wszystkich szacht!... Dowiedzieć się, gdzie i kiedy wyszedł...
Grube krople potu wystąpiły mu na czole. Nie rozumiał. Co, u licha, stać się mogło?!
Posłańcy wracali kolejno...
— Nie wychodził... nie wychodził...
Wciąż powtarzała się ta odpowiedź...
— Czy są tu ludzie ze wszystkich szacht?
— Ze wszystkich...
— Niech wszędzie spuści się po dziesięciu... Szukać!...
I w trwodze śmiertelnej sam z dwoma górnikami wstąpił do kosza...
Czeluść poczęła ich szybko pochłaniać.


∗             ∗

Godzina upłynęła...
W pustym kurytarzu na trzynastem piętrze, gdzie zdawna przerwano roboty z powodu grożącego zawalenia, dosłyszano dziwne jakieś dźwięki: niby ryk dzikiego zwierza, przechodzący chwilami w zawodzenie, w jęk...
— Co to? — zapytał inżynier...
Ludzie posunęli się naprzód, unosząc latarki...
— To zdaje się Champillion... Tak płacze...
— Zwarjował?...
— Champillion! Champillion!...
Nikt się nie poruszył... Zawodzenie nie ustawało...
— Idźmy...
W końcu korytarza siedział skurczony pod ścianą Champillion — w ręku zaciskał kurczowo oskard — jęczał, schylony nad jakąś masą...
— Panie inżynierze... tu ktoś leży...
— Kto?...
— Panie inżynierze!... człowiek... zemdlony... Nie!... ma ranę na głowie... Trup!...
Stary robotnik podniósł się i runął do stóp inżyniera:
— Darujcie... panie!... ja go zamordowałem... oskardem...
— Za co?!...
Zazdrościłem mu!... On zawsze widział słońce!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.