Strona:Leo Belmont - Zbrodniarze.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   10   —

Wielki kolorysta kwiatów, owadów i ptaków — malarz siedmio-barwnej tęczy — i czerwono-złotych obłoków wschodu i zachodu!... Słońce — morze płodnej miłości, wieczny wskrzesiciel prawdy, dobra i piękna!... Gdzie ciebie niema słońce, tam w mroku lęgnąć się musi zbrodnia, nie wiedząca o sobie samej...
Stary robotnik od kilku chwil uniósł głowę i szeroko rozwartemi oczyma patrzył w twarz młodzieńca, która nawet w migotliwo-mętnem świetle latarki Davy’ego zdawała się teraz jaśniejącą pięknem...
Inżynier wstał:
— Poetyzujesz bardzo interesująco... Ale czas iść dalej...
Młody człowiek wzdrygnął się:
— Nie!... nie!... dość mi tego... Chcę... do słońca...
— Ba! — śmiał się inżynier — w takim razie rozstaniemy się na parę godzin... Muszę zdążyć do trzeciej kopalni... Windują tam na dół czwórkę nowych koni... Moja obecność jest konieczna... Zobaczymy się na obiedzie u mnie... Możesz teraz zwiedzić nasz park... Masz czas — do szóstej... Ale nie spóźnij się... Bo moja stara Marta będzie gderać... Champollion, odprowadź pana do szachty № 8... Tam są ludzie przy windzie...
Stary robotnik powstał milcząco i ponury postąpił leniwie naprzód...
— Do widzenia... na słońcu! — krzyknął inżynier do oddalającego się poety.


∗             ∗

Biła godzina 7-ma po południu. Inżynier czekał przy nakrytym stole na przyjaciela. Co parę chwil wybiegał na ganek i patrzył na drogę. Poeta nie zjawiał się...
Stara kucharka rozwiodła ręce: