Strona:Leo Belmont - Zbrodniarze.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   11   —

— To już chyba jakieś nieszczęście przytrafiło się młodemu panu...
— At, głupia jesteś!...
Ale i jego tknęło jakieś złe przeczucie... Pospieszył ku szachcie № 8.
— Kiedy podnieśliście pana Bonmartre?
— Jakiego pana?...
— No... tego, co spuścił się dziś rano ze mną...
— On wcale nie wychodził...
— Rozesłać ludzi do wszystkich szacht!... Dowiedzieć się, gdzie i kiedy wyszedł...
Grube krople potu wystąpiły mu na czole. Nie rozumiał. Co, u licha, stać się mogło?!
Posłańcy wracali kolejno...
— Nie wychodził... nie wychodził...
Wciąż powtarzała się ta odpowiedź...
— Czy są tu ludzie ze wszystkich szacht?
— Ze wszystkich...
— Niech wszędzie spuści się po dziesięciu... Szukać!...
I w trwodze śmiertelnej sam z dwoma górnikami wstąpił do kosza...
Czeluść poczęła ich szybko pochłaniać.


∗             ∗

Godzina upłynęła...
W pustym kurytarzu na trzynastem piętrze, gdzie zdawna przerwano roboty z powodu grożącego zawalenia, dosłyszano dziwne jakieś dźwięki: niby ryk dzikiego zwierza, przechodzący chwilami w zawodzenie, w jęk...
— Co to? — zapytał inżynier...
Ludzie posunęli się naprzód, unosząc latarki...
— To zdaje się Champillion... Tak płacze...