Strona:Leo Belmont - Zbrodniarze.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   9   —

— I ślepną!... Cóż robić?... To mus... Gorzej jest, że mamy tu teraz robotników, którzy od pół roku nie widzieli dnia...
— Jakto?...
— Woda podskórna zalewała sztolnie... Musieliśmy podjąć forsowne roboty dla ocalenia kopalni... Przytem mamy olbrzymie zamówienia... Więc robotnicy pracują na dwie zmiany... Robota trwa całą noc i cały dzień... Ot, ten np. Champillion — schodzi tu przed świtem i wychodzi pod wieczór... A ponieważ dni zimowe są krótkie, więc...
— Nie widzi słońca... To okropne!... Nieszczęśliwy!...
Stary robotnik poruszył się lekko, ale oczu nie otworzył...
— Teraz szczęśliwy, bo śpi — rzekł inżynier, śmiejąc się...
Młody człowiek powstał i jął obmacywać wilgotne czarne mury...
— Jakie to okropne — mówił... Bez słońca!...
I pierś jego podniosła się nagle — przeprowadził ręką po wysokiem czole, po bujnych, pięknych włosach — głos jego wezbrał nagłem natchnieniem — oczy zaświeciły w ciemności... i począł mówić... jakby do siebie:
— Słońce!... Jak ono tam świeci teraz nad ziemią!... Zlewa błogosławiące swoje promienie i tajemniczo budzi tajemnicze życie w śpiących pod śniegiem ziarnach... Słońce! cudowne źródło życia i szczęścia, żywotny dech każdej trawki, prarodziciel miliardów stworzeń, płomienny ołtarz budzących się listków, twórcze ognisko genialnej myśli ludzkiej, bóg mądrych prastarych ludów, rozkochanych w pięknie natury... Słońce — Apollo, miotający złote strzały w serca ludzkie!...