Rosa alchemica/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Rosa alchemica
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Rosa alchemica
Pobierz jako: Pobierz Cała Rosa alchemica jako ePub Pobierz Cała Rosa alchemica jako PDF Pobierz Cała Rosa alchemica jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

V.

Obudziłem się nagle, jakgdyby mnie ktoś ocucił, i obaczyłem, że leżę na niewytwornie malowanej posadzce; na dosyć niskiej powale była niezdarnie wymalowana róża, a na ścianach wokoło widniały niedokończone malowidła. Filary i kadzielnice znikły bez śladu; nieopodal leżało kilkunastu ludzi śpiących, opatulonych w rozchełstane suknie, a twarze ich obrócone wzwyż wydały mi się jakgdyby puste maski. Oświecał je chłodny brzask, zakradający się przez podłużne okno, którego nie zauważyłem poprzednio; z dworu dochodził ryk fal morskich. Michał Robartes leżał w niewielkiej odległości, a koło niego przewrócona czara wyrzeźbiona z bronzu, która wyglądała, jak gdyby kiedyś zawierała kadzidło.
Siedząc tak i rozglądając się, posłyszałem nagle wrzawę gniewnych głosów męskich i kobiecych, zmieszanych z hukiem fal morskich; zerwałem się przeto na równe nogi i podbiegłszy coprędzej do Michała Robartesa, próbowałem otrząsnąć go ze snu. Schwyciłem go więc za ramię i usiłowałem podnieść, lecz ów padł na wznak i jęknął cicho. Tymczasem głosy stawały się coraz gwarniejsze i coraz bardziej gniewne, prócz tego słychać było ciężkie uderzenia we wrota wychodzące na groblę. Naraz doszło do mnie trzeszczenie wyłamywanych desek; poznałem, że już wrota zaczęły się poddawać, więc pobiegłem ku drzwiom komnaty. Wypchnąłem je i wyszedłem na korytarz, gdzie gołe deski skrzypiały pod mą stopą; znalazłem tam drugie drzwi, prowadzące do pustej kuchni. Przechodząc te drzwi, usłyszałem dwa szybko po sobie następujące trzaski, a z nagłego tupotania i wrzasków zmiarkowałem, że drzwi wychodzące na groblę zwaliły się na ziemię. Wypadłem z kuchni i wydostałem się na małe podwórko, stąd zaś zbiegłem po kilku schodkach, które wiodły wdół ku morzu po stoku grobli, i jąłem się przekradać samym skrajem wybrzeża, mając w uszach wciąż pobrzmiewające okrzyki rozjuszonej tłuszczy.
Ta część grobli była niedawno obmurowana ciosowym granitem, tak iż prawie nie było na nim wilgoci morskiej, lecz skoro doszedłem do starszej połaci mola, była ona tak oślizgła od zielonych porostów, że musiałem znów wydrapać się na jezdnię. Spojrzałem w stronę świątyni Róży Alchemicznej, gdzie wciąż jeszcze rozlegał się wrzask rybaków i bab, choć już nieco ciszej, a dokoła wrót ani na grobli nie było nikogo. Gdym tak patrzył, z poza wrót wysypała się garstka ludzi i poczęła wybierać spore kamienie z kupy, która leżała przygotowana na wypadek burzy, by w razie uszkodzeń grobli miano materjał do uszczelnienia ciosów granitowych. Podczas gdym przyglądał się tłuszczy, jakiś człek podeszły w latach (jak sądzę, był to ów nabożniś) pokazał na mnie palcem, coś przytem wołając; wszystkie twarze zwróciły się w mą stronę — i pobladły... Począłem uciekać; całe szczęście, że ci wioślarze mieli nogi mniej sprawne niż ramiona i ciała. Biegnąc, zaledwie słyszałem kroki ścigających i gniewne okrzyki, gdyż zdało mi się, że w powietrzu nad mą głową zadźwięczały rozliczne głosy zachwytu i narzekania, które uleciały mi z pamięci, jak ulatuje sen, w chwili, gdy je posłyszałem.
Jeszcze dziś bywają chwile, w których zdaje mi się, że słyszę owe głosy zachwytu i narzekania, i w których świat nieuchwytny: który utracił jeno połowicznie władzę nad sercem mem i myślami, zdaje się znów domagać całkowitej władzy nade mną. Lecz noszę teraz różaniec na szyi, więc gdy posłyszę te głosy lub mam złudzenie, że je słyszę, przyciskam go do serca i mówię:
— Ten, któremu na imię Legjon, czyha u wrótni, oszukując nasze myśli wdziękiem i mamiąc serca nasze pięknością, lecz my w nikogo nie wierzymy, jak tylko w Ciebie!
Wówczas cichnie walka, szalejąca we mnie po inne czasy, a w duszy mej panuje pokój...

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.