Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i jęknął cicho. Tymczasem głosy stawały się coraz gwarniejsze i coraz bardziej gniewne, prócz tego słychać było ciężkie uderzenia we wrota wychodzące na groblę. Naraz doszło do mnie trzeszczenie wyłamywanych desek; poznałem, że już wrota zaczęły się poddawać, więc pobiegłem ku drzwiom komnaty. Wypchnąłem je i wyszedłem na korytarz, gdzie gołe deski skrzypiały pod mą stopą; znalazłem tam drugie drzwi, prowadzące do pustej kuchni. Przechodząc te drzwi, usłyszałem dwa szybko po sobie następujące trzaski, a z nagłego tupotania i wrzasków zmiarkowałem, że drzwi wychodzące na groblę zwaliły się na ziemię. Wypadłem z kuchni i wydostałem się na małe podwórko, stąd zaś zbiegłem po kilku schodkach, które wiodły wdół ku morzu po stoku grobli, i jąłem się przekradać samym skrajem wybrzeża, mając w uszach wciąż pobrzmiewające okrzyki rozjuszonej tłuszczy.
Ta część grobli była niedawno obmurowana ciosowym granitem, tak iż prawie nie było na nim wilgoci morskiej, lecz skoro doszedłem do starszej połaci mola, była ona tak oślizgła od zielonych porostów, że musiałem znów wydrapać się na jezdnię. Spojrzałem w stronę świątyni Róży Alchemicznej, gdzie wciąż jeszcze rozlegał się wrzask rybaków i bab, choć już nieco ciszej,

220