Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a dokoła wrót ani na grobli nie było nikogo. Gdym tak patrzył, z poza wrót wysypała się garstka ludzi i poczęła wybierać spore kamienie z kupy, która leżała przygotowana na wypadek burzy, by w razie uszkodzeń grobli miano materjał do uszczelnienia ciosów granitowych. Podczas gdym przyglądał się tłuszczy, jakiś człek podeszły w latach (jak sądzę, był to ów nabożniś) pokazał na mnie palcem, coś przytem wołając; wszystkie twarze zwróciły się w mą stronę — i pobladły... Począłem uciekać; całe szczęście, że ci wioślarze mieli nogi mniej sprawne niż ramiona i ciała. Biegnąc, zaledwie słyszałem kroki ścigających i gniewne okrzyki, gdyż zdało mi się, że w powietrzu nad mą głową zadźwięczały rozliczne głosy zachwytu i narzekania, które uleciały mi z pamięci, jak ulatuje sen, w chwili, gdy je posłyszałem.
Jeszcze dziś bywają chwile, w których zdaje mi się, że słyszę owe głosy zachwytu i narzekania, i w których świat nieuchwytny: który utracił jeno połowicznie władzę nad sercem mem i myślami, zdaje się znów domagać całkowitej władzy nade mną. Lecz noszę teraz różaniec na szyi, więc gdy posłyszę te głosy lub mam złudzenie, że je słyszę, przyciskam go do serca i mówię:

221