Risztau/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Risztau
Pochodzenie Risztau; Pustelnia w górach; Czukcze
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Ledwie skończyli zbiór siana, a już o żniwie myśleć trzeba było. Wracali wieczorem tak spracowani, że nikomu gadać się nie chciało. Zaraz po kolacji kładli się spać, aby nazajutrz wstać ze świtem i cały dzień stać schyleni na strasznym upale. Stanisławowi nudziło się w domu, a do roboty w polu brać go nie chcieli. Nie napierał się, gdyż sam czuł, że to przechodziło jego siły. Helenę widywał teraz bardzo krótko i tak zawsze znużoną, że z niecierpliwością oczekiwał niedzieli w nadziei lepszego i weselszego wypoczynku. W niedzielę tymczasem upał był do tego stopnia straszny, że, zdawało się, wszystko się w popiół zamieni, ugotuje w złotym ukropie.
Jurek wyszedł był ze strzelbą, gdy wszyscy jeszcze spali, i włóczył się gdzieś w pobladłych od jarzącego blasku górach. Selim siedział w cieniu pod ścianą i z wielką powagą łatał swoją odzież. Na ganku, za stołem, Szymon, który był niezdrów, pił spóźnioną herbatę; pani Strasiewiczowa robiła swoją „nieskończoną“ pończochę, a Stanisław wodził roztargnionym wzrokiem po krajobrazie, widocznie na coś czekając.
Jak tylko Helena z koszykiem w ręku ukazała się na ścieżce, powstał z miejsca i zbiegł ze schodów, doganiając wychodzącą za furtkę.
— Widzi mama?... Mama nic nie widzi... — mruknął Szymon, ruchem głowy wskazując oddalającą się parę.
— Owszem. Ale cóż mam robić?... Nie mogę zbytnio krępować dziewczyny; jeszczeby pomyślała, że wymagamy od niej zapłaty za naszą... opiekę.
— Dobrze, dobrze... Niech mama robi, jak chce. Mama tak zawsze... a później się skarży!... Tylko, jeśli co się stanie...
— Ja się skarżę?... Ja robię, co chcę? Przeżegnaj się, Szymonie!... A zresztą, co się ma stać?... Za parę tygodni odjedzie, dziewczyna popłacze i zapomni... Nawet dobrze, jeżeli się przekona, że w nas tylko ma szczerych przyjaciół... On mi mówił, że się żenić nie może, gdyż jest ubogi, a przytym ma tam jakieś obowiązki i cele... że tylko bogatą mógłby wziąć za żonę...
— I wiedząc o tym, mama pozwala, żeby on plótł, Bóg wie co, dziewczynie...
Urwał nagle, gdyż weszła Justyna i zaczęła niby sprzątać ze stołu. Pani Strasiewiczowa położyła pończochę i zdjęła okulary.
— Mówmy szczerze, Szymku — rzekła z powagą. — Nie myśl, że jestem ślepa... Widzę ja dobrze, co się święci... A ty, gdybyś był rozumny, sambyś się domyślił, co ci robić wypada, i pojechał szukać sobie innej... Moglibyśmy sprzedać część bydła. Ona nie dla ciebie... Z obawą czekam, co to dalej z tego będzie... Doprawdy, chwilami myślę, że byłoby najlepiej, gdyby wyszła za obcego.
Staruszka zlękła się własnych słów i oczy na syna podniosła. Szymek siedział z pochyloną głową i bębnił palcami po stole; po chwili zerwał się i odszedł w głąb domu. Kobiety spojrzały po sobie: jedna z trwogą, druga ze źle tajonym bólem.
A Stanisław tymczasem doganiał Helenę.
— Pani idzie po jeżyny? A wie pani, że i „łycza“ już miejscami dojrzewa? Chce pani?... ja pokażę...
Dziewczyna z uśmiechem kiwnęła przyzwalająco głową. Poprowadził ją wązką, skalistą szczeliną, zarosłą ciemnym, drobnolistnym gajem bukszpanowym. Dołem, wśród głazów, sączył się maleńki strumyczek. Gęsty bluszcz kędzierzawemi zwojami zwieszał się ze skał i drzew. Z obu stron szczeliny wysoka kolumnada dębów i grabów łączyła się konarami w strzeliste arkady, szara sieć pnączy snuła się po nich, tworząc gęste sklepienia. Było tu mroczno, gorąco i wonno, jak w jaskini z Tysiąca i jednej nocy. Słońce swemi strzałami, niby czerwonemi igłami, przepinało gdzieniegdzie ten mrok i tę zieleń, a ogromne liście olbrzymich paproci kołysały się poważnie nad głowami idących, rzucając im w twarz gorące, duszne tchnienia.
— Jak tu pięknie!... — szepnął Stanisław, w nadziei, że dziewczyna zatrzyma się i pogawędzi z nim chwilkę.
Hela wesołym spojrzeniem ogarnęła szczelinę, ale poszła dalej, ręką odchylając gałęzie po drodze, opierając się o głazy lub zręcznie skacząc po kamieniach, wystających z wody. Wysmukła, śliczna, w ciemnym gorsecie na białej koszuli, kołysała się i gięła z wdziękiem prawdziwej góralki.
— Tak, tu ładnie, ale trzeba się śpieszyć. Musimy wrócić przed obiadem. Trzeba pomóc Justynie wydoić krowy, do stołu nakryć i owoce przebrać — odpowiedziała, jakby zgadując myśl jego.
Na zakręcie, gdzie szczelina kończyła się przepaścią, a potok tworzył wodospad, Stanisław po bardzo wązkiej ścieżce wprowadził dziewczynę wyżej na strome zbocze, ponad lasy, hen, pod zalane słońcem wiszary. Tu, wśród krzewów czeremchy, krępej „muszmuły“ i strzelistych wicin derenia, pokazał jej drzewko „ałyczy“, obciążone ogromną ilością owoców. Na ten widok Hela aż krzyknęła z radości i pośpiesznie zabrała się do zrywania małych, przezroczystych, jakby słońcem nasiąkłych śliweczek z ciemną pestką we środku i delikatnym rumieńcem z boku. Zbierający, rozumie się, nie zapominali o sobie, wskutek czego czas jakiś milczeli, mając usta pełne słodkiego miąższu. Stanisław nachylał gałęzie, wspinał się i chwytał co grubsze; zdawało się, cały las pragnął nagiąć pod stopy dziewczynie.
— Dla czego pani śmiała się wtedy z panem Jerzym? — spytał nagle.
— Kiedy?
— A wtedy, kiedym opowiadał, że wdrapałem się na drzewo.
Dziewczyna roześmiała się znowu.
— Stare dzieje! Widzi pan, wyobraziłam sobie, jak pan zabawnie wyglądał, siedząc na gałęziach. Tu, na Kaukazie nikt na drzewach nie nocuje: nie potrzeba. Wszyscy kładą się na ziemi. Jurek nigdy nawet ognia nie rozpala i tam śpi, gdzie go noc zaskoczy. Mówi, że tak najlepiej, gdyż zwierza się nie straszy.
— Była pani kiedy w nocy w lesie?
— Ojej! Nieraz!... Dawniej chodziłam z Jurkiem na dziki, a raz nawet poszłam z nim na niedźwiedzia; ale teraz ciocia nie pozwala. Jurek znakomicie strzela, jest ogromnie silny i śmiały. Z nim niema żadnego niebezpieczeństwa... Ja poszłabym z nim na dno piekła. A taki jest zręczny, że po „żeranich“[1] tropach wiesza się i spuszcza w przepaści, gdzie ja patrzeć nawet nie mogę. Czerkiesi mówią o nim: dobry towarzysz — a to u nich największa pochwała. Serce ma on też złote, choć gorączka z niego i mruk. Ogromnie go lubię. On, jak kogo pokocha, to już nigdy, nigdy się nie zmieni. Co pan robi?... Dla czego pan zrywa zielone owoce?... Ten przecie zupełnie zepsuty!...
Spojrzała na Wichlickiego, który, zachmurzony, gwałtownie zrywał owoce i rzucał je do kosza, spoważniała i zamyśliła się; ale po chwili w oczach jej zamigotał błysk filuterny, a twarz rozjaśniła się znowu. Wzrok powędrował gdzieś w przestrzeń na zielone szczyty z tamtej strony przepaści, na turkusowe niebo nad niemi, i uśmiech rozkoszny wygiął jej koralowe usta, zaokrąglił policzki opalone, lecz świeże, jak owoc brzoskwini. Stała czas jakiś, nie ruszając się, przytrzymując gałąź ręką wyciągniętą, a fala różowej krwi oblewała twarz jej, szyję i piersi. Z pod przysłonionych powiek oczy nieśmiało spoglądały na Stanisława, ale on milczał, nie przerywając swego zajęcia. Dziewczyna puściła gałąź i przyklękła około kosza na ziemi.
— Trzeba przebrać to, co tu pan narzucał, bo to wszystko na nic.
Nie odpowiedział jej słowa.
— Panie Stanisławie, czy ten nasz kraj... szary?... — po upływie jakiejś chwili pytała znowu.
— Szary!
— I płaski?
— Płaski!
Chciał być opryskliwym, ale głos dziewczyny dźwięczał tak uroczo, a tak jakoś inaczej, tyle w nim było wesela, pustoty prawie, że zaciekawiony spojrzał na nią i uśmiechnął się mimowoli.
— Dla czego pani mię... — i urwał nagle, zauważywszy przestrach w niebieskich oczach słuchaczki.
— Widzi pani, nasz kraj jest piękny zupełnie inną pięknością... Krajobraz bywa niekiedy smętny, rzewny, to znowu łagodnie uśmiechnięty... A nad tym wszystkim niebo nizkie, chmur pełne, swojskie i miłe... Wie pani: widziałem dużo, ale oddałbym morza, zwrotniki i inne cuda za te nasze piaski, jałowce i sosny... Takie to dla nas nieskończenie wszystko miłe i drogie... Wszędzie widać ślady pracy skrzętnej, wiekowej... A jak tam ludno!... Wszędzie wioski, miasteczka. Drogi, biegnące w różne strony, krzyże na rozstaju... Są okolice nieporównanej piękności!... Jak dziś pamiętam wycieczkę na św. Krzyż... Byłem wtedy jeszcze studentem... W niedzielę, o wschodzie słońca, wyszliśmy z miasteczka Słupi, nędznej dziury żydowskiej... Mgła zakrywała wierzchołek góry, ale na dole już rzedniała. Droga była wilgotna i ślizka, gdyż dnia poprzedniego padał deszcz; była też zupełnie pusta; tylko za płotem, na samym podgórzu stała klęcząca figura kamienna, dobrze przez czas czy ludzi pokiereszowana... Robota gruba, pierwotna... z utrąconym nosem... A mimo to sprawiała wrażenie... Było coś błagalnego, tragicznego w tej płaskiej twarzy, podniesionej głowie... Z kamiennych oczu płynęły duże łzy obfitej rosy... Legienda głosi, że nie stoi na miejscu, a wciąż na klęczkach, pokutując za wielką zbrodnię, posuwa się pod górę, a gdy dosięgnie wierzchołka, świat się zapadnie... Może to jaki skamieniały Radziejowski... Tyluśmy ich mieli!... A może pani nie wie, kto był Radziejowski?
— Owszem, wiem. Cóż dalej?...
— Co dalej?... Poszliśmy drogą na górę, w samą mgłę... Na przygarbiach stały murowane kapliczki — stacje; podczas odpustu tysiące ludzi idą tędy na kolanach tak, jak ta figura. My jednak spotkaliśmy tylko trzy dziewczyny w krasnych chustach i w koralach na szyi... „Nie boicie się w taką mgłę?... A jeśli zabłądzicie i wpadniecie wprost... na nas??“ — krzyknął im mój towarzysz. Roześmiały się, spojrzały tak, jak kobiety polskie tylko spoglądać umieją i — we mgle zginęły. W miarę jak posuwaliśmy się wyżej, mgły te stawały się coraz gęstsze, a takie siwe jak wełna. Kłęby ich wieszały się na drzewach i pływały wśród świerków, wysokich jak wieże. Wilgoć kapała z igieł, jak po deszczu. Gdyśmy zeszli trochę z drogi, by spojrzeć na rumowisko głazów, ogarnęła nas noc szara, takie osamotnienie, jak tu wśród puszczy na Kaukazie. Na samym szczycie mgły nie było. Kościół stał niby na wyspie, obmywany chmurami, a nad nim unosił się szmat błękitu... Ściany odrapane, Chrystus marmurowy pobielony wapnem; tynkowanie jakiegoś żółto-cielistego koloru... Mur otaczający, bramy i klasztor walące się w gruzy... Z okien klasztoru zwieszały się brudne łachmany... Wieża upstrzona niezawsze świątobliwemi napisami w różnych językach... A jednak patrzało się nie bez wrażenia... Czego bo one nie widziały, te mury!... Jakich czasów nie przetrwały!... Bywali tu i Tatarzy, i Litwa, i Szwedzi... A jednak stoją, jak stały, w wieńcu z mgieł... Chwilami wiatr mgły rozrywał; wówczas przez te szczerby, jak przez okna, widzieliśmy daleko płynącą falę niw, ogrodów, wiosek i dworów, świecących się w słońcu... Panno Heleno, gdybym postanowił żyć, jak wy, bez kruszyny grzechu, tobym wolał tam zamieszkać... Przecież my tylko w pokrewnym środowisku możemy oddziaływać głębiej i trwalej... — zakończył, kładąc nacisk na słowa: „w pokrewnym“.
— Pan wie, że nie mamy pieniędzy na powrót — broniła się dziewczyna.
— Nie w tym rzecz... Szymon wypowiada czasem takie zdania...
— Szymon jest przedewszystkim zapracowany. Dawniej i on był inny, ale ze śmiercią pana Strasiewicza spadł na niego taki nawał obowiązków...
— Dobrze, nie będę mówił o tym, jaki on jest teraz — odrzekł z niechęcią Stanisław. — Ale przypuśćmy, że wykarczujecie drugie tyle, sto razy tyle puszczy... Cóż z tego? Najcenniejsza z was cząstka, ta wyższa misterna robota ducha, będąca wyrazem człowieka, przepadnie, gdyż dziedzictwo po was wezmą inni, a może i nikt nie weźmie... Byli tu przed wami Czerkiesi — i znikli; nic po nich nie zostało, prócz zdziczałych ogrodów bez wartości... Wasza robota tutaj, to robota wołów. Niech mi pani wierzy!... Z korzyścią można pracować tylko wśród swoich, tam najdrobniejszy wysiłek nabiera treści — a reszta... zoologja!
— A pan? — spytała nagle Helena.
— Ja co innego... Ja poszedłem w pustynię, jak chodzili nasi przodkowie na wojnę... po łupy!
Tak rozmawiających niepostrzeżenie zszedł Jurek, który zawsze jak pantera chodził cicho po lesie. Widząc blask oczu i wzruszoną twarz Heleny, słysząc dźwięk jej głosu, wyobraził sobie więcej, niż było. W pierwszej chwili chciał strącić w przepaść oboje i skoczyć za niemi, ale potym przyszło mu na myśl, że przedewszystkim musi znaleźć zgubione z jego powodu pieniądze.
— Przepatrzę każdy kamień, każdy krzak, znajdę. A wtedy zabiję!
Szukał już od pewnego czasu, choć nikomu o tym nie mówił. Dziś wcześniej przerwał poszukiwania, gdyż zabił dzika i szedł właśnie po konia, na którym miał przywieźć zdobycz. Gdy spuszczał się w szczelinę, kamienie strącone przez niego, upadając z łoskotem, zwróciły uwagę rozmawiających.
— Ktoś tu był — rzekła Helena, podnosząc się z ziemi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A nie widziałeś ich tam? — zapytał Szymon brata, uprowadzającego naprędce schwytanego konia.
— Idź do djabła! — odrzekł Jurek.
Złość młodszego brata umocniła go jeszcze bardziej w postanowieniu jak najprędszego pozbycia się nieproszonego natręta z domu.
Nie mógł tego zrobić wprost, gdyż rozumiał, że miał pewne względem Wichlickiego zobowiązania, ale czuł instynktownie, że z takim jak on człowiekiem da się to łatwo zrobić. Zaraz tegosamego dnia przy stole rozpoczął pierwsze kroki: trzymał się tak, że gość widział go wciąż z profilu, z odpowiedzią zwlekał, nie podsuwał mu chleba, ni soli, gdy Stanisław próbował zawiązać rozmowę, przerywał ją i uwagę wszystkich w innym zwracał kierunku. Pani Strasiewiczowa, widocznie też zakłopotana, nie zapraszała gościa do jedzenia, nie podsuwała mu półmisków, jak to zawsze dotąd czyniła; wyręczała ją Helena. Stanisław przypisywał z początku tę zmianę w zachowaniu się rodziny chorobie Szymona i ogólnemu z tego powodu roztargnieniu, ale wkońcu umilkł zdziwiony, zaczął przypatrywać się „manewrom“ z pewną wesołością. Bolało go tylko zachowanie się Heli, ostrożne, prawie lękliwe.
— A ot, kto tu gospodarzem! — pomyślał sobie.
Zaprzestał zwracać się do Szymona, i podczas poobiedniej herbaty, gdy pani Strasiewiczowa odeszła, zaczął mówić do Heleny, jak gdyby w dalszym ciągu przerwanej w lesie rozmowy. Mówił jej o rozdwojeniu współczesnego człowieka, o pragnieniu osobistego szczęścia, o trudności pogodzenia tego z pracą dla idei, o sztuce życia i wielkich cierpieniach tych, co jej nie posiedli...
— Żeby zrobić choć cokolwiek, potrzebna przedewszystkim niezależność, potrzeba posiadać wiedzę, stanowisko, majątek...
Dziewczyna słuchała go, domyślając się, że mówi o sobie, zgadzała się z nim, gdyż dowodów odeprzeć nie mogła, ale było dla niej coś niemiłego, przykrego w tym rozumowaniu. Wolałaby, żeby Wichlicki tego nie mówił. Nagle do rozmowy wmieszał się milczący dotąd Szymon:
— A głównie, żeby żyć z cudzej pracy! Niech ci, co chcą ludzkość uszlachetniać, przedewszystkim zarobią na swoje utrzymanie. Bo co przyjdzie ludowi, na którego karku siedzą, z ich książek, z ich obrazów, dramatów, których on ani widzi, ani czyta?
Stanisław zbył te słowa milczeniem; chciał dalej mówić, ale Helena, na widok zmienionej twarzy Szymona, już uwagi skupić nie mogła i pod błahym pozorem wstała i wyszła. Mężczyźni zostali na ganku sami. Szymon patrzał brzydko, z pod oka, na gościa, a Wichlicki, który nie mógł tego nie zauważyć, wstał i zszedł po schodkach do ogrodu.
— Trzeba wyjeżdżać — myślał z uczuciem przykrości.
Wieczorem zawołał Selima, dał mu złoty zegarek i belgijski sztucer; kazał je w miasteczku zastawić, nająć mieszkanie i przewieźć rzeczy.
— Dziękuję pani, zdrów jestem, dam sobie radę... W mieście będę bliżej poczty... a każdy dzień dla mnie drogi... — mówił, żegnając się z panią Strasiewiczową, która niezbyt zresztą natarczywie namawiała go, by został jeszcze. Szymon nie taił radości z jego wyjazdu, Jurek chmurny odwracał się od wszystkich.





Przypisy

  1. Antilope subgutturosa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.