Risztau/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Risztau
Pochodzenie Risztau; Pustelnia w górach; Czukcze
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

— Wprawdzie jestem szczerym demokratą, ale mimo to nie życzyłbym sobie, aby mię teraz widzieli moi znajomi z Warszawy lub patronowie z Towarzystwa — myślał Stanisław, skrobiąc kartofle z uśmiechem.
Wyobrażał sobie, jak musiał być brudny, gdyż od samego rana pełnił z wielką gorliwością różne obowiązki, związane z sadzą i ziemią. Stało się to w sposób nadzwyczaj prosty. Z chwilą odejścia na łąki kobiet i Selima, wszystkie domowe roboty spadły na panią Strasiewiczową; a przecież Stanisław nie mógł na to pozwolić, aby staruszka zamęczała się w jego obecności, biegał przeto z wiadrami do zdroju, nosił drwa, zamiatał podłogę, podnosząc tumany pyłu i kichając przytym niemiłosiernie.
— Trzeba pokropić... trzeba pokropić! — radziła staruszka, spoglądając przyjaźnie na jego ożywioną, potem zlaną twarz.
Zarumieniona od ognia, w ogromnym białym fartuchu i białym czepcu, z dużą łyżką w ręku, chodziła dokoła komina z powagą i wdziękiem, królewskim.
— Nigdy mężczyzna nie dorówna kobiecie w robotach domowych: potrzeba tu innego usposobienia i innego składu ciała. Wierzę, że, pisząc książkę, robisz to pan dokładnie, ale spojrzyj, jakie to po twym zamiataniu zostały na podłodze smugi... U mężczyzn wszystko zawsze szerokie i rozmachane... Nie mają tej zręczności, ani...
— A lokaje?... kucharze... — bronił się Stanisław.
— Prawda! Ale widzi pan, lokaje to zawsze łgarze, a kucharze — złodzieje i awanturnicy. Porządek w domu zaczyna się dopiero od przybycia żony. Do tej pory mężczyzna jest zawsze trochę brudas i trochę wisus... Nawet nie może we wszystko wniknąć... To też chciałabym ogromnie... Sembat!... Sembat! czego ty tam szukasz! — krzyknęła nagle, wychylając się przez okno.
— Jo?... Sembat chciał tego chorego urutska...
— Chory urutska tutaj... — roześmiał się Stanisław, stając we drzwiach.
Widział niemało krajowców, ale ciekawy był swego lekarza.
Znachor stał spokojnie w powodzi palącego słońca, prawą rękę trzymając na sercu. Nie był stary, ale bardzo brzydki, podobny do brudnego worka, wypchanego zwiędłemi liśćmi.
Worek ten na piersiach pękł, i widać było ciało pomarszczone, piernikowego koloru, obrosłe czarnemi włosami. Głowa, owiązana czerwoną chustą, tworzyła także coś na kształt i podobieństwo kłęba splątanych, zrudziałych liści. Szerokie poplamione rajtuzy zwieszały się od pasa w ciężkich fałdach, niby skóra nosorożca, na krzywe nogi w bardzo wązkich nogawicach.
Sembat mrugał przebiegle zaropiałemi oczkami i kłaniał się z prawą ręką na piersiach, a lewą zakrywał szyję butelki, wyglądającej mu z kieszeni.
— Chora urutski — y — zdrowa... Sembat mało — mało... Sembat wie...
— Chora urutski zielsko precz... woda precz szałtaj-bałtaj... — prędko odrzekł Stanisław, uprzedzając przymówkę do swojej kieszeni.
Ormianin cmoknął głośno.
— Młoda baba gdzie?
— Wszyscy przy sianie.
— Rutski baba y — lubi?
— A Sembat?
— O!
Roześmiał się, odwrócił, oparł się o framugę okna i zaczął rozmawiać z panią Strasiewiczową o maśle, kurach, jajach tymsamym zabawnym rosyjsko-ormiańskim językiem.
— Panie Stanisławie, bądź już pan grzeczny do końca i pomóż Justynie przypędzić krowy z lasu... Widzi pan, ledwie idzie biedaczka!... Co za skwar!
Stanisław dostrzegł już był Justynę i chciał właśnie zapytać, dlaczego wraca sama. Tamci, jak się okazało, mieli w polu jeść obiad; Justyna właśnie przyszła go zabrać i krowy wydoić.
Stanisław poszedł do lasu, ale bydło, rozgorączkowane upałem, ścigane przez owady, niełatwo było zebrać i wypędzić z lasu.
Ucieszył się więc, gdy zobaczył zdala przez otwór w zaroślach Justynę i Sembata na zakręcie ścieżki; przypuszczał, że przyszli mu pomóc. Doszedszy jednak do miejsca, znalazł już tylko Sembata, który z ręką na piersi kiwał mu głową, ale pomagać nie myślał.
— Co u djabła?... Przysiągłbym, że tu była... Czyżby ten stary wiecheć miał prawo do swojego „o!...“ Cha! na bezrybiu... Wszystkie one jednakie...
Przyszedszy do domu, mimowoli zaczął uważniej, niż wypadało, przyglądać się Justynie, widocznie tym zmieszanej. Wydała mu się znękaną i chorą, ale niegdyś była pewnie ładną.
„Z Helą tak nie będzie“ — pomyślał.

„Miało dziewczę wielki pech,
Kawalerów miało trzech...“

I pewnie, aby się o tym przekonać, jak tylko pani Strasiewiczowa zasiadła w fotelu do poobiedniej drzemki, pobiegł na łąkę do kosiarzy. Pracować mu nie dali, więc wyciągnął się na trawie w cieniu orzecha i, rozmarzony, spoglądał na żywą zieloność murawy, na gaje, zalane potokami oślepiającego słońca, na kosiarzy w białych koszulach, błyskających kosami, na kobiety, uwijające się z grabiami w ręku. Duży, mieniący się wąż przesunął się w pobliżu, lekko sycząc, ze łbem wzniesionym do góry; na gałęzi tuż nad jego głową siadł ptak barwnopióry i, znużony gorącem, cicho świergotał. Wysokie, aksamitne trawy kłoniły się ku niemu; zioła i kwiaty rzucały mu w twarz wonie z szeroko rozwartych, od słońca rozognionych kielichów swoich; wokoło ćwierkały koniki polne, z brzękiem unosiły się muszki, kołysały się motyle i ważki; po źdźbłach trawy i łodyżkach ziół, niby po drzewach ogromnych, wędrowały poważnie mniejsze i większe pozłacane chrząszcze, mrówki rozmaitego koloru i wielkości. Złocisty żar, szalony, mocny jak wino i jak wino upajający, przenikał wszystko, roznosił, rozpylał wszędzie niewiadomo skąd lecące wonie wanilji i heljotropu. Stanisław z rozkoszą wchłaniał w siebie skwar, zapachy i szmery, czuł, jak słońce wdziera się do najdrobniejszych komórek jego ciała. Czuł je we włosach, w kościach, we krwi, w mózgu i myśli, jak tam płynęło ogniste i burzliwe, a przestrzeliwszy go nawskroś tysiącem promieni, przytwierdzało do rozpalonej ziemi. Nie chciało mu się ruszyć, myśleć; pragnął tylko przeciągnąć jak najdłużej rozkoszną świadomość tego związku z otoczeniem, a w piersiach brzmiał mu hymn potężny uwielbienia dla słońca, dla życia, dla piękna. I mimowoli biegł wzrokiem za tą dziewczyną, która w tej chwili była dla niego uosobieniem tego wszystkiego. Ile siły i zdrowia, jaki wdzięk w poruszeniach, trzymanych w karbach napół siebie świadomej woli! Czy zatrzymywała się, czy siadała dla wypoczynku, nie było widać zaniedbania w układzie jej postaci; bosa nóżka w kaukaskich papuciach nie zanadto wysuwała się z pod spódniczki, gibka figura nie opadała niezgrabnie, jak to czasami zdarzało się Justynie.
W każdym poruszeniu Heli, w całej jej postawie było coś jasnego, gibkiego i stałego, a nieuchwytnego. Stanisław, który wiedział z doświadczenia, co to jest praca na takim upale, był oczarowany i, nie wdając się w analizę, co składało się na ten urok: rasa, czy wychowanie, czystość, czy skromność i prostota dziewczęcia, czuł, że mu serce bije, jak za akademickich czasów. Aż wkońcu westchnął trochę smutno, a trochę ironicznie:
— Ach, gdybym miał pieniądze!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.