Przysięga pana Sylwestra

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Przysięga pana Sylwestra
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie „Tygodnik Mód i Powieści“, 1896, nr 1-5
Redaktor Jan Skiwski
Wydawca Jan Skiwski
Data wydania 1896
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Klemens Junosza.
Klemens Junosza - Przysięga pana Sylwestra ornament 001.png
PRZYSIĘGA PANA SYLWESTRA.
OBRAZEK.





— Niech pan dobrodziej siada. O, tutaj, pod lipą. Śliczne miejsce: cień, zapach od tego różanego klombu aż bije, a lewkonie, rezeda, goździki, mają także swoje znaczenie. Nie dlatego mówię, że je własną ręką siałem, ale tak sobie... któż bo kwiatów nie lubi?! Nie brak ich u nas, bo tu nic nie brak. Powietrze pierwszej klassy, las pod nosem, rzeczka tuż, a jaka w niej kąpiel, to się łatwo przekonać. Oto klucz od łazienki, niech pan dobrodziej pójdzie i sprobuje.
— Głównie idzie mi o mieszkanie.
— Zapewne, panie, mieszkanie to grunt. Śmiem twierdzić, że człowiek, nie mówiąc o duszy, tem się przedewszystkiem od zwierzęcia różni, że płaci za komorne, lub że je pobiera.
— Jest racya.
— To co powiedziałem dotycze śmiertelników zwyczajnych, ale filozof Nietzsche dzielił ludzi na dwie kategorye. Jest, podług niego, prosty „Mensch” i jest „Uebermensch,” otóż ja w osobie szanownego pana widzę specimen „Uebermenscha.”
— A to z jakiej racyi?
— Prosta rzecz; zwyczajny człowiek ma tylko jedno mieszkanie, nadzwyczajny dwa: zimowe i letnie, a ponieważ pan poszukuje letniego, mając w Warszawie zimowe, przeto jasność mojej konkluzyi równa się co najmniej sile dwudziestu czterech świec stearynowych pełnej wagi.
— Być może, lecz przystąpmy do rzeczy... jeżeli pan w mojej osobie widzi „uebermenscha,” to ja w pańskiej domyślam się właściciela tej willi, zapewne ueberwilli pod względem ceny.
Suchy człowieczek zaczął się śmiać tak dalece, że dostał gwałtownego kaszlu; małe, szare jego oczy zaszły łzami, sądziłem, że się dusi.
— Czy ja na to wyglądam — rzekł, gdy się paroksyzm kaszlu uspokoił, — czy jestem podobny do posiadacza czegokolwiek wogóle? Pan dobrodziej żartuje chyba... Ja i właściciel! Ja i posiadanie! Co za kontradykcya! Hi, hi! oczywiście, według świadectwa zmysłów, posiadam buty na nogach, ale genialne odkrycie Kopernika dowiodło, że w pewnych wypadkach świadectwo zmysłów nie jest wiele warte. Niech szewc powie, czy mam czysty tytuł własności?
— A jednak wskazano mi pana jako...
— Słusznie... bardzo słusznie. Właścicielem tej willi nie jestem, ale jako zastępca właściciela, jako jego surrogat, że tak powiem, mam upoważnienie do wynajęcia tych wszystkich wygód i przyjemności, jakie pan dobrodziej widzi. Śliczna to posada, ale, niestety, mogę ją wkrótce utracić.
— A do kogóż należy ta posiadłość?
— Do mego kuzyna, mieszkającego w Warszawie. Jeżeli pragnie pan poznać go osobiście, mogę służyć adresem. Kuzyn mój posiada w Warszawie dwa domy. Jest to ciężar, do którego można się przyzwyczaić, jeżeli ktoś posiada żelazną wolę i stalowy charakter. Patrzy pan na mnie tak, jak gdybym powiedział grubą niedorzeczność, ale to rzecz osobistych poglądów... Więc jakże, dać adres?
— Nic mi na tem nie zależy, a skoro pan ma upoważnienie, to możemy odrazu przystąpić do rzeczy.
— Ach, szanowny panie, nie tak to łatwo, zwłaszcza w tej chwili.
— A to dlaczego?
— Panie, w danym wypadku rzeczą jest mieszkanie, a nie można przystąpić do mieszkania, jeżeli w niem, wewnątrz znajduje się dama, prawdopodobnie będąca w negliżu, w rozdrażnieniu histerycznem i z włosami w nieładzie... A temu wszystkiemu winien jestem ja. Tak ja! Winę moją przypłacę prawdopodobnie utratą kawałka chleba i dachu nad głową... jeżeli pan dobrodziej...
— Nie rozumiem tego wszystkiego. Ogłaszacie w „Kuryerze,” że jest willa do najęcia, a obejrzeć jej nie można. Cóż to za mistyfikacya?
— Panie, odrobinę cierpliwości i trochę wyrozumienia. Nie będzie to nawet poświęceniem z pańskiej strony, gdyż najbliższy pociąg do Warszawy będzie na stacyi dopiero za dwie godziny. Czyż nie przyjemniej przepędzić ten czas w chłodzie, pod cieniem lipy, wśród kwiatów, aniżeli spacerować po platformie na skwarze słonecznym, lub dusić się w ciasnej poczekalni na stacyi...
— To prawda.
— A jeżeli pan głodny lub spragniony, to w mojej stancyjce znajdzie się wszystko, co potrzeba.
— Uprzejmie dziękuję. Wyjechałem z domu po śniadaniu, a wrócę na obiad.
Mały, suchy człowieczek uśmiechnął się, pogładził rozczochraną brodę i rzekł:
— Niech pan dobrodziej wybaczy, ale muszę powiedzieć parę słów o sobie, zanim dojdę do pośredniej sprawczyni mego nieszczęścia, do tej histerycznej damy. Bezpośrednim sprawcą jestem ja sam, ale bo też kuzynowi memu przyszła dzika idea... Zostawić mnie z kobietą młodą, kapryśną jak dziecko, trochę znudzoną, zdenerwowaną, nie mającą żadnego zatrudnienia, ani towarzystwa, a spragnioną wrażeń i rozmaitości. Nie wiele pan zapewne rozumie z tego, co ja mówię, bo też pod wrażeniem mieszam jedno z drugiem i opowiadam bez planu. Wnet uporządkuję myśli i zacznę od antecedencyj, od przyczyn, aby kolejno przyjść do skutków. Zechce pan słuchać?!
— Owszem, bardzo proszę.
— Naprzód tedy: kto jestem? Biedny człowiek; nie posiadam żadnej pozycyi towarzyskiej, ani społecznej, a płynąc po dość burzliwych falach życia, przybiłem nareszcie do portu i zarządzam willami mego kuzyna. Mieszkam tu latem i zimą, latem odbieram komorne, o wiośnie dozoruję reparacyi, zimą pilnuję wraz ze stróżem, żeby złodzieje nie zabrali okienic, żaluzyi, drzwi, żeby nie ukradli pieców. Śliczna posada, można, zwłaszcza w zimie, siedzieć i rozmyślać, trochę czytać, niekiedy pójść do pobliskiego miasteczka na szachy i kufelek piwa, czegóż więcej żądać od życia?
— Niewielkie wymagania.
— Dochodzi się do tego, panie dobrodzieju, po latach doświadczenia i rozmyślań, bo widzi pan, ja rozmyślałem wiele, włóczyłem się po świecie dopóki miałem za co. Słuchałem trochę medycyny, filozofii, prawa, wszystkiego po odrobince, bo na całą porcyę nie miałem apetytu, ani wytrwałości, i na skutek tego mam głowę podobną do salaterki napełnionej bigosem. Rodzina chciała, żebym był „czemś, ” ale ja nie czułem powołania do żadnego zawodu. Nie chciałem truć ludzi, nie chciałem uczyć ich tego, czego sam dobrze nie rozumiem, nie chciałem dowodzić, że zbrodniarz jest niewinny. Posiadając trochę pieniędzy po rodzicach, mogłem żyć bez fachu i nie zapisywać się do cechów. Rodzina chciała, żebym bywał w tak zwanych, porządnych towarzystwach, ale ja wolałem tak zwane nieporządne, ludzi prostych, szczerych, nie skrępowanych w powijaki cywilizacyi i ogłady.
— To rzecz gustu.
— Zapewne, aleć nie ja jeden takie upodobanie miałem. Sławny Paracelsus najchętniej obcował z chłopstwem, woźnicami, cyganami i czarownikami, upijał się w szynkowni z katem, co mu nie przeszkadzało być znakomitym, jak na swój wiek, uczonym. Nie równam się z Paracelsem, alem miał gust podobny, nie zawsze oczywiście, ale od czasu do czasu. Wśród ludzi z towarzystwa było mi nudno, wobec dam czułem się onieśmielonym; nie umiałem trzech zliczyć. Trudno, panie szanowny; jeden lubi kunsztowne ogrody, dla innego milszy jest las dziki, nietknięty jeszcze siekierą. Zarzucano mi, żem się lubił bawić kuflami. Prawda, i dziś jeszcze lubię, ale i dawniej i teraz nie w takim stopniu jak mniemano. Iluż to grubo uczonych filozofów miało czerwone nosy, ilu poważnych myślicieli lubiło przesiadywać do późnej nocy w bierhallach, lub weinstubach! Alkohol podniecał ich umysł, zaostrzał dowcip. Nieraz zdarzało mi się być w towarzystwie takich mężów, niejednokrotnie miałem sposobność podziwiać ich koncepta. Odznaczały się one niesłychaną ciężkością i można je było porównywać do tańcujących wołów, słoni i hippopotamów, ale owe koncepta miały w sobie głęboką treść. Lubiłem także wesołe towarzystwo burszów, bo i sam należałem do nich potrosze. W obłokach dymu tytuniowego, niby w chmurach, siadywaliśmy częstokroć pijąc piwo, reformując świat, stwarzając nowe teorye, mające odrodzić ludzkość i pchnąć ją na nowe zupełnie tory. Anim się obejrzał, jak zeszło mi kilkanaście lat życia w tem otoczeniu. Teorye pozostały teoryami, ludzkość nie weszła na nowe tory, świat się nie zmienił, lecz ja sam uległem pewnej metamorfozie. Ja, i co gorsza jeszcze, warunki mego bytu, także przeistoczyły się z gruntu. Pewnego dnia, spojrzawszy przypadkiem w zwierciadło, ujrzałem, że czupryny już prawie nie mam, że jestem łysy jak Sokrates, a w brodzie mojej przewija się mnóstwo srebrnych nitek. Nie obeszło mnie to wiele, bo cóż tam powierzchowność! Anim ja panna na wydaniu, ani kawaler do wzięcia; nie mam zamiaru występować w rolach amantów na scenie, nie ubiegam się również o posadę subjekta w magazynie towarów bławatnych. Co mi po urodzie?
— Bądźcobądź, jest to piękny dar Boży.
— Jak dla kogo... dla mnie choćbym go nawet posiadał, nie przywiązywałbym do niego znaczenia.
— A nie miałeś pan zamiaru starać się o względy jakiej młodej osoby?
— Ma pan dobrodziej na myśli małżeństwo?
— Oczywiście.
Suchy człowieczek wzruszył ramionami.
— Nie — odrzekł, — takie projekta nie zajmowały nigdy mego umysłu. W towarzystwach kobiecych nie bywałem, a znajomi moi, żonaci i ojcowie rodzin, znajomi, z którymi spotykałem się wieczorami przy kuflu, nie bardzo byli zachwyceni urokiem swych ognisk domowych. Częściej słyszałem od nich narzekania, aniżeli słowa zachwytu.
— Pojedyncze przykłady nie stanowią dowodu.
— Zupełna racya, ale mnie o dowód nie szło bynajmniej, gdyż wogóle kwestya małżeńska była dla mnie obojętna... tem więcej, że zaszła pewna niemiła okoliczność. Spojrzawszy w lusterko dostrzegłem, że jestem łysy i mocno siwiejący, obliczywszy zaś moje fundusze, przekonałem się, że jestem biedny. Były one na wyczerpaniu, postanowiłem więc powrócić do kraju.
— Do rodziny? do krewnych?
— Niby tak i niby nie. Właściwie sam nie wiedziałem, po co ja wracam; ale zdawało mi się, że wrócić trzeba... Zal mi było mego towarzystwa, bibliotek, w których codziennie po parę godzin przesiadywałem, przyjaciół z którymi prowadziłem dysputy przy kuflu, w obłokach dymu tytuniowego... Szczerze mówiąc, żal mi było nawet starej, grubej szwabki, od której odnajmowałem pokój na poddaszu, ale nie było innego sposobu. Pożegnałem przyjaciół i szwabkę, i znalazłem się w Warszawie... Krewni powitali mnie dość słodko, na drugi dzień mieli miny kwaśne, na trzeci gorzkie jak aloes. Nie podobałem im się stanowczo.
— Dlaczego?
— Z wielu powodów. Jako ludziom bogatym nie była im przyjemna obecność ubogiego krewnego, zwolennikom blichtru i tak zwanego szyku, nie przypadała do gustu moja zaniedbana powierzchowność; raziła ich broda rozczochrana, łysina, surdut źle skrojony, zaplamiony i połatany miejscami. Przestałem u nich bywać.
— A z czego pan żyłeś, z czego utrzymywałeś się?
— Miałem jeszcze trochę resztek, a nie potrzebuję wiele.
— I wziąłeś się pan zapewne do pracy, znalazłeś zatrudnienie, zarobek?
— Zgadł pan dobrodziej, ale tylko w połowie.
— Jakto panie?
— Zatrudnienie miałem, ale zarobku nie.
— Nie rozumiem.
— Bardzo prosta rzecz. Czytywałem gazety w cukierni, grywałem w szachy, chodziłem do bibliotek wertować różne księgi, a wieczorami włóczyłem się po szynkowniach, także dla zatrudnienia.
— Co?
— Studyowałem pilnie gwarę łobuzów nadwiślańskich, zbierałem materyały do „języka andrusów.”
— Miałeś pan zamiar napisać dzieło?
— Albo ja wiem. W ciągu mego życia studyowałem różne przedmioty, ale tak sobie, więcej dla własnej satysfakcyi, aniżeli dla popisu. Dzieło... stworzyć dzieło, panie, to trzeba czasu, trzeba systematycznej pracy... a ja nie do tego. Ja, szczerze mówiąc, jestem... jestem... ludzie nazywają takich próżniakami. Czy nie tak?
— Zdaje się.
— Nie jest to definicya ścisła, bo kto jest zatrudniony, ten nie próżnuje.
— Ale też i nie zarabia.
— Temu nie przeczę; lecz wracam do mojej smutnej historyi. Studya nad gwarą łobuzów nadwiślańskich, miały jak dla mnie nadspodziewanie dobry skutek.
— Napisałeś pan dzieło o „języku andrusów?”
— Ale zkąd!
— Więc?
— A no, widzi pan dobrodziej, było takie zdarzenie. Właśnie wychodziłem z szynkowni na Czerniakowskiej, w towarzystwie dwóch dorożkarzy, gdy w tej samej chwili przejeżdżał powozem mój kuzyn, który miał zamiar oglądać jakieś place w tamtych stronach. Zobaczył mnie, o bo mój kuzynek ma bystre oko. Ukłoniłem mu się najuprzejmiej, ale odwrócił głowę, i podniósł ją do góry, jak gdyby dostrzegł coś nader ciekawego na kominie fabrycznym. Nie obrażam się o takie rzeczy, pomyślałem: nie to nie, i poszedłem dalej. Nazajutrz rano otrzymałem nader uprzejmy bilecik od kuzyna, z zaproszeniem, abym przyszedł do niego o godzinie szóstej, po obiedzie, na czarną, kawę i cygaro.
— Więc kuzyn nie jest tak zły, jak się panu wydało.
— Owszem, bardzo dobry... zacny człowiek.
— Poszedłeś pan?
— A naturalnie. Czekał na mnie. Kawa była pyszna, cygaro wyśmienite, a po kilku słowach wstępnych, po rozmowie o pogodzie i innych obojętnych przedmiotach, rozpoczął się właściwy wykład.
— Co za wykład?
— Zaraz się pan dowie. Kuzynek ma dar słowa, mówił płynnie, gładko jak profesor z katedry. Przedmiotem prelekcyi była umiejętność noszenia nazwiska, a zarazem określenie topografii miejscowości, w których ono noszone być nie może. Kuzyn mówił tak: mój kochany, mamy jedno nazwisko; jeżeli ja z godnością i poszanowaniem obwożę je własnym powozem po resursach, a ty zaś obnosisz je pieszo po obskurnych szynkowniach, to oczywiście jeden z nas czyni nazwisku honor, a drugi ujmę. Honor czynię ja, ujmę ty. Odrzekłem, że to jest przedmiot wymagający dłuższej dyskusyi, że w historyi starożytnej można znaleźć przykłady... Nie chciał słuchać, dał mi świeże cygaro, zapewne w tym celu żeby mi zatkać usta — i oświadczył krótko, że dla człowieka, który jak on, ma córkę dorosłą, i pragnie ją wydać za kawalera z godnem nazwiskiem, nietylko przykłady z dziejów, ale cała historya starożytna nie ma najmniejszego znaczenia. Widziałem, że go nie przekonam, więc nie siliłem się na argumenta, chociaż, jak się pan dobrodziej domyśla, nie zabrakłoby mi ich wcale...
Zatrzymał się, spojrzał na zegarek, na okna willi szczelnie zasłonięte roletami, westchnął i mówił dalej:
— Do pociągu jeszcze czas, a ta hysteryczna piękność dotąd spoczywa. Pozwoli pan dokończyć opowiadania?
— Ależ proszę.
— Będę się streszczał. Ostatecznie kuzyn mi zapowiedział, żebym nazwiska nie włóczył po zakładach, w których przebywa motłoch i aby mi to zadanie ułatwić, zaproponował mi posadę tu, właśnie przy tych willach. Mam tytuł „pana rządcy,” mieszkanie gratis, usługę, prawo używalności owoców i wszelkiej zieleniny z ogrodów, a prócz tego, pensyę małą, lecz wystarczającą na moje skromne potrzeby. Obiady gotuje mi żona stróża, w sąsiedniem miasteczku mam, jeżeli chcę, kufelek i towarzystwo.
— Jest i towarzystwo?
— Znakomite: ex-nauczyciel szkoły elementarnej, któremu się zdaje, że ja powinienem być ministrem; lekarz staruszek piorunujący na postęp, żyd Kielman, doskonały szachista i filozof, poczthalter rozgoryczony z powodu wynalezienia kolei żelaznych... i jeszcze kilku. Gawędzimy nieraz całemi wieczorami do późnej nocy.
— I nie przykrzy się panu?
— Ależ wprost przeciwnie! Wymarzona posada! Błogosławię kuzyna; moje studya nad mową „andrusów,” dorożkarzy, szynkownię na Czerniakowskiej i wszystkie okoliczności, które mnie w to ciche ustronie przywiodły. Mnie jest dobrze, zupełnie dobrze. Siedzę tu od lat pięciu. Kuzyn dotychczas był zadowolony, nazwiska nie narażam na kompromitacyę, aż dopiero teraz... trzeba nieszczęścia! I dokąd pójdę, gdzie się obrócę? A już zasiedziałem się tak, zniedołężniałem, nie mam siły do ponownej włóczęgi i życia bez jutra.
— Ale cóż się stało?
— Nieszczęście...
— Wypadek?
— Zdarzenie, tak, wypadek. Człowiek jest igraszką w ręku losu.
— Nie rozumiem. Może... sprzeniewierzyłeś się pan kuzynowi?
— A panie; ja jestem uczciwy z zasady, cudzego strzegę jak oka w głowie.
— Więc cóż?
— Patrz pan — rzekł wskazując ręką na willę. — Patrz pan... właśnie roleta się podnosi i przez szyby widać damę w batystach.
— Cóż, dama jak dama, młoda o ile dostrzedz mogę.
— Tak, młoda i ładna. O! podnosi rękę, z której opada batyst, śliczna ręka, istny marmur z Carrary! Patrzy na nas, a oczy ma duże, czarne jak piekło. Włosów las, falą spływają na ramiona. Ona o tem wie, nieraz rozpuści je zupełnie, jak płaszcz aksamitny i tak chodzi przed willą lub po ogrodzie. Ona to jest sprawczynią mego nieszczęścia, ale bo też i kuzyn mój. Nie pojmuję, jak mu podobna myśl do głowy przyjść mogła.
— Zakochałeś się pan?
— Jeszcze gorzej.
— To już nie wiem co mam myśleć.
— Stała się przyczyną mojej zguby, zatruła mi życie, zburzyła przyszłość...
— Któż jest dama?
— Ta dama jest małżonką pewnego handlującego, spekulanta czy przemysłowca. Nie ma dwóch miesięcy jak się pobrali. Mieszkają w Warszawie, a na lato najęli tę willę, którą pan dobrodziej chce wynająć.
— A więc ci państwo wyjeżdżają.
— Tak, panie.
— Mieszkanie niedogodne?
— Śliczne, doskonałe, cacko. Nie dlatego mówię, że należy do mego kuzyna, ale że tak jest; lepszego w okolicy nie ma.
— Jakiż tedy powód?
— Niech pan słucha. Ona ma na imię Berta, pani Berta, on pan Henryk. Zdaje się, że kochają się nawzajem i dość czule. Są bogaci, on, jak ona mówiła, robi w różnych rzeczach, głównie w wełnie. To wyrażenie nie jest wzięte z gwary andrusów. Wynajęli tę willę, sprowadzili się, było bardzo dobrze przez dwa tygodnie. On czasem wyjeżdżał do Warszawy, ale na bardzo krótko, rano dom opuszczał, wieczorem wracał. Pani Berta była zachwycona mieszkaniem, parkiem, kwiatami, wodą. Kołysała się w hamaku, używała przejażdżki wodnej łódką po rzece, chętnie zbierała kwiatki w sąsiednim lesie. Wszystko zachwycało ją, wydawała radosne okrzyki i klaskała w ręce jak małe dziecko... a ja, proszę pana postąpiłem jak idyota, jak mente captus w najprzedniejszym gatunku, teraz dopiero to widzę.
— Cóżeś pan zrobił takiego?
— Popełniłem wielki błąd. Trzeba było pójść do nich, do tych państwa i zażądać zapłaty czynszu, przy zgodzie bowiem dali tylko zadatek. Tego nie uczyniłem, żenowałem się. Ludzie bogaci, on finansista, handlujący wełną, człowiek elegancko ubrany, z łańcuszkami, pierścieniami, ona wystrojona aż szeleści, i jakże się tu takim przypominać o jakieś głupie kilkaset rubli!?
— Tymczasem zbankrutowali?
— Nie panie, zaszła innego rodzaju historya, w której i ja odegrałem pewną rolę. Stało się to przed tygodniem, właściciel tych willi, a mój kuzyn, był na miejscu, przyjechał z budowniczym, aby wybrać miejsce na nową willę, bo taka rzecz nieźle procentuje podobno... Pan Henryk ze swoją małżonką siedział przy stole na werandzie; pili wino z pomarańczami i z lodem, gdy wtem nadbiegł ze stacyi posługacz z depeszą. Nasz lokator przeczytał, i chwycił się oburącz za głowę.
— Ważnego coś było widocznie.
— Jakaś awantura z wełną w Berlinie, wzywano go, aby natychmiast przyjechał, szło bowiem o grubą spekulacyę, o tysiące. Rzeczywiście, znalazł się w dość trudnem położeniu. Z jednej strony wełna, z drugiej młoda żona; nie sposób opuścić pierwszej, nie sposób pozostawić drugiej w lesie, samotnie, gdyż inne wille nie są jeszcze zajęte. Wezwano mego kuzyna i mnie na naradę.
— Jakaż narada?... Najprościej było zabrać żonę z sobą do Berlina, a tym sposobem pogodzić jedno z drugiem.
— Kuzyn mój proponował taką kombinacyę, ale nie przyjęto jej, ponieważ pani zdawało się, że jest chora, i że tak dalekiej drogi odbyć nie będzie w stanie. Do Warszawy wracać nie miała chęci, gdyż tam w mieszkaniu nieład, rzeczy zapakowane, firanki zdjęte, wszystko przesycone przykrą wonią naftaliny. Ośmieliłem się zauważyć, że możnaby zdać wełnę na łaskę losu, na depeszę odpowiedzieć depeszą i pozostać przy żonie, ale wniosek mój oboje małżonkowie przyjęli jednomyślnie wzruszeniem ramion, a spojrzenia ich zdawały się mówić o mnie: oto człowiek, który nie ma najmniejszego wyobrażenia o wełnie.
— I na czemże ostatecznie stanęło?
— Kuzyn mój, kochany kuzynek, przeciął dyskusyę, zapewnieniem, że pani w willi najmniejsze niebezpieczeństwo nie grozi, że ja będę się nią opiekował.
— Śliczny komis.
— Wołałbym drzewo rąbać przez cały dzień... ale trudno, pani Berta zgodziła się, jej mąż nie miał nic przeciwko temu... musiałem przyjąć narzuconą mi rolę. Kuzyn uprzedził mnie, że młoda osoba posiada wykształcenie, i gustuje w rozmowie poważnej, tej pani zaś dał do zrozumienia, że ja aczkolwiek się z tem przez skromność nie wydaję, znam jednak świat, czytałem, i studyowałem trochę.
— Sądzę, że taka rekomendacya ułatwiła panu zadanie.
Suchy człowieczek machnął ręką z niechęcią.
— Są zadania — rzekł, — są zadania tak trudne, że ich nic ułatwić nie może, a do takich właśnie należało moje. Zacząłem pełnić obowiązki opiekuna zaraz tego samego wieczoru, pani albowiem zaprosiła mnie na herbatę. Była niezmiernie uprzejma, własną ręką przysuwała mi talerze, a przytem stroiła takie minki osobliwe! Nie posądzam jej o zalotność, lecz jestem przekonany, że miała chęć zabawić się moim kosztem.
— Jakto?
— A no, myślę, że chciała olśnić mnie swą pięknością i wywołać niepokój w mojej łysej głowie.
— Może pańskie przypuszczenie było błędne.
— W każdym razie bardzo prawdopodobne.
— Byłeś pan więc w niebezpieczeństwie?
— Trzymałem się odpornie.
— W jaki sposób?
— Spuszczałem oczy... patrzyłem tylko w talerz i odpowiadałem monosylabami, jak ów jegomość z dziejów Gargantui, które opisał Rabelais. Ją to niezmiernie bawiło. Nie dawała mi spokoju, pragnęła koniecznie abym mówił, mówił o przedmiotach poważnych i abym sam wybrał temat. Jakiż tu temat wybrać?
— Przecież jest tyle kwestyj. Z młodą kobietą trzeba było mówić o poezyi, sztuce, miłości.
— Być może, ale mi to na myśl nie przyszło. Teraz otworzyły mi się oczy, teraz widzę, ale w pierwszej chwili, na razie... Namyślałem się, i ogarniała mnie rozpacz, bo ostatecznie, skoro kazano mi bawić damę, to trzeba ją bawić, a kiedy dama życzy sobie rozmowy poważnej i pouczającej, to należy życzenie jej spełnić. Nareszcie wzrok mój padł na ciastka kremowe, leżące na tacy, i przez jakąś niewytłómaczoną assocyacyę dźwięków, przyszła mi na myśl... kremacya. Postanowiłem zacząć rozmowę o paleniu zwłok.
— Także temat!
— Nie zaprzeczy pan, że poważny, zajmował się nim świat uczony nie jednokrotnie.
— Jakże pan zacząłeś? Z jakiego punktu wyszedłeś? Czy wprost od kremu?
— Zacząłem porządnie, od początku; o sposobach grzebania lub niszczenia zwłok u różnych ludów; o grzebaniu, chowaniu w pieczarach, o rzucaniu szczątków ludzkich na pastwę sępów, o balsamowaniu ciał, o mumiach, o paleniu na stosach i tak stopniowo, przechodząc od wieku do wieku, od kraju do kraju, doprowadziłem ją aż do najnowszego (jeżeli wogóle może być na świecie co nowego), sposobu uprzątania szczątków ludzkich, mianowicie do kremacyi zwłok w specyalnie na ten cel urządzonych piecach. Dowodziłem, że rozkład organicznych resztek człowieka, doczesnej jego powłoki, już pozbawionej duszy, nie jest czem innem, tylko powolnem spaleniem się tych szczątków, piec kremacyjny wyręcza niejako naturę, to co ona dokonywa powoli, on działa szybko, na co ona potrzebuje lat, on robi w ciągu dwóch godzin.
— I zajmowała rozmowa panią Bertę?
— Zdawało mi się, że bardzo, albowiem kilkakrotnie poruszyła się na krześle, a oczy jej, te duże, czarne oczy zrobiły się ogromne, i patrzyły na mnie, jak mniemałem, z wielką uwagą i zajęciem. To właśnie stało się dla mnie bodźcem, zachętą do wszechstronnego przedstawienia kwestyi. Stałem się wymownym, opowiadałem jaka to może być pociecha dla żony opłakującej zgasłego w kwiecie wieku małżonka, mieć w salonie, czy też w buduarze, woreczek jego popiołów, od czasu do czasu spojrzeć na nie, i pomyśleć, że ukochana istota, jest blizko, obok, że możemy ją mieć zawsze przy sobie, nawet w podróży, gdyż to nie cięży. Małżonek żyjący waży od dwustu do dwustu pięćdziesięciu funtów, a jego spopielone szczątki najwyżej dwa. Zresztą nie koniecznie trzeba nosić z sobą całość, można wziąść odrobinkę, szczyptę i umieścić w bransoletce lub medalionie.
— Czy podzielała pańskie zdanie?
— Nie wiem, ale oczy jej robiły się coraz większe, zaczęła uskarżać się na ból głowy, i dała do zrozumienia, że byłoby lepiej, gdyby była pojechała z mężem do Berlina. Nie zaniedbałem nadmienić, że tam właśnie miałaby sposobność zobaczenia pieca kremacyjnego. Zauważyłem, że spogląda na zegar, wstałem więc, ukłoniłem się, i złożywszy życzenia dobrej nocy, zabrałem się do wyjścia. Prosiła, żeby przez całą noc na werandzie paliły się dwie latarnie, żeby brama była zamknięta, psy spuszczone z łańcucha, i żeby stróż czuwał na dziedzińcu do białego dnia. Przyrzekłem, że polecenia te będą wykonane najakuratniej, i że ja także spać się nie położę, lecz przepędzę noc w ogrodzie, aby suma czynników bezpieczeństwa była możliwie największa. Przyjęła to z wdzięcznym uśmiechem, dodawszy, że będzie to z mojej strony poświęcenie prawdziwie rycerskie. Użyła tego wyrazu.
— I rzeczywiście czuwałeś pan przez całą noc?
— Jak najsumienniej, aż do wschodu słońca; nie chciało mi się spać — miałem dość do myślenia. Cieszyło mnie odkrycie, że bawienie dam nie jest tak trudnem zadaniem, jak mi się zdawało; cieszyło spostrzeżenie, że i ja do pewnego stopnia tę sztukę potrafię, a pragnąłem też ułożyć projekt zajmujących dyskusyj na dzień jutrzejszy i następne, do czasu powrotu szanownego małżonka. Pokazuje się panie, że najtrudniej zacząć; najrozmaitsze tematy pchały mi się do głowy — istny tłum pomysłów! Z radości zacząłem śpiewać, a trzeba panu wiedzieć, że pomimo szczupłej korpulencyi i niewielkiego wzrostu, mam piękny, nizki głos basowy. Śpiewałem swego czasu z Niemcami w przyjacielskich kółkach, śpiewałem w chórach, a nawet i solo. Lubię, to i mam ulubione swoje melodye.
— A cóż pan śpiewałeś owej nocy?
— Pieśń grabarzy z „Hamleta,” prześliczny kawałek! Oczywiście w blizkości willi modulowałem głos, aby nie przebudzić pani Berty, ale oddaliwszy się, za ogrodem, na łące pod lasem, śpiewałem pełną piersią, a pieśń rozbrzmiewała po rosie. Dodać należy, że noc była wyjątkowo piękna, księżycowa, drzewa wydawały się jak olbrzymy bajeczne, kąpiące się w potokach łagodnego światła.
— Poeta z pana.
— Biedny człowiek jestem, panie dobrodzieju. Cieszyłem się jak dzieciak, na myśl, że tak pięknie wywiązuję się z zadania, a tymczasem... Opowieść moja dobiega do kresu. Na drugi dzień rolety w willi podniosły się dopiero koło południa, i usłyszałem przypadkowo, jak pokojówka pani Berty mówiła do stróża, że jej chlebodawczyni wstała w jak najgorszym humorze, że jest zła, ma zaczerwienione oczy, i o lada bagatelę wybucha gniewem... Ha, cóż mi tam do tego. Zła czy nie zła, to mi wszystko jedno; ja obowiązek swój pełnię. Pilnuję ją jak oka w głowie, zechce żebym ją bawił, będę bawił; każe sobie towarzyszyć na spacer — pójdę. Do miasteczka nie zrobię ani kroku, żeby być na miejscu, na każde zawołanie. Obowiązek jest obowiązkiem, a skoro się podjąłem, to trzeba spełnić, choćby to nie sprawiało wielkiej przyjemności.
— Oczywiście.
— Około godziny drugiej, pani była już na werendzie; przechodzę tamtędy, kłaniam się — kiwa głową. Bardzo dobrze — idę dalej. Zatrzymuje mnie; jest w usposobieniu kwaskowatem, mówi, że jej się nudzi, że chciałaby co czytać... Czy nie możnaby dostać książek? Trudno, ja mam kilka łacińskich z dawnych czasów, ale pani łaciny nie rozumie. U aptekarza widziałem przed tygodniem bardzo zajmującą broszurę o kwasie karbolowym, wątpię jednak, czy to będzie dość ciekawa lektura, chyba pojadę do Warszawy, i przywiozę co pani każe. Odpowiada, że byłoby to dobrze, lecz obawia się pozostać samą, na opiece stróża i służby, woli żeby czuwał nad jej bezpieczeństwem człowiek inteligentny. I to racya; ale kwestya nudów pozostaje otwartą, proponuję grę w szachy, jako zabawę bardzo zajmującą i umysłową, pokazuje się, że pani Berta nie może rozróżnić laufra od królowej. Cóż robić? Siadać na werendzie i rozmawiać. Tym razem już nie szukam tematu na stole, nie wyprowadzam kremacyi z kremu, ale zaczynam ex-abrupto, o wadliwem urządzeniu szpitali, i o epidemiach, a że niedawno mieliśmy cholerę, więc o niej. Jest to przedmiot interesujący każdego inteligentnego człowieka, a doświadczenie smutne przekonało nas, jak mało przygotowani jesteśmy na przyjęcie nieproszonego gościa, który tak straszny jest dla nieostrożnych i nieprzewidujących. Niech pan dobrodziej sam powie, czy to nie jest kwestya żywotna, interesująca? Dzieła i broszury o niej ludzie pisali.
— Rzeczywiście.
— Pragnąc uplastycznić niezaradność ludności, wobec ewentualnego wroga, przedstawiłem w dość wymowny sposób obraz naszego sąsiedniego miasteczka, jego brud, niechlujstwo, ciemnotę mieszkańców, niechęć wypełniania poleceń sanitarnych, mających ich dobro na celu — i opierając się na tem wszystkiem, przyszedłem do wniosku, że gdyby ta epidemia zawitała do nas podczas upałów, to żniwo jej byłoby rzeczywiście straszne. Dodałem, że ewentualność pojawienia się cholery nie jest bynajmniej wykluczona, że w Mekce, oraz nad Gangesem istnieją stałe jej źródła, z których, przy łatwości komunikacyi, przy ciągłych stosunkach międzynarodowych, zaraza, pomimo kwarantann i wszelkich środków ostrożności, może się bardzo łatwo dostać do Europy, i do nas, a skoro tu przyjdzie, to wypędzić się nie da tak prędko.
— I ten dyskurs podobał się pani?
— Na razie zdawało mi się, że bardzo, ale panie dobrodzieju, kobieta co innego myśli, co innego mówi, a co innego robi. Jest to, jak ktoś słusznie powiedział: sfinks, zagadka. Zaprosiła mnie na obiad, ale sama prawie nic nie jadła, uskarżała się na nudności, i zdawało jej się, że czuje dokoła siebie woń karbolu. Było to złudzenie, albowiem w całej willi i we wszystkich naszych willach karbolu nie mamy. Czuć tylko trochę świeże malowanie, ale to przecież nie karbol, tylko pokost. Zresztą tyle kwiatów dokoła. Zapachy dostarczyły nam nowego tematu do rozmowy, zacząłem o fabrykacyi perfum, i opowiedziałem, z jakich szkaradnych odpadków robią się przedziwne essencye i ess-bouquety, i jakie szczególne metamorfozy sprawia chemia. Piękna pani zaczęła się uskarżać na ból głowy — opuściłem ją więc. Wieczorem dopiero wyszła do ogrodu, czas był piękny, również jak poprzedniego dnia, słońce schowało się za las, księżyc nie wszedł jeszcze na horyzont. Ziemię obejmował zmrok, w górze błyszczały gwiazdki. Zdawało mi się, że taki czas, taka nawpół uśpiona natura, usposabia do marzeń, do myślenia o wielkiej zagadce życia, o światach pozagrobowych, nieznanych, a przez to dla każdej myślącej jednostki tak ciekawych. Co tam wysoko, na Marsie, na Jowiszu, na Saturnie? czy mieszkają tam ludzie? czy duchy naszych poprzedników wyzwolone z ciała, swobodne, lekkie jak eter, uciekają z ziemi w te nietylko okiem, ale nawet myślą niezmierzone przestrzenie, czy zaczynają tam nowe życie? No, chyba tego przedmiotu do rozmowy pan nie zgani?
— Owszem, przyznaję, że jest bardzo zajmujący.
— I właściwy dla młodej, myślącej kobiety?
— Najwłaściwszy.
— A jednak panie, to była kropla, która przepełniła miarę mego nieszczęścia.
— Co pan mówisz?
— Tak, tak. Chodziliśmy długo po ogrodzie, rozmawiając o gwiazdach i o duchach. Wysypywałem przed nią niby z worka wszystkie nagromadzone bezładnie w mojej głowie wiadomości dotyczące tego przedmiotu, dotknąłem zlekka różnych religii i wierzeń, wspomniałem o metampsychozie indyjskiej, dodając, że i nasi zacofani żydzi wierzą w przechodzenie dusz ludzkich w zwierzęta, a nawet w przedmioty martwe i że taka wędrówka pośmiertna nazywa się „giłguł.” Gdy wymówiłem ten wyraz, w moją pannę jakby piorun strzelił. Rzekła wyniośle, że obejdzie się bez mego towarzystwa, że nie może znosić antysemitów, ponieważ są to ludzie bez czci i wiary, i że wyprowadzi się natychmiast z willi, w której zamiast przyjemności i wypoczynku znajduje złe wychowanie, niegrzeczność i przewrotne zasady. Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, dopiero po chwili namysłu, zapytałem w czem dostrzegła antysemityzm, kiedy nie mówiliśmy wcale o tym przedmiocie. Odrzekła, że wogóle zna się na aluzyach, zwłaszcza tak przezroczystych jak moje.
— Więc ta pani jest filosemitka?
— Pokazuje się, że semitka, ale daję panu dobrodziejowi uczciwe słowo, że ja o tem nic nie wiedziałem. Piękna pani, to piękna pani; cóż mi do tego, w co wierzy, i zkąd pochodzi.
— Zapewne.
— Zaczęło się piekło.
— Pod jakim względem?
— Piękność wpadła do willi jak uragan, napisała list, pokojówka z tym listem nocnym pociągiem pojechała do Warszawy.
— Do kogo?
— Do mego kuzyna, właściciela willi.
— Nie rozumiem.
— Zaraz się pan dowie. Dziś o godzinie dziesiątej zrana przyjechał mój kuzyn. Wpadł tu, do mnie, zły i rozgoryczony. „Żeś włóczył moje nazwisko po knajpach, zawołał, to znosiłem, choć mi było ciężko i boleśnie, ale gdy roznosisz moje dochody, tak jak wiatr roznosi piasek po polu, tego nie wytrzymam, to już nad moje siły. Masz! czytaj...” to rzekłszy rzucił na stół list.
— Od pani Berty?!
— Tak.
— Cóż w nim było?
— Najgorsze zarzuty: że straszyłem ją śmiercią i opowiadaniem o grzebaniu i paleniu zwłok, że przez całą noc śpiewałem jakieś przerażające, pogrzebowe melodye, że uprzedziłem ją, iż w tym roku będzie w najbliższem miasteczku i okolicy straszliwa cholera, co ją naraziło na nudności i boleści, że opowiadałem jej o fabrykacyi perfum niedorzeczności wywołujące ból głowy, że nareszcie szydziłem z jej pochodzenia, mówiąc o duszach przechodzących w konia, kozę lub kurę. Że na skutek tego willa jej obrzydła, że wyprowadza się natychmiast, nie czekając powrotu męża z Berlina.
— Ależ czy to są powody do opuszczenia mieszkania.
— Według tej pani, są.
— Kuzyn pański mógł im wytoczyć proces, i drogą prawną zmusić do zapłaty komornego.
— Nie mógł.
— Dlaczego?... przepraszam.
— Dlatego, że z mężem pani Berty łączą go jakieś stosunki, których zrywać nie chce i nie może. Pieniężnicy mają różne między sobą relacye.
— I na czem się skończyło?
— Jak najfatalniej dla mnie. Piękna pani spakowała swoje walizy, z których ośmnaście już odesłano na stacyę, a siedm czeka swojej kolei, mieszkanie nie wynajęte, a kuzyn zapowiedział mi, że jeżeli w przeciągu trzech dni nie znajdę lokatora, to żebym się wynosił ztąd, i szedł w świat, gdzie mi się podoba. Takie to są opłakane skutki bawienia dam. Nie taję, że jedyna moja nadzieja w panu. Zamiast brać lokal w tamtej willi, o którym ogłaszaliśmy, niech pan weźmie ten... po dumnej piękności, a ocali pan tym sposobem człowieka, nie tyle winnego, ile nieszczęśliwego.
— A no, zobaczymy... chodźmy obejrzeć willę.
— Chodźmy — rzekł suchy człowieczek, któremu błysnął różowy promyk nadziei.
Pani Berta, wybrana już do drogi, pozwoliła obejrzeć lokal, tranzakcya przyszła do skutku... rządca był uszczęśliwiony.
— Dziękuję panu — mówił, — serdecznie dziękuję... już nie jestem młody, nie chciałoby mi się włóczyć po świecie, szukać kawałka chleba i dachu nad głową, a tu mi dobrze i spokojnie. Wdzięczność moja dla pana nie ma granic; będę w dalszym ciągu pilnował tych domków, reformował niekiedy świat z aptekarzem, filozofował trochę, i grywał w szachy z Kielmanem, będę słuchał szerokich projektów byłego nauczyciela elementarnego, i tak dowegetuję do końca.
Rządca odprowadził nowego lokatora do stacyi kolejowej, gdy byli już blizko niej, zatrzymał się na chwilę i rzekł:
— Jeszcze słówko.
— Co pan każe?
— Zrobiłem w tej chwili ważne postanowienie, zobowiązanie, ślub, i chciałbym mu nadać dla większej mocy, formę jaknajbardziej uroczystą.
— Jakto?
— Chcę wobec pana wykonać przysięgę, chcę żebyś pan był świadkiem mego zaklęcia, żebym, jeżeliby kiedy przyszła myśl złamania tego słowa, przypomniał sobie pana, zawstydził się sam przed sobą, i cofnął w porę.
— O cóż idzie?
Mały człowieczek podniósł rękę i rzekł uroczystym głosem:
— Ja Sylwester X. przysięgam uroczyście, że nigdy w życiu, ani z własnej woli, ani na czyjekolwiek prośby lub żądanie, ani z konieczności, ani nawet pod grozą przymusu, dam bawić nie będę.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.