Przypadki Robinsona Kruzoe/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Zagroda z opuncyi.
XXIII.
Ogrodzenie dla kóz — opuncye — rocznica przybycia na wyspę — jak ten dzień przepędziłem — rozmyślania nad upłynionym rokiem — modlitwa.

Nazajutrz rano siedziałem parę godzin pogrążony w myślach, z czego zrobić dla mych kóz ogrodzenie. Najlepszy byłby bambus, lecz najprzód rosł bardzo daleko, a powtóre nóż mój stępiał bardzo, a nie chciałem go zbyt często ostrzyć aby się za prędko nie zużył: wreszcie ścinanie bambusów było rzeczą mozolną, podczas budowania letniego mieszkania poodgniatałem sobie skórę na dłoni, i przez parę dni cierpiałem z tego powodu.
Przeleciało mi przez głowę żeby zrobić ogrodzenie z kamieni, lecz myśl ta była tak niedorzeczną, że ją natychmiast porzuciłem. Ogrodzenie powinno było obejmować przestrzeń przynajmniéj parę morgów zajmującą. Trzeba więc było ułożyć parkan z kamieni, przynajmniéj 300 sążni długi, a znoszenie i układanie, wymagałoby najmniéj dwóch lat pracy.
Nareszcie przyszedłem na pomysł oszczędzający mi czasu i pracy. W pobliżu mego mieszkania rosło mnóstwo opuncyi[1], kolczastych roślin, dochodzących nieraz do ośmiu stóp wysokości. Roślina ta podobna do kaktusu, mnożyła się i rosła prędko; silne kolce przez taki żywy płot nie pozwoliłyby umknąć kozom. Zamiast jednak zakładać ogrodzenie na otwartém polu, postanowiłem przeprowadzić je około skalistéj ściany półokręgiem, tak żeby dwoma końcami dotykały skał.
Natychmiast zaznaczyłem kamykami okręg i wziąłem się do poruszenia ziemi. Grunt był w tém miejscu pulchny, robota więc szła łatwo. Po skopaniu kawałka zasadzałem go zaraz opuncyami. Znoszenie tylko tych kolczatych roślin, kosztowało mię nie tyle zachodu ile zadraśnień, bo ostre ciernie kłuły mi ręce i plecy. Aby tego uniknąć, zrobiłem rodzaj sanek z gałęzi, nakładałem na nie wykopane rośliny, i przywłóczyłem do miejsca naznaczonego. Tym sposobem co dzień 6 do 8 sążni bieżących zasadzało się żywym płotem, a ponieważ dwustu sążni długości nie przechodził, więc w przeciągu miesiąca skończyłem zagrodę.
Mimo to kozy trzymałem wciąż zamknięte w oborze, znosząc im trawę; przykrzyło się biednym zwierzętom, lecz nie mógłem ich dotąd wypuszczać, dopóki się nie przyjęły rośliny. Ma się rozumieć, że stajenka znajdowała się wewnątrz zagrodzenia.
Podczas roboty upały były wielkie, tak iż musiałem zdjąć zajęcze ubranie, a przywdziać dawne. Zresztą téż i to nowe tak się podterało, że trzeba było pomyśleć o inném.
Razu jednego licząc kreski na moim kalendarzu, narachowałem ich 365, a ponieważ był rok przestępny, zawierający 366 dni, a zatém jutro wypadała rocznica przybycia mego na wyspę, czyli dzień: 23 Września 1660 roku.
Postanowiłem uroczyście go obchodzić, a porzuciwszy wszelkie zatrudnienie, poświęcić go rozmyślaniu. Przysposobiłem trawy dla kóz, aby jutro i tém sobie nie rozrywać uwagi.
W jakiém uczuciu obudziłem się drugiego dnia, ten tylko pojmie, co oddalony od rodzinnéj ziemi, od ukochanych rodziców i krewnych w smutku i samotności dni przepędza.

Przypadki Robinsona Kruzoe page 0008.jpg

Od ranka nie wziąłem wcale w usta pokarmu, postanowiwszy pościć dzień cały; na pamiątkę okropnych chwil rozbicia, na podziękowanie Stwórcy za cudowny ratunek.
Potém udałem się do méj świątyni, i tam u stóp Krzyża długo, długo modliłem się ze łzami, korząc się przed Panem Wszechświatów i zalewając się łzami na wspomnienie wszystkich doznanych przygód, przedstawiając sobie przed oczy moje dawniejsze bezbożne życie, i ten ogrom łask, jakie Bóg zesłał na mém wygnaniu. Następnie usiadłszy na ławce kamiennéj, począłem przypominać wszystko co mię spotkało od opuszczenia domu rodzicielskiego.
Dostałem się do niewoli w Sale 23 września i morze wyrzuciło mię na wyspę w tymże samym dniu. Byłto więc dzień jakiś fatalny, czyli jak starzy ludzie nazywają feralny dla mnie. Zdawało się, że przez dopuszczanie nieszczęść na mnie w dniu potajemnéj ucieczki z domu kochanych rodziców, Bóg chciał wyraźnie mi okazać, iż karze mię za nieposłuszeństwo.
W pierwszych miesiącach mego wygnania, nieraz z niecierpliwości i tęsknoty bluźniłem Stwórcy, ale jeżeli mię jakie pomyślne spotkało zdarzenie, nie pomyślałem wcale, aby podziękować Opatrzności za nią. Żyłem jak bydlę, nie myśląc jak tylko o zaspokojeniu zwierzęcych potrzeb, a nigdy pozioma myśl nie wzniosła się do Pana nad pany.
Tymczasem przyciśniętemu ciężką niemocą, zesłał najmiłosierniejszy Ojciec cudowny że tak powiem sen, który mię nawrócił i w innego przemienił człowieka.
Dzisiaj spokojnie spoglądam w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; dziś w każdym wypadku szukam dobréj strony, i wszystko przyjmuję w pokorze co Bóg na mnie zeszle. Nie narzekam na brak rozmaitych potrzeb do uprzyjemnienia życia niezbędnych, ale dziękuję za to co mi Opatrzność mieć dozwoliła.
Co dzień wstając i kładąc się spać dziękuję Panu memu za moje położenie, za wytrwałość w znoszeniu niewygód i natchnienie do pokonywania rozmaitych trudności, i nieraz myślę o tém, że jest bardzo wielu ludzi, którzy doświadczywszy jakiejś przeciwności, wyrzekają z płaczem: O Boże, czyż może być kto nieszczęśliwszym odemnie! A jednakże gdyby porównali los swój z nieszczęściami i przeciwnościami tysiąca bliźnich swoich, gdyby rozważyli coby się działo z niemi, jeżeliby podobało się Opatrzności wtrącić ich w takie położenie, zaręczam że przestaliby narzekać na swą niedolę, z bojaźni aby Bóg w gorszą ich nie wtrącił.
Życie moje, kiedym się dobrze nad niém zastanowił, nie było tak opłakaném, jakby się to niejednemu czytelnikowi wydawać mogło; czyż nie zasłużyłem na daleko gorsze położenie? Wychowany w domu rodzicielskim w zasadach religii i moralności, uczony bojaźni Bożéj i wypełniania obowiązków względem bliźnich, jakież prowadziłem życie wyszedłszy w świat? Czyż żyjąc pomiędzy marynarzami aby raz zwróciłem myśl ku Bogu? czyż trudniąc się plantatorstwem, dziękowałem Stwórcy za urodzaje, lub o błogosławieństwo prosiłem? Czyż aby raz ukorzyłem się przed Sędzią sprawiedliwym, prosząc o przebaczenie popełnionych błędów?
Łaski doznane od Boga, niemal cudowne, jak np. ucieczka z maurytańskiéj niewoli, przyjęcie przez kapitana portugalskiego, ocalenie życia, wtenczas kiedy wszyscy moi towarzysze zginęli; zresztą świetne powodzenie w pierwszéj podróży do Gwinei i podobnież w Brazylii, czyż powtarzam te łaski wywołały z ust moich choćby te słów parę: „Dzięki Ci Boże!“ Wspominałem wprawdzie Twe święte Imię, ale tylko w strachu, gdy zagrożony utratą życia, wołałem: „O mój Boże! ratuj mię!“ lecz gdy niebezpieczeństwo przeminęło, ani pomyślałem, że mię Bóg ocalił.
Od czasu mego snu i nawrócenia się, wspomnienie dawnego życia ciążyło mi okropnie i nieraz drżałem na myśl, że Bóg jeszcze bardziéj ukarać mię może. Ale gdy rozważyłem jak Stwórca z nieograniczoną dobrocią, na którą nie zasłużyłem wcale, wspierał mię na każdym kroku i zamiast ukarania, wciąż nowemi obdarzał łaskami; naówczas nabierałem otuchy i nadziei, że może zdołam przebłagać sprawiedliwość Sędziego, że może raczy przebaczyć skruszonemu sercu i serdecznemu żalowi, i swego nie odmówi miłosierdzia.
— Boże! — zawołałem rozważywszy to wszystko, — jakże dobrym jesteś, żeś mnie grzesznego nietylko nie ukarał, ale ocaliwszy życie, karmisz mię tutaj niemal tak cudownie, jak twego proroka Eliasza na pustyni żywiłeś przez kruka. Cuda tylko Twéj opatrzności utrzymują mię przy życiu. Jestem pewny, że gdyby mię bałwany morskie wyrzuciły na jakikolwiek ląd na całym świecie, nigdzie nie znalazłbym takiego, któryby obfitował we wszystko jak moja wyspa! Prawda że jestem pozbawionym towarzystwa ludzi, i żyję w samotności, ale téż za to nie czyha na mnie żaden zwierz żarłoczny, ani węże jadowite nie goszczą w téj błogosławionéj krainie; żadna trująca roślina nie dotknęła dotąd ust moich, ani téż nie napotkałem dzikich ludzi, którzyby mię mogli okrutnie zamordować. Wszystko to przekonywa mię o dobroci Twéj i opiece jaką mnie otaczasz! jakże Ci za to podziękować zdołam, nędzny człowiek, nie mający Ci nic Boże mój ofiarować? O najłaskawszy Panie! racz przyjąć łzy moje, niech one okupią dawniejsze błędy, a nie opuszczaj mię nadal z Twéj ojcowskiéj opieki i racz zawsze wspomagać łaską Twoją, ażebym w dobrem wytrwał i zawsze na Twoje miłosierdzie zasługiwał.
Modlitwa ta napełniła mię niewymowną słodyczą, i nabrałem serca do znoszenia przeciwności, i gdyby mi nawet było objawioném że do śmierci w téj pustyni zostanę, nie sarkałbym przeciwko woli Opatrzności.
Wieczorem odchodząc od krzyża ustrojonego w najpiękniejsze kwieciste wieńce, czułem w sercu tęsknotę, jak gdybym się z objęć rodzicielskich wydzierał. Nawróciłem raz jeszcze i klęknąwszy, modliłem się długo nie za siebie, ale prosząc Boga o zdrowie, długie życie, i pocieszenie moich osieroconych rodziców.
Tak zakończył się dzień pierwszéj rocznicy mego wygnania.



Przypisy

  1. Opuncya należy do kaktusowatych, a w Ameryce dla kolczastych liści używaną bywa na żywopłoty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.