Przypadki Robinsona Kruzoe/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXII.
Zbiór i siew — żniwo zawiedzione — kosz i buty — wycieczka w głąb wyspy — czarowna dolina — pałac letni — melony — zabłąkanie się — bawełna — niespodziewany przyrost inwentarza.

Podczas tych zatrudnień zaglądałem do kłosów jęczmienia wzrastającego na brzegu morskim, nie mogąc doczekać ich dojrzenia. Zapewne sądzisz czytelniku, że miałem ochotę zrobić z ziarna jaką potrawę, bynajmniéj; chodziło mi o rozmnożenie tego użytecznego zboża na mojéj wyspie. I dlatego téż gdy dojrzały, ściąłem je nożem i zaniosłem do domu; po wykruszeniu było przeszło półtoréj kwarty jęczmienia. Mając oddawna obrane miejsce w pobliżu jaskini, skopałem je moją motyczką i zasiałem połowę zboża, zachowując drugą na przypadek nieurodzaju.
Przezorność ta wyszła mi na dobre, gdyż jako niedoświadczony rolnik nie wiedziałem, że siew należy przedsiębrać po przeminięciu pory deszczowéj, a to już większa połowa lata upłynęła. Zasiany jęczmień wypaliło słońce, a choćby był wzrosł jak należy, kłosy nie miałyby czasu dojrzeć, tym sposobem cały zbiór przepadł.
Wtedy dopiero przypomniałem sobie, że w Brazylii ani tytuniu nie sieją, ani nie sadzą trzciny cukrowéj w lecie. Nauczka ta posłużyła mi na przyszłość, czekałem więc z resztą zasiewu do przeminienia pory deszczowéj, mającéj już wkrótce nastąpić.
Parę odkryć w ostatnich czasach dokonanych, mianowicie téż sól i pataty, nakłoniły mię do przedsięwzięcia podróży na większą skalę, w celu dokładnego poznania całéj wyspy; postanowiłem więc korzystać ze schyłku lata, i zapuścić się jak będzie można najdaléj.
Przed rozpoczęciem podróży użyłem kilku dni na uplecenie kosza, mającego mi służyć zamiast tłomoczka do zbierania różnych znajdowanych przedmiotów. Robota ta nadspodziewanie poszła szybko i udatnie, tak iż miałem spory kosz plecny, do którego przyprawiłem szerokie szelki z włókien bananowych.
Następnie zająłem się obuwiem. Moje łapcie łykowe dawno się już podarły i znosiłem ze dwie pary innych, trzeba było użyć trwalszego materyału. Skóry kozie jako tako wyprawne, posłużyły mi na ten cel wybornie. Wykroiłem z nich przyszwy z wysokiemi cholewami, a podeszwę dałem z grzbietu podwójnie złożonego. Pomiędzy te dwie skóry włożyłem podeszwę z grubego łyka, ażeby kamienie i ciernie nóg mi nie kaleczyły; zamiast zaś dratwy, posłużyły struny z kiszek zwierzęcych ukręconych. W ten sposób udało mi się sporządzić buty nadzwyczaj niezgrabne, ale cieszyłem się niemi jak mały chłopiec, gdy go rodzice pierwszemi butami obdarzą.
Wyekwipowany i uzbrojony już zabierałem się do wyjścia, gdy wtém przyszło mi na myśl, że przez czas mojéj nieobecności, kozy zamknięte pozdychają z głodu, albo téż pouciekają do lasu, jeżeli je na wolności zostawię.
Nowy kłopot i zwłoka w wycieczce. Przez dwa tygodnie blisko zbierałem po całych dniach siano i suszyłem dla moich żywicielek. Nareszcie zgromadziłem dwa duże stogi wewnątrz zagrody kamiennéj, i tam téż z wielkim trudem umieściwszy kozy, mogłem puścić się w drogę. Napoju miały podostatkiem w pobliskiém źródełku.
Podróż rozpocząłem idąc w górę strumienia przerzynającego moją dolinę. Ciągnął się on dosyć daleko w głąb wyspy, przechodząc to przez lasy, to znowu przez ładne łąki i równiny, w niektórych miejscach pędził z szumem, w innych płynął bardzo wolno, i rozlewał się w różnéj wielkości jeziorka. Obadwa brzegi okrywała bujna roślinność; napotkałem dziki tytuń, ale krzew ten na nic mi się przydać nie mógł. Znużony drogą, uszedłszy przeszło dwie mile, przenocowałem na drzewie.
Na drugi dzień wszedłem w obszerne lasy, których olbrzymie drzewa zasłaniały mi niebo. Cisza tu panowała niezmierna, zdawało się że wszystkie zwierzęta pierzchły z téj posępnéj i głuchéj puszczy. Lękałem się napotkać jadowitych wężów, zwykle w takich miejscach przebywających, na szczęście jednak nie widziałem ich wcale.
Spiesznie o ile można przebywałem las, ażeby jak najprędzéj wydostać się na pole. Po za lasem ciągnęła się piękna dolina, z północy dotykająca boru; od wschodu i zachodu otaczały ją wzgórza skaliste, od południa zasłaniały znacznéj wysokości góry. Długość jéj mogła wynosić milę, szerokość nieco więcéj pół mili angielskiéj[1].
Pyszna zieloność trawy zaściełającéj dolinę nadobnym kobiercem, nadzwyczajnie mię zachwyciła. Tu i owdzie rosły gaiki palm kokosowych, urozmaicając okolicę, z boku zaś błękitna wstęga czystéj jak kryształ rzeczki, dopełniała piękności tego miłego ustronia. Dodajmy do tego, że góry zasłaniające je od południa, łagodziły skwar klimatu, nie dopuszczając gorącego wiatru z południa.
Pół dnia przepędziłem w tém miejscu, zwiedzając we wszystkich kierunkach rozkoszną dolinę. Zdawało mi się że jestem w jakimś przepysznym ogrodzie. Dlaczegoż nie znalazłem jéj zaraz po moim przybyciu na wyspę i nie obrałem tutaj mieszkania.
Zachwycenie moje jeszcze się powiększyło, gdy w jedném miejscu znalazłem dużo dzikich melonów. Były one wprawdzie kwaskowe, ale przez przesadzenie i pielęgnowanie, mogły nabrać właściwego i przyjemnego smaku, urwałem parę i wrzuciłem do kosza.
Noc przepędziłem na stroméj skale, zabezpieczającéj mię od napadu drapieżnych zwierząt. Lecz powiedziawszy prawdę, nie bałem się ich zupełnie, bo nie widziałem dotąd ani jednego.
Nazajutrz zamiast iść daléj, zacząłem się namyślać, czyby nie lepiéj było przenieść się tutaj ze wszystkiemi bogactwami; ale zastanowienie iż ztąd morza wcale nie widać, nakłoniło mię do pozostania przy moim warownym zamku. Tutaj bowiem mieszkając lat kilkanaście, nie ujrzałbym pewnie okrętu mogącego wybawić mię z wyspy.
Jednakże po długiéj rozwadze, przyszło mi na myśl zrobić tutaj letnie mieszkanie, i czasami dla urozmaicenia bawić czas niejaki. Mają królowie letnie rezydencye, magnaci wille, dlaczegóżbyś ty panie Robinsonie, jedyny władzco téj pięknéj wyspy, nie miał sobie założyć letniego pałacu.
Nie zwłócząc długo, wziąłem się do ścinania bambusów, a nagromadziwszy potrzebną ilość materyału, zbudowałem chatkę podobną nieco do zagrody dla kóz zrobionéj. Żerdki bambusowe wkopywałem w ziemię, o cztery cale jedną od drugiéj w czworobok. Ściany poprzeplatałem chrustem, a dach pokryłem liściem kokosowym; ażeby zaś kozy, albo inne zwierzęta nie dostały się do méj chaty, ogrodziłem ją parkanem z żerdek. Robota ta zbawiła mię blisko dwóch tygodni.
Wielki był czas do powrotu. Co téż tam biedne moje kozy porabiają, może im siana nie starczyło i pozdychały z głodu. Myśl ta dreszczem mię przeniknęła. Porzuciłem więc czarowną dolinę i puściłem się ku domowi. Przed odejściem jednak na wzgórzu, z którego było widać morze ułożyłem stos kamieni, jako znak dokąd na wycieczce zaszedłem, ażebym późniéj mógł rozpoznać to miejsce, jeżeli z innéj strony zapuszczę się na wędrówkę po wyspie.
Zaledwie wszedłem do lasu, gdy niebo zachmurzyło się i deszcz począł padać. Przez trzy godziny przeszło siedziałem w wnętrzu wypróchniałego drzewa, chroniąc się przed burzą. Ale i przez ten czas nie próżnowałem, zbierając próchno drzewne, obficie tu znajdujące się, a mogące mi posłużyć do rozniecenia ognia.
Po ustaniu deszczu, opuściwszy mą kryjówkę, znalazłem się w nader przykrém położeniu. Słońce ukryło się za chmurami, a ja zupełnie zapomniałem w którą stronę iść należy, ani rozpoznać mogłem zkąd przyszedłem. Trzeba było puścić się na los szczęścia. Kilka godzin przeszło na daremném błąkaniu się po lesie, nareszcie ściemniło się ze wszystkiém, i musiałem znowu na drzewie szukać noclegu.
To mię zaniepokoiło niezmiernie, w takiéj gęstwinie można i tydzień błądzić, a tymczasem w domu wszystko zmarnieje. Nakoniec przypomniałem sobie że ktoś opowiadał mi przed laty, że drzewa w lasach zwykle z północnéj strony porastają mchem. Zacząłem pilnie przypatrywać się pniom, i w istocie po jednéj stronie obfitowały w porosty; a ponieważ zamek mój leżał na południu, należało więc iść w przeciwnym kierunku, co téż uczyniłem.
Po całodziennéj prawie wędrówce, rozpoczętéj na drugi dzień, wyszedłem nakoniec z lasu. Niechaj się nikt nie dziwi, że pochód mój tak trwał długo, albo nie myśli, że bór był bardzo obszerny. Przeciwnie, długość odbytéj drogi nie wynosiła więcéj jak sześć mil, ale kto nie przebywał lasów podzwrotnikowych, ten nie ma wyobrażenia, jak mozolnym jest pochód w tych nieprzebytych zaroślach; dlatego téż szedłem bardzo powoli, z mozołem torując sobie drogę nożem, wśród sieci lian i innych powojowatych roślin, zarastających na każdym kroku przejście.
Miejsce na które wydostałem się z lasu, było wybrzeżem morskiém, wcale mi nie znaném. I tu znowu zaskoczyła mię niewiadomość w którą stronę obrócić kroki wypada, ażeby dostać się do domu.
Zdawało mi się że trzeba puścić się ku zachodowi, lecz ponieważ w czasie dawniejszéj wycieczki zwiedziłem stronę wschodnią, a do tego nie doszedłem miejsca, a więc rzecz oczywista, że mieszkanie moje leżało na zachodzie.
Idąc w tym kierunku, napotkałem w jedném miejscu szeroko rozścielone krzaki, jak gdyby pierzem porosłe. Zbliżywszy się ku nim, ujrzałem kolczaste zielone popękane owoce, z których wydobywał się jakiś mech biały. Natychmiast przyszła mi na myśl bawełna[2], któréj wprawdzie rosnącéj nigdy nie widziałem, ale opowiadano mi jak wygląda krzew wydający ją; wydobyte zaś kłaczki były nadzwyczaj podobne do waty, tylko mnóstwem ziarnek zanieczyszczone. Nazbierałem ich sporo i zabrałem z sobą.
Raz jeszcze przenocowawszy na drzewie, po kilkogodzinnym pochodzie, dostałem się przecież do domu. Rzuciwszy kosz z melonami i bawełną, przeskoczyłem co żywo mur zagrody, ażeby zobaczyć co się dzieje z kozami. Biedne stworzenia na mój widok zaczęły żałośnie beczeć, jakby skarżąc się że o nich zapomniałem. Ze stogu siana prawie nic już nie pozostało; gdybym jeszcze parę dni zabawił, pozdychałyby z głodu.
Ale zadziwienie moje było niezmierne, gdy zamiast trzech kóz zastałem pięć. Podczas méj wędrówki urodziły się dwa koźlątka, a ujrzawszy mię zaczęły pocieszne wyprawiać skoki. Zwiększona trzodka wymagała pieczy: przyniosłem świeżéj trawy, stare kozy rzuciły się na nią chciwie, a kozieł na podziękowanie palnął mię porządnie rogami.
Takie zuchwalstwo poddanego, nie mogło ujść bezkarnie; wykropiłem téż prętem koziołeczka, a lekarstwo to tak posłużyło, że od tego czasu był dla mnie z największym respektem.
Ponieważ dla kóz nie mogłem zaniedbywać wycieczek, należało więc dla nich zrobić zagrodę, w któréj mogłyby się paść bez obawy ucieczki do lasu. Ogrodzenie to powinno było obejmować kawał łąki zarosłéj trawą i krzewami. O łąkę nie trudno, ale z czego zrobić ogrodzenie?
Zostawmy to do jutra, a tymczasem nakarmiwszy kozy, trzeba pomyśleć o posileniu siebie. Wziąłem się zatém do rozniecenia ognia, i po półgodzinném usiłowaniu, buchał wesoło płomień jasny, a przy nim obracał się na drewnianym rożnie zajączek, którego zastrzeliłem po drodze. Pieczeń smakowała mi znakomicie, bo téż od ośmnastu dni nic ciepłego nie jadłem, żywiąc się podczas wycieczki kukurydzą i owocami.



Przypisy

  1. Pięć mil angielskich idzie na jednę naszą.
  2. Bawełna (Gossypium) roślina krzewiasta lub zielna, zawiera w torebkach nasiennych mnóstwo puchu, który wybrany i oczyszczony, przędzie się i przerabia na tkaniny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.