Przypadki Robinsona Kruzoe/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXI.
Zastrzelenie kozy — sól — pieczeń — próby garncarstwa — różne trudności — piec garncarski — nieudatna robota — odkrycie polewy — rosół.

Chcąc ustrzelić kozę, należało zapuścić się w stronę gdziem je pierwszy raz widział. Przebiegłszy część lasu, wydostałem się na równinę, po za którą ciągnęły się skaliste wzgórza; tam skierowałem moje kroki, ale parę godzin przeszło na błądzeniu między urwiskami, a ani jedna nie pokazała się koza. Gdybym miał psa, wszystko poszłoby pomyślniéj; ale tak, samemu trzeba było być gończym.
Znudzony próżném szukaniem i zmęczony chodzeniem, usiadłem w cieniu skały wypocząć. Po niejakiéj chwilce spostrzegam parę kóz na szczycie przeciwległego urwiska. Nie śmiejąc wyjść z mojéj kryjówki aby mię nie dojrzały, zacząłem wabić je ku sobie bekiem. Wkrótce kozy posłyszały ten głos zdradziecki, zaczęły wkoło się oglądać, nareszcie zbiegły ze skały. Ukryty wśród krzaków czekałem aż przyjdą bliżéj, od czasu do czasu becząc. Jakoż nie zawiodła mię nadzieja, kozy odpowiadając mi, biegły ku miejscu gdzie stałem, a gdy jedna przybliżyła się na trzydzieści kroków, przeszyłem ją strzałą. Dwie inne nie wiedząc co się z ich towarzyszką stało, obwąchiwały ją przez chwilę, a potém oddaliły się becząc.
Zabrawszy zdobycz, ruszyłem ku domowi. Po drodze skierowałem się ku brzegowi morskiemu, aby z tuzin ostryg uzbierać. Kiedym złożywszy kozę zbiegł w parów prowadzący ku wodzie, naraz ujrzałem w brzegu cóś błyszczącego. Nachylam się, odrywam lśniący kamień i znajduję... sól. Zdaje mi się że znalezienie najbogatszéj kopalni złota nie sprawiłoby mi takiéj radości, jak ta wyborna przyprawa, bez któréj tyle miesięcy musiałem się obchodzić. Znać z morskiéj wody osadziła się sól w parowie.
Zabrawszy kawał soli i zauważywszy dobrze miejsce gdzie się znajdowała, powróciłem do domu obciążony podwójnym łupem. I znowu w duszy uczułem głęboką wdzięczność ku łaskawemu Stwórcy, który mi nowe dobrodziejstwo wyświadczył.
Za powrotem do domu pobiegłem zaraz ku ognisku; płomienie wprawdzie już zgasły, ale za to żarzewia było nie mało, z którego natychmiast rozdmuchałem ogień.
Na wieczérzę upiekłem kawał koziny, smakowała mi wybornie, mianowicie téż przyprawiona solą.
Mając teraz i mięso i sól, mogłem sobie ugotować rosołu, do tego małéj tylko rzeczy brakowało... to jest garnka.
Raz tylko w życiu byłem u garncarza, widziałem jak kładł glinę na jakiémś kółku, które obracało się poziomo na stoliku, ruszał przytém nogą, a pod palcami formowały mu się garczki i miski.
To jednak nie mogło mię wiele nauczyć.
Jedną tylko rzeczą jaką skorzystałem podczas méj bytności, była wiadomość, że im lepiéj ugniecie się glinę, tém łatwiéj formować z niéj naczynia.
Na drugi więc dzień nakopałem sporo gliny, a umieściwszy w wielkiéj żółwiéj skorupie i nalawszy wody, zacząłem deptać. Po paru godzinach zdawało mi się że już jest doskonale wyrobiona, i postanowiłem wziąść się do formowania garnków.
Murarstwo, ciesiołka, krawiectwo i wszystkie rzemiosła których dotąd próbowałem, były igraszką, zabawką dziecinną w porównaniu do garncarstwa.
Gdyby kto z boku przypatrywał się wszystkim niezgrabnym karykaturom garnków, naśmiałby się ze mnie, a może i pożałował.
Ułożywszy na kamieniu dno garnka z gliny, potém dokoła lepiłem ściany. Nie udawało mi się zupełnie; jakieś koślawe szkaradzieństwa wychodziły z rąk moich. Nieraz cieżar gliny psuł gotowe już naczynie, czasami ucho nazbyt ciężkie wyrywało bok cały, nie mogłem sobie w żaden zaradzić sposób. Nareszcie ulepiłem coś mającego podobieństwo do garnków. Wiadomo mi było, że garncarze roboty swe najprzód suszą na słońcu; otóż przenosząc owe naczynia na miejsce gdzie schnąć miały, potłukłem je na drobne kawałki i trzeba było wszystko od początku zaczynać. Innym razem znowu popękały od nagłéj spieki słonecznéj, trzeba więc było suszyć je wprzódy w cieniu.
W kilka dni po tych pierwszych nieudolnych próbach, znalazłem o pół mili od mego mieszkania gatunek glinki białéj, daleko łatwiéj ugnieść się i wyrobić dającéj. Z téj po dobrém wyrobieniu, udało mi się ukształtować dwa naczynia, którym nie umiem dać nazwy; nie były to bowiem ani garnki, ani rynki, przerażały swą niezgrabnością, ale przecież mogły się na coś przydać.
Kiedy je słońce dobrze wysuszyło, wstawiłem je w ogień, a obłożywszy dokoła, paliłem w nim przez parę godzin. Gdy zdawało mi się że już mają dosyć, wyjąłem z żaru i chcąc sprobować czy nie przeciekają, nalałem wody. Wtém obadwa naraz pękły, a tak na jeden raz przepadł owoc kilkudniowéj pracy.
Zmartwiło mię to niepospolicie, ale nie odstręczyło bynajmniéj od dalszych prób. Doświadczenie mię nauczyło dwóch rzeczy: najprzód żeby nie robić zbyt wielkich naczyń, bo te daleko łatwiéj się psują; powtóre aby wysuszywszy pierwéj na wietrze, wystawić następnie na słońce, a potém wypalać wprzódy wolnym, potém coraz mocniejszym ogniem; w końcu zaś znowu żar zmniejszyć, i zostawić aż do zupełnego wygaśnięcia w ognisku.
Nadto uważałem że naczynia wypalają się bardzo źle, jeżeli wiatr miota ogniem. Z zebranych zatém kamieni ułożyłem pod skałą coś nakształt pieca. Kamienie ustawione w półokrąg przypierający do skalistéj ściany jedną stroną, z boku miały otwór u dołu dla lepszego ciągu powietrza. W tym tedy piecu zamierzyłem odbywać dalsze próby garncarstwa.

Przypadki Robinsona Kruzoe page 0157.jpg

Wyrobiwszy kilkanaście większych i mniejszych garnuszków, wstawiłem je w piec, obłożyłem do okoła gałązkami i podpaliłem je, potém dokładając drzewa coraz więcéj. Nakoniec gdy garnki rozpaliły się do czerwoności, zostawiłem je w tym stanie przez parę godzin; po wyjęciu i ostudzeniu, pokazały się wcale dobremi. Wprawdzie nie miały pięknéj formy, ale do użytku nadały się doskonale, i zaraz téż sobie ugotowałem w jednym koziego mleka.
Przepyszny to był przysmaczek, i od tego czasu codziennie już miewałem gorące śniadanie.
Dopiąwszy tak szczęśliwie celu długich zachodów, zabrałem się do robienia większych garnków; tamte bowiem nie miały więcéj objętości nad kwaterkę. Już teraz robota szła mi daleko łatwiéj, bo nabyłem wprawy, ale zawsze jeszcze garnki nie odznaczały się regularnością ścian; mniejsza o to, byle tylko służyły do użytku.
Wyrobiwszy z wielką trudnością dwa duże koślawce, podobne do wiaderek, wypaliłem je należycie, a mając wczoraj zabite koźlątko, postanowiłem ugotować rosołu. Nalałem więc wody, osoliłem dobrze i przystawiłem do ognia: ale z wielkim moim smutkiem glina przepuszczała wodę, tak że cała robota na nic się nie zdała. Przyczyną tego zapewne było złe wypalenie: wstawiłem je więc napowrót w żar, trzymając w nim przez parę godzin.
Po wyjęciu gdym je począł oglądać, spostrzegłem z podziwieniem, że garnek w którym była woda, nabrał wewnątrz szkliwa czyli polewy, drugi zaś wcale nie. Co mogło być tego powodem? Rozważając długo, przyszedłem wreszcie do wniosku, że zapewne sól to sprawiła. Rozpuściwszy więc garść soli w troszce wody, polałem tym rozczynem wewnątrz i zewnątrz garnek nie polewany, i powtórnie włożyłem w ogień. Wypadek przeszedł moje oczekiwanie. Garnek nabrał pięknego szkliwa, i przystawiony z wodą do ognia, nie przepuszczał jéj wcale. Tak więc zdałem egzamen na majstra garncarskiego.
Już było późno do gotowania obiadu, a więc dopiero nazajutrz zatrudniłem się kuchnią. Do wrzącéj i osolonéj wody włożyłem mięso; nie było wprawdzie ani włoszczyzny, ani żadnych innych korzeni do przyprawy, ale ktoby tam dbał o takie bagatele. Za to w miejsce kaszy lub ryżu, nasypałem wyłuszczonych ziarn kukurydzy.
Chcąc zaprosić się na obiad wytworny i uczcić należycie dzień skosztowania rosołu, nakryłem kamień liściem kokosowym, postawiłem na nim coś podobnego do miseczki którą przedwczoraj zrobiłem, położyłem obok tego widelec wystrugany z drzewa, mój nóż i łyżkę zrobioną z muszli na patyczku osadzonéj. Z jednéj strony otwarty kokos, z drugiéj ananas, miały reprezentować wety. Tak przygotowawszy wszystko, zasiadłem do stołu i odmówiwszy modlitwę, wziąłem się do jedzenia.
Ale rosół mój wcale nie odpowiedział wyobrażeniu, jakie sobie o nim robiłem. Miał smak wodnisty i był bardzo cienki. Ziarnka kukurydzowe odznaczały się za to daleko przyjemniejszym smakiem aniżeli surowe, a mięso przewyborne. Późniejsze doświadczenie nauczyło mię, że chcąc mieć dobry rosół, trzeba mięso nastawiać w zimnéj wodzie, o czém wie dobrze każda kucharka, a czego niestety nie wiedziałem i dopiero w parę miesięcy późniéj przypadkowo odkryłem[1].
Nie razto przypadek naprowadził mię na jakiś nowy wynalazek. I tak: razu jednego zbierając w lesie chrust na ogień, zabrałem gałąź z patatami, sądząc że korzenie grube i bulwiaste będą się palić wybornie. Po wygaśnięciu ogniska ujrzałem je nie spalone, ale tylko zwęglone z wierzchu; odarłszy skórkę, znalazłem wewnątrz miazgę żółtą mączastą, wydającą przyjemny zapach: kosztuję, smak bardzo miły, podobny do ziemniaków, których jeszcze wówczas nie znałem, bo dopiero podczas mego wygnania zaczęły upowszechniać się w Anglii.
Od czasu rozniecenia ognia i zrobienia garnków, życie moje wielkiéj uległo zmianie. Nie żywiłem się teraz jak dziki człowiek surowiznami, lecz co dzień na śniadanie miałem garnczek grzanego mleka, a do tego zamiast bułki, ziarna gotowanéj kukurydzy. Na obiad rosół, albo dla odmiany kawał pieczeni to koziéj, to zajęczéj, niekiedy znowu pieczyste z papugi, lub innego jakiego ptaka; deser stanowiły kokosy, ananasy lub banany. Wieczerzę miewałem z mięsnych resztek obiadu, z dodaniem dwóch lub trzech patatów upieczonych w popiele. Przystawki do tych dań stanowiły ostrygi, żółwie lub ptasie jaja na twardo albo na miękko ugotowane, oraz morskie raki, które nie raz po odpływie morza chwytałem.
Jadło to pożywne, bardzo zbawiennie wpłynęło na moje zdrowie, wycieńczone przebytą chorobą. Wyglądałem czerstwo i odzyskałem dawne siły.



Przypisy

  1. Przyczyną twardości mięsa wstawionego od razu w gotującą się wodę jest białko zwierzęce, znajdujące się obficie w mięsie, które wrzucone do waru ścina się, podobnie jak białko jajeczne, i nie dopuszcza innym częściom mięsnym rozpuścić się w wodzie, czyli jak pospolicie mówią, wygotować się smakowi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.