Przypadki Robinsona Kruzoe/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XI.
Obranie siedziby w grocie — zabezpieczenie jéj od napadu nieproszonych gości — terminuję na murarza — urządzenie zamku.

Rozpatrzywszy się w okolicy, uznałem, że nie można znaleźć dogodniejszego mieszkania. Dolinka piękną trawą zarosła, wcale nie była bagnistą. O kilkadziesiąt kroków, z podnóża skały biło czyste jak kryształ źródło. Tuż obok w lesie rosła obficie kukurydza. Najdaléj zaś o ćwierć mili od groty przewalało się morze. Widok na nie był pyszny: najmniejszy statek nie mógł ujść mego wzroku, nie potrzebowałem nawet wspinać się na skałę dla śledzenia przepływających okrętów. Nadewszystko zaś jaskinia podobała mi się bardzo. A zatém postanowiłem sobie tu obrać siedzibę, dopóki jakie szczęśliwe zdarzenie nie wyswobodzi mię z więzienia.
Odkrycie groty tak mię ucieszyło, iż zapomniałem na chwilę o wszystkich kłopotach. Mam przecież jakie takie mieszkanie, pożywienie i napój. Obawa tylko drapieżnych zwierząt niepokoiła mię mocno. Jaskinię z prawéj strony zasłaniała wprawdzie wystająca skała, ale przód i lewa strona żadnéj nie miała zachrony i dostępną była dla nieproszonych gości. Zastanowiłem się jednak iż gdziekolwiek się obrócę, wszędzie mi grozi jednakowe niebezpieczeństwo. Po cóż więc szukać innego schronienia, trzeba raczéj korzystać z tego jakie jest, a lepiéj przecie zamieszkać w grocie i położyć się wygodnie, aniżeli jak kot drapać się po drzewach i wśród gałęzi szukać sobie noclegu. Od czegóż wreszcie rozum.... zamiast trapić się obawą niebezpieczeństwa, lepiéj obmyśléć coś, coby złemu zaradzić mogło.
— A więc zostaję tu — zawołałem w głos, — trzeba się zaraz przeprowadzić do nowego mieszkania.
Dla człowieka nieposiadającego nic, przeprowadziny nie były trudne. Nie potrzebowałem ani tragarzy, ani wozów, ani koni, mając wszystko na sobie. Zająłem więc natychmiast apartament, nie troszcząc się wcale o zapłatę komornego.
Przyjrzałem się uważnie nowéj rezydencyi. Gdyby mi się powiodło od ściany załomku przeprowadzić mur do przeciwnego krańca jaskini, miałbym rodzaj twierdzy, tak przeciwko napadowi wrogów, jako téż od wichrów zabezpieczonéj; ale jak się tu brać do budowania muru, bez cegieł, wapna, kielni i innych potrzebnych przyrządów. Piasku nad morzem było do zbytku, ale przysłowie uczy, że z piasku bicza nie ukręci.
— Murarze, to magnaci, wygodnisie — mruczałem nieukontentowany; — bez narzędzi nic zrobić nie potrafią i każą sobie jeszcze za to dobrze płacić. Bodajto być murarzem! a ja nieborak nie mam odrobiny wapna, a i tak murować trzeba. Jak sobie tu radzić?.... Wprawdzie wszystkiego brakuje, ale przynajmniéj czasu do namysłu jest dosyć; a nim myśl szczęśliwa zaświeci, trzeba najprzód przygotować materyał.
Przy wschodniéj ścianie skały, znajdowało się mnóstwo większych i mniejszych kamieni. Znać kiedyś musiał się zwalić wierzchołek i roztrzaskać w kawały. Zacząłem wybierać płaskie głazy, jako do układania muru najprzydatniejsze. Praca ta zajęła mi czas do samego wieczora, a gdym się przypatrzył poznoszonym kamieniom, przekonałem się, iż najmniéj tydzień czasu upłynie, zanim dostateczną ilość zgromadzę. Nocy przepędzać trzeba było jeszcze na drzewie, aż do ukończenia budowy.
Na drugi dzień wziąłem się znowu do znoszenia głazów: wkładałem je na kupkach o sążeń jedna od drugiéj, abym w czasie budowy nie potrzebował daleko po kamienie odchodzić. Niektóre z nich były tak wielkie, iż za pomocą uciętego drąga podważałem je i przetaczałem z wielkiém wysileniem. Pracowałem bez wytchnienia, wyjąwszy południa, w czasie którego odpoczywając, zajadałem kukurydzę. Największa spieka słoneczna trwała blisko trzech godzin, i właśnie téż czas ten przeznaczałem na skonsumowanie obiadu i wypoczynek.
Tak przeszło kilka dni na przyspasabianiu materyału. Podczas znoszenia głazów, uważałem, że niektóre z nich były obrosłe mchem i przy jego pomocy trzymały się silnie skały. Umyśliłem więc mchu nazbierać i na nim pomieszanym z ziemią osadzić kamienie. Przez następne dnie zbierałem mech, a oprócz tego wycinałem nożem darnie: było to moje wapno.
Ukończywszy te roboty przygotowawcze, zabrałem się do murowania. Pierwszy sążeń bieżący muru kosztował mię nadzwyczaj wiele trudu, drugi już poszedł łatwiéj. Z każdym dniem wprawiałem się w robotę lepiéj, ale dopiéro ósmego dnia nad wieczorem mur został dokończony. Czterołokciowa wysokość zdawała mi się dostateczną; nadto sam szczyt uwieńczyłem ostremi i spiczastemi głazami, co go robiło nieprzebytym. W jednym końcu téj ściany, zostawiłem na samym spodzie ogromny głaz płaski. Pod tym głazem był w murze wązki otwór, przez który mogłem wychodzić i wchodzić do méj jaskini; wewnątrz zaś ogrodzenia zostawiłem drugi duży kamień, dla zamykania na noc bram mojego pałacu. Samo przytoczenie pierwszego głazu z odległości 10 kroków, kosztowało mię pół dnia pracy, proszę więc wystawić sobie, jaki był ciężki.
Ukończywszy fabrykę, usiadłem naprzeciw wystawionego muru, przypatrując się z dumą i radością mojemu dziełu. Szesnaście dni zeszło mi nad tą pracą, a nieraz tak mi trudności dawały się we znaki, iż nie wiele brakowało, ażebym nie odrzekł się wszystkiego.
Ale odpoczynek mój był krótki. Przypomniałem sobie, iż jeszcze przed zachodem słońca trzeba było urządzić sypialnię. Dużo mchu pozostało mi od budowania; z niego więc usłałem sobie w kącie groty wygodne posłanie, mech albowiem był nadzwyczaj miękki i sprężysty.
Przed udaniem się na spoczynek orzeźwiłem się kąpielą w morzu, a wróciwszy do domu i ułożywszy się, zawołałem:
— Otóż mam pałac królewski i cesarskie posłanie. Prawda że za to kostium dziadowski, a żywność więcej aniżeli skromną, ale cóż robić, z czasem i to się może poprawi. Dobranoc ci mój wspaniały zamku, daj Boże żebym nie potrzebował długo ci się naprzykrzać...
Wkrótce sen skleił strudzone me powieki.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.