Przypadki Robinsona Kruzoe/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
X.
Nieznana ziemia — pierwszy nocleg — głód i pragnienie — pierwszy posiłek — przypadkowe odkrycie.

Smutek i niewypowiedziana tęsknota ogarnęły całą moją istotę. Z początku ucieszyłem się niezmiernie ocaleniem, ale gdym się ujrzał sam, w nieznanéj okolicy świata, wpadłem w dziką rozpacz. Rzuciłem się na ziemię i jak szaleniec wyrywałem włosy garściami. Gdybym wtedy posiadał cokolwiek uczucia religijnego, byłbym niezawodnie znalazł pociechę w modlitwie; ale od pięciu lat, żyjąc to między murzynami, obojętnemi dla religii, to pośród Maurów, a nareszcie śród osadników, zajętych tylko robieniem pieniędzy, zapomniałem prawie o Bogu, a imienia Jego wzywałem tylko w ostatecznym strachu lub w narzekaniach, więcéj z przyzwyczajenia jak z pobożności.
Ochłonąwszy z pierwszego żalu, pomyślałem o moich biednych towarzyszach... a może który z nich został ocalony, podobnie jak ja, może nawet i kilku... Zbiegłem więc z pagórka i udałem się wzdłuż wybrzeża, upatrując nieszczęśliwych rozbitków; począłem wołać i krzyczeć na nich po imieniu, ale głos mój powtarzało tylko echo lasów. Nagle zamilkłem; przyszło mi na myśl, że zamiast towarzyszy, mogę przywabić drapieżne zwierzęta, albo ludożerczych Karaibów. Krew ścięła się w mych żyłach — stanąłem jak wryty, oglądając się z obawą wokoło... cisza zupełna uspokoiła mię nieco. Zacząłem się przyglądać z uwagą okolicy.
Miejsce na które morze mię wyrzuciło, stanowiło rozległą łąkę, bujną trawą zarosłą. Do okoła niej w półokrąg rozciągał się las z ogromnych drzew złożony. Tysiące roślin pnących się, zwieszonych z gałęzi poplątanych, poprzerzucanych z drzewa na drzewo, stanowiło nieprzebytą zaporę, zagradzając jak gdyby żywym płotem wstęp do lasu. Oprócz tego niezliczone kaktusy, kolczastemi liściami utrudniały przejście na każdym kroku.
Chciałem zapuścić się w las, dla wyszukania którego z uratowanych, ale ani myśleć o przedarciu się w głąb jego. Widząc niepodobieństwo wyjścia, odłożyłem to do jutra, a tymczasem zacząłem myśleć o sobie.
Położenie moje w istocie było okropnem. Przemokły do nitki, drżałem od zimna, a nie miałem się gdzie osuszyć. Cała garderoba składała się z drelichowego kaftana, koszuli, spodni, wełnianego pasa i pary pończoch; kapelusz zdarły mi fale, trzewiki nawet straciłem w walce z rozhukanemi bałwanami. Usiadłszy pod drzewem, zacząłem rewidować kieszenie, czy choć kawałka chleba nie znajdę, bo mi głód srogo dokuczać począł. W jednéj kieszeni znalazłem mały woreczek z jęczmieniem, którego używałem na okręcie do żywienia ulubionych gołębi. W roztargnieniu rzuciłem workiem i rozsypałem ziarno, jako na nic nie przydatne; lecz w téj chwili gorzko pożałowałem nieuwagi, wszakże jęczmień ten mógł mię posilić. Schyliłem się szukając ziarn... ba, ani jednego nie znalazłem, przepadły w ziemi.
Sięgnąłem powtórnie do kieszeni, i wyciągnąłem inny woreczek napełniony złotem. Widok tego metalu wywołał gorzki uśmiech na moje usta. I cóż mi po tobie? zawołałem z gniewem; przez zbyteczne zamiłowanie do ciebie, nędzne złoto, jestem dziś nieszczęśliwym. I już miałem je rzucić od siebie... lecz postąpienie nieoględne ze zbożem przyszło mi na myśl. Ha.... któż wié, może przecie na téj wyspie nie umrę, a to złoto pogardzone na coś się przyda — i schowałem je napowrót.
Lecz w tejże prawie chwili doznałem niewypowiedzianéj radości, znalazłszy w kieszeni duży nóż składany. Nie mógł mi on zastąpić broni, ale w mém położeniu był nieocenionym. Och, czemuż nie posiadam strzelby, albo przynajmniéj pałasza! gdybym miał jakąkolwiek broń, mógłbym bez obawy zapuścić się w las i wyszukać moich kolegów.

Tymczasem tarcza słoneczna zapadała w morze, należało wyszukać sobie jakiego noclegu, nim się zupełnie zciemni. Olbrzymie, rozłożyste drzewo rosło o kilkadziesiąt kroków; postanowiłem na niém noc przepędzić. Za pomocą
Pierwszy nocleg.
wystających sęków i zwieszonych lian[1] wdrapałem się na wysokość kilku sążni, a usiadłszy między dwiema dużemi gałęziami, przywiązałem się do nich moim wełnianym pasem i wkrótce zasnąłem.

Niewygodny to był nocleg — twarde gałęzie upychały mię tak nielitościwie, że co chwila musiałem się poprawiać. Nadto najmniejszy szmer budził mię i przejmował drżeniem. Mimo niezmiernego zmęczenia, spałem bardzo czujno i niespokojnie; a gdy słońce weszło, zerwałem się nadzwyczaj uradowany, że się przecie noc nieznośna skończyła.
Liczne ptaszęta wesołym śpiewem powitały rodzący się dzionek, gwar nie do opisania cały las napełnił, ale to wszystko nie zrobiło na mnie wrażenia. Cóż mi przyjdzie z pogody i śpiewu ptasząt, kiedy głód piekielnie dokucza. Wolałbym kawał chleba, aniżeli śpiew wszystkich całego świata słowików.
I cóż mi po tém, że się drzecie jak opętane, obrzydłe ptaki! Wam dobrze, boście się najadły do syta, wołałem z gniewem, a ja głodny i nieszczęśliwy, znieść waszego wrzasku nie mogę! O Boże, cóżem ci zrobił, że mię tak okrutnie karzesz. Czyż jestem złodziejem, podpalaczem, zbójcą, że znoszę takie męki, że mnie prześladujesz bez litości! Stokroć lepiéj żebym był odrazu zginął w bałwanach morskich; za cóż męczysz biédnego robaka i depczesz go w nieszczęściu!
Nieraz późniéj żałowałem tych słów bluźnierczych, wyrzeczonych w rozpaczy, lecz w téj chwili nie pamiętając o moich błędach, zapomniawszy, iż z własnéj winy znajduję się w złém położeniu, wszystkie nieszczęścia zwalałem na dobrotliwego Stwórcę.
Ale głód nie dopuścił mi dłużéj wyrzekać. Trzeba było coś radzić; na łące nic nie znalazłem zdatnego na pokarm, a więc odważyłem się poszukać w lesie. Może téż tam znajdę orzechy, jagody, głóg, a choćby i żołędzie, lub wreszcie posilne korzonki.... cokolwiekbądź, byle tylko zaspokoić żołądek.
I zacząłem przedzierać się przez gąszcz, torując sobie drogę najczęściéj nożem, przeskakując cierniste krzewy; ale uszedłem już paręset kroków, a nic się nie znalazło. Kory i liści drzew jeść niepodobna, a témbardziéj przepysznych kwiatów, których sam widok, ma się rozumiéć przy pełnym żołądku, mógł najobojętniejszą duszę wprawić w zachwycenie. Tysiące papug, to żółto z niebieskiem, to czerwono z szafirem, to biało upierzonych, wydrzeźniało się z mojéj biedy; ciskałem na nie kamieniami, ale niewprawna ręka chybiała celu. O! z jakąż rozkoszą pożerałbym mięso surowe i wysysał krew tych nieznośnych krzykaczy.
Otóż masz owe prześliczne lasy podzwrotnikowe, dla widzenia których porzuciłeś szczęśliwe życie w rodzicielskim domu. Patrz, jakie piękne, różnobarwne papugi, złotopióre kolibry, przecudowne kwiaty i wspaniała roślinność. Nasyćże niemi pusty żołądek, niedowarzony głupcze!
Właśnie kończyłem tę gorzką przemowę do pana Robinsona, gdy nagle w przejściu przez leśną łączkę, zawadziwszy się o grubą łodygę, upadłem jak długi. Rozjątrzony głodem i upadkiem, porwałem roślinę, chcąc na niéj złość wywrzeć, poszarpać ją w kawałki za to, że ośmieliła się wyrosnąć na méj drodze; lecz podnosząc ją, uczułem znaczny ciężar. Jakieś duże, spowite szerokim liściem kłosy rosły na niéj. Rozwijam liść i znajduję kolbę pokrytą ziarnami blado–żółtawemi wielkości grochu.
Zapach dość przyjemny: kosztuję, smak przepyszny, słodkawo mączysty.... była to, jak się dowiedziałem późniéj, kukurydza.
W mgnieniu oka ogryzłem kilka kolb, prawie nie żując tak mi się jeść chciało. Posiliwszy się, spoglądam z trwogą, czy przypadkiem nie jedyna to w całym lesie roślina. Dzięki Bogu, rośnie ich mnóstwo, a więc nie umrę z głodu. Ruszyłem naprzód stokroć w lepszym humorze, a gdy jeszcze z poblizkiego źródełka zaspokoiłem pragnienie, znikła uraza do papug. W istocie były to śliczne i bardzo zabawne ptaszęta.
Po za łączką widno było wysoką górę. Trzeba się na nią wdrapać; któż wie, czy nie ujrzę jakiego okrętu, a może i osadę europejską? — tegoż mi tylko brakowało.
I szedłem bez wytchnienia, drapiąc się po stroméj spadzistości, ażeby jak najprędzéj dostać się na wierzchołek. Dosięgam go nareszcie i doznaję nowego zawodu.
Góra na któréj znajdowałem się, była najwyższą na całéj wyspie; gdyż niestety, była to wyspa, na którą mię wyrzuciło morze. Rozciągała się ona na kilka mil geograficznych w obwodzie; kilka zatok wrzynało się w głąb lądu, a cały środek górzysty pokrywały ciemne bory. W oddaleniu dziesięciu mil morskich widać było jakiś ląd, lecz nie mogłem rozpoznać czy to ziemia stała. Na całéj wód przestrzeni nie ukazywał się najmniejszy szczątek naszego okrętu. Zapewne pochłonął go ocean.
— Jestem więc na wyspie.... sam jeden! bez mieszkania! bez pożywienia! bez broni! Zdaleka od ludzi, skazany na śmierć, albo może nędzniejsze od śmierci życie!
Wymówiwszy te słowa, gnany rozpaczą, zacząłem szybko schodzić z góry. Biegłem prosto przed siebie, nie patrząc gdzie idę, nie uważając na otaczające przedmioty. Znowu ogarnęła mię gorzka boleść i wszelka zniknęła nadzieja.
Naraz silny cień zwrócił moją uwagę. Podnoszę oczy i spostrzegam wysoką na kilkanaście łokci skalistą ścianę, jakby prostopadle z ziemi wyrosłą. Zamykała ona jakby murem część ładnéj doliny; po prawéj stronie był las, z którego przed chwilą wyszedłem, w lewo zaś otwarty widok na morze.
Strudzony, chciałem się położyć w cieniu skały, lecz jéj osobliwszy kształt zwrócił moją uwagę: jedna część wyskakiwała, tworząc rodzaj muru. Obszedłem go do koła, i znalazłem zagłębienie, niby grotę głęboką na trzy sążnie, nieco zaś szerszą i wyższą. Słowem, byłto gatunek pokoju kamiennego, wzniesionego o ćwierć łokcia nad ziemię. Wyskakująca część skały u góry wybornie mogła zabezpieczyć od dészczu. Miałem więc doskonałe schronienie.




Przypisy

  1. Liany, są to rośliny pnące się tak jak powój i należą do rodziny Bignonia, albo Paulinia. Właściwa liana zowie się długoowocową (Bignonia aequinoctalis); rośnie dziko na wyspach Antylskich, a przerzucając się z drzewa na drzewo, tamuje przejście w lasach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.