Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Właśnie kończyłem tę gorzką przemowę do pana Robinsona, gdy nagle w przejściu przez leśną łączkę, zawadziwszy się o grubą łodygę, upadłem jak długi. Rozjątrzony głodem i upadkiem, porwałem roślinę, chcąc na niéj złość wywrzeć, poszarpać ją w kawałki za to, że ośmieliła się wyrosnąć na méj drodze; lecz podnosząc ją, uczułem znaczny ciężar. Jakieś duże, spowite szerokim liściem kłosy rosły na niéj. Rozwijam liść i znajduję kolbę pokrytą ziarnami blado–żółtawemi wielkości grochu.
Zapach dość przyjemny: kosztuję, smak przepyszny, słodkawo mączysty.... była to, jak się dowiedziałem późniéj, kukurydza.
W mgnieniu oka ogryzłem kilka kolb, prawie nie żując tak mi się jeść chciało. Posiliwszy się, spoglądam z trwogą, czy przypadkiem nie jedyna to w całym lesie roślina. Dzięki Bogu, rośnie ich mnóstwo, a więc nie umrę z głodu. Ruszyłem naprzód stokroć w lepszym humorze, a gdy jeszcze z poblizkiego źródełka zaspokoiłem pragnienie, znikła uraza do papug. W istocie były to śliczne i bardzo zabawne ptaszęta.
Po za łączką widno było wysoką górę. Trzeba się na nią wdrapać; któż wie, czy nie ujrzę jakiego okrętu, a może i osadę europejską? — tegoż mi tylko brakowało.
I szedłem bez wytchnienia, drapiąc się po stroméj spadzistości, ażeby jak najprędzéj dostać się na wierzchołek. Dosięgam go nareszcie i doznaję nowego zawodu.
Góra na któréj znajdowałem się, była najwyższą na całéj wyspie; gdyż niestety, była to wyspa, na którą mię wyrzuciło morze. Rozciągała się ona na kilka mil geograficznych w obwodzie; kilka zatok wrzynało się w głąb lądu,