Przykry moment

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Przykry moment
Pochodzenie Herkules nowożytny i inne wesołe rzeczy
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PRZYKRY MOMENT

Michał Kopytko, filozof z powołania, ze sklonnościa do poezji, bez zajęcia, który mógł się nazywać Orzeł, a na imię mogło mu być Lew, szedł ulicą — przez to zaś, że się nazywał Kopytko nie Orzeł, nie mógł jechać. Szedł więc ulicą wielkiego miasta —miasta, powiedzmy, w całem słowa tego znaczeniu, w którem mieści się wszystko, co ohydnego jest na ziemi.
Ale nie szedł, jak zwyczajnie, gdy się ma cel przed oczyma blisko, jak szli dookoła niego ludzie, którzy mieli przed sobą sprawunki. Co prawda, spieszył się jak wszyscy, ale pośpiech jego był nierówny, który nie przyczyniał kroków — widać było: nie zewnętrznym przymusem wywołany, raczej wewnętrzną gorączką. Gorączka była u wszystkich — ale podczas gdy u tamtych była gorączka zwykła u „biegaczów“, gorączka jego była do snu, do halucynacyj zbliżona, czyli naturalna.
Ludzie, mijając go w pośpiechu, spychali go z chodnika co chwila, wreszcie wypchnęli go na jezdna ulicę; nie wracal już na chodnik, bo tu się swobodniejszym widział, mógł ramionami wymachiwać, całem ciałem swojem poruszać według woli.
A gesty mial królewskie, jak łazarz sycylijski. Szedł dalej środkiem ulicy, czuł wagę siebie idącego, a razem lekkość, jakby uskrzydlonym był. Czuł się ideami napęczniały, jak balon.
W tem przepełnieniu ducha wyrzucał słowa bez związku, pianę kipiacych, wrzacych w sobie myśli. Pozbywszy się w gorączce onego wywaru, ostygal zwolna na mózgu, i słowa mu się układały już w jakieś łatane zdania.
— Dusza jako synteza... objawienie!... Niech żyje Kopyt... Glupia nazwa.. przybiorę sobie pseudonim... naprzykład... Serafinis... nie... we mnie musi być początek... początek nowej myśli... Ariel... nie, to także seraficzne... Trzeba jakieś tajemnicze... nowe wcielenie... Wisznu... to już było... Centaur!... Tak jest!... Że ja też na to odrazu nie przyszedł... Centaur myśli!... Symboliczne... i racjonalne, bo mieści się w tem rodowe Kopytko... Rebus dla głupich... cha! cha! niechże mają, skoro im się samo Kopytko nie podoba. Teraz muszę tylko księgarza znaleźć, coby tę ideę nabył... Dlaczego on sam mnie nie szuka? Dobry księgarz powinien wiedzieć, gdzie się idea nowa narodzila... „W Betlejem przy drodze jest zla szopa srodze“... Ktoś to mówil... zaraz... kto to mówił, że księgarze — jak Herody, a myśli — jak niewiniątka... Ale ja się ustrzegę, ustrzegę!... Pojedziemy do Egiptu... Osłów tu nie brak... Poczem, gdy czas nadejdzie, wrócimy... Triumfalny wjazd... Niech żyje Kopyt... właściwie Centaur!... To się samo przez się rozumie, że i Kopytko — niby kopytko centaura. Poczem pocznie się rozprawy z faryzeuszami wiedzy... Ach, ci dostojni ślepcy, rozmawiający z powagą o cudach barw!... Pocznie się wykładać pisma... Zdumienie... mało... przerażenie!... Kolumny systematów w gruzy... i nowy wstaje gmach na fundamentach poznania... Jam jest... nie przeto, iż myślę, ale iż świat się we mnie uświadamia... Jam jest jeden z tych schodów ku górze... ku ostatecznej Syntezie... Konieczny...
Duma podnosiła mu aż wlosy na głowie razem z filcowym kapeluszem, i uczucie rozpieralo go, jak wiater miech brzuchaty; ramionami zaś skrzydłowa! na podobieństwo wiatraka.
— Gdzież Moc, którejbym mógl hołdować?... Objąłbym ramionami morze — ręce rozwieral, poczem podniósł je wzwyż. — Gwiazdy bym zgarnal, ucałował...
Ktoś przechodzacy na poprzek ulicą potrącił go i zbudził do uwagi. Powiódł wzrokiem dokoła i widział ludzi spieszących, jak przez mgłę, widział wystawy, światla, cienie — wszystko to wydawało mu się snem.
— Ja jeden... jeden!... Dziwne... tyle wieków... Spieszą i nic nie wiedzą, że ktoś im niesie skarb...
Szedł dalej i śmiał się cicho, jak człowiek, który jeden wie o skarbie skrytym.
— Objawienie!... powiedzą... genjusz!
Umysł mu się w oszołomieniu zakręcił. Dochodzil właśnie do rogu.. Naraz turkot — krzyk krótki — jeden moment — i oto przyszły nasz Centaur leży na ziemi z rozmiazdżoną czaszką. A obok niego wóz i szkapa ze zwieszoną glową.
Lud się gromadzi. Wnet utworzyła się ciżba dookoła wozu. Ludzie, spieszacy się bardzo, stają na chodnikach, rozpytują się ciekawie: Co się to stało?
— Nic, człowieka wóz przejechał.
Wnet zjawiła się policja w osobach stójkowego i cywilnego pana. — Kto winien?
Woźnicę aresztują.
— Winien jest ślepy koń. Ślepy koń zabil czlowieka. I zaraz uogólniono:
Ślepy koń zabija ludzi.
Nad leżącym zabitym radzono. Szukano naprzód przyczyny. Ślepy koń — tak, to policja twierdzi. Ale to narodowi nie wystarcza.
Ktoś podsunął:
— Musiał myśleć idący...
— Tak jest. Stanowczo musial myśleć.
I zaraz wywnioskowano:
— Niedobrze jest myśleć.
Ktoś poprawił:
— Myślenie jest niedobre.
Druga prawda.
Zaczem, gdy doszli przyczyn, zastanowienie ich objęło nad wypadkiem, które przerywał co chwila człowiek ambitny, wołając:
— Ja widziałem!... Wóz jechał — on szedł... I nagle słyszę krzyk... On już leży.
— No powiedzcie: szedł sobie, szedł, i tu naraz...
Ktoś współczujący dodał:
— To przykry moment dla niego.
Ironista:
— To gorsze, że ostatni.
Człowiek ambitny (do nowych osób):
— Ja widziałem! Wóz jechał — on szedł...
I opowiadał z coraz większym zapałem do końca.
Ksiądz przechodzący zatrzymał się i uważał za stosowne wyrzec:
— Wszechmoc Boska... Niezbadane sprawy... A nie znał go kto, jak on się prowadził?
Ktoś się wyrychlił:
— Ja go znalem. Przychodził często do mleczarni. Dziś rano jeszcze był... Człowiek, widziało się, dość uważny. No i powiedzcie...
Po cichu sobie pomyślał ze smutkiem.
— Już nie przyjdziesz ty, biedaku, do mleczarni...
Potem weselej:
— A ja jeszcze... Trzeba tylko zdwoić baczność na wozy przejeżdżające...
Zaczem refleksje objęły naród. Jakiś chemik czy stolarz profesyjny powiedział sentencję smutną:
— Człowiek, to tak, jak balon...
Inny:
— Nikt nie wie, na jaki koniec przyjdzie...
Optymista:
— Mógłby był jeszcze pożyć lat niemało...
Człowiek spokojny:
— No, ostatecznie i tak by był umarł.
Człowiek czynny:
— Chodźmy! Szkoda czasu.
I poczęli się rozchodzić pomału. A nasz Kopytko leżał oczywiście. Idee nawet nie fruwały nad nim w postaci białych motyli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.