Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


PRZYKRY MOMENT

Michał Kopytko, filozof z powołania, ze sklonnościa do poezji, bez zajęcia, który mógł się nazywać Orzeł, a na imię mogło mu być Lew, szedł ulicą — przez to zaś, że się nazywał Kopytko nie Orzeł, nie mógł jechać. Szedł więc ulicą wielkiego miasta —miasta, powiedzmy, w całem słowa tego znaczeniu, w którem mieści się wszystko, co ohydnego jest na ziemi.
Ale nie szedł, jak zwyczajnie, gdy się ma cel przed oczyma blisko, jak szli dookoła niego ludzie, którzy mieli przed sobą sprawunki. Co prawda, spieszył się jak wszyscy, ale pośpiech jego był nierówny, który nie przyczyniał kroków — widać było: nie zewnętrznym przymusem wywołany, raczej wewnętrzną gorączką. Gorączka była u wszystkich — ale podczas gdy u tamtych była gorączka zwykła u „biegaczów“, gorączka jego była do snu, do halucynacyj zbliżona, czyli naturalna.
Ludzie, mijając go w pośpiechu, spychali go z chodnika co chwila, wreszcie wypchnęli go na