Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja jeden... jeden!... Dziwne... tyle wieków... Spieszą i nic nie wiedzą, że ktoś im niesie skarb...
Szedł dalej i śmiał się cicho, jak człowiek, który jeden wie o skarbie skrytym.
— Objawienie!... powiedzą... genjusz!
Umysł mu się w oszołomieniu zakręcił. Dochodzil właśnie do rogu.. Naraz turkot — krzyk krótki — jeden moment — i oto przyszły nasz Centaur leży na ziemi z rozmiazdżoną czaszką. A obok niego wóz i szkapa ze zwieszoną glową.
Lud się gromadzi. Wnet utworzyła się ciżba dookoła wozu. Ludzie, spieszacy się bardzo, stają na chodnikach, rozpytują się ciekawie: Co się to stało?
— Nic, człowieka wóz przejechał.
Wnet zjawiła się policja w osobach stójkowego i cywilnego pana. — Kto winien?
Woźnicę aresztują.
— Winien jest ślepy koń. Ślepy koń zabil czlowieka. I zaraz uogólniono:
Ślepy koń zabija ludzi.
Nad leżącym zabitym radzono. Szukano naprzód przyczyny. Ślepy koń — tak, to policja twierdzi. Ale to narodowi nie wystarcza.
Ktoś podsunął:
— Musiał myśleć idący...
— Tak jest. Stanowczo musial myśleć.
I zaraz wywnioskowano: