Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mówił, że księgarze — jak Herody, a myśli — jak niewiniątka... Ale ja się ustrzegę, ustrzegę!... Pojedziemy do Egiptu... Osłów tu nie brak... Poczem, gdy czas nadejdzie, wrócimy... Triumfalny wjazd... Niech żyje Kopyt... właściwie Centaur!... To się samo przez się rozumie, że i Kopytko — niby kopytko centaura. Poczem pocznie się rozprawy z faryzeuszami wiedzy... Ach, ci dostojni ślepcy, rozmawiający z powagą o cudach barw!... Pocznie się wykładać pisma... Zdumienie... mało... przerażenie!... Kolumny systematów w gruzy... i nowy wstaje gmach na fundamentach poznania... Jam jest... nie przeto, iż myślę, ale iż świat się we mnie uświadamia... Jam jest jeden z tych schodów ku górze... ku ostatecznej Syntezie... Konieczny...
Duma podnosiła mu aż wlosy na głowie razem z filcowym kapeluszem, i uczucie rozpieralo go, jak wiater miech brzuchaty; ramionami zaś skrzydłowa! na podobieństwo wiatraka.
— Gdzież Moc, którejbym mógl hołdować?... Objąłbym ramionami morze — ręce rozwieral, poczem podniósł je wzwyż. — Gwiazdy bym zgarnal, ucałował...
Ktoś przechodzacy na poprzek ulicą potrącił go i zbudził do uwagi. Powiódł wzrokiem dokoła i widział ludzi spieszących, jak przez mgłę, widział wystawy, światla, cienie — wszystko to wydawało mu się snem.