Przemiany (Owidiusz)/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII. Kadmus.

Już bóg zmyślony, byka pozbywszy pokrywy,
Dał się poznać, wyszedłszy na dyktejskie niwy[1],
Gdy Agenor nieświadom, troskliwy o dziecię,
Rozkazuje synowi szukać jej po świecie,
A w miłości ojcowskiej i tkliwy i ostry,
Wygnanie mu przeznacza, gdy nie znajdzie siostry.
Lecz skrytości Jowisza któż potrafi dociec?
Gdy powrotu do kraju zabronił mu ociec,
Kadmus, świat zbiegłszy, tułacz, przed wyrocznią staje
I pyta, jakie przyjdzie zamieszkać mu kraje.

»Wkrótce ci młoda ciołka sama drogę zajdzie;
Na jej karku ślad jarzma jeszcze się nie znajdzie.
Tę miej za przewodnicę: gdzie na trawie spocznie,
Wznieś miasto, nazwij Teby«. — Tak rzekły wyrocznie.
Gdy Kadmus od Kastalskiej wychodził krynicy,
Idącej bez strażnika dostrzegł jałowicy;
Nie ma na czole znaku pracy i niewoli.
Tyryjczyk, postępując w jej ślady powoli,
Z dziękczynieniem do Feba korne wznosi dłonie.
Już minął zdrój Cefizu, Panopejskie błonie:
Staje ciołka i w rogi przystrojone czoło
Podnosząc, aż ku niebu ryknęła wesoło;
Widzi idących za nią, na darni przyklęka
I legła, gdzie ją w chłodzie wabi trawa miękka.
Kadmus całuje ziemię, składa bóstwu dary
I wita nieznajome lasy i obszary.
Chce święte Jowiszowi wyprawiać obchody,
Sługi śle do krynicy świeżej czerpać wody.
Nietykany siekierą las się wznosił stary,
W nim jaskinia, gęstemi zakryta konary;
W niski łuk zasklepiona, szczupły miała otwór,
A przy nim wód obfitość. Lecz okropny potwór,
Smok Marsa miał tu swoje zwyczajne schronienie;
Błyszczą mu się złociste na głowie grzebienie,
Trucizna go rozdyma, skrzą się ogniem oczy,
Przez trzy kłów rzędy ozór trójdzielny drga smoczy.
Smutnym trafem do tego dostali się gaju
Nieszczęśliwi wygnańce z Tyryjskiego kraju.
Gdy wiadro w wodzie brzękło, wąż swą długą szyję
Wyciąga, a syk straszny aż w niebiosa bije.
Wiadro z rąk im wypadło, krew w żyłach zastygła

I cząsteczka wylękłym każda w ciele drygła.
Smok swe łuski i giętkie pierścienie rozwija
I kreśląc łuk ogromny, w powietrze się wzbija.
Pół ciałem nad las wyższy, w zajętym przestworze
Z olbrzymim niebios smokiem[2] porównać się może.
Zaraz też sługi Kadma, czy się chronić chcieli,
Czy pierzchać, czy obojga z trwogi zapomnieli,
Porywa i tych jadem, tych zabija zębem,
Innych silnym pierścieni obejmuje kłębem.
Już słońce z wierzchu nieba krótkie słało cienie:
Kadma zdumiewa zbytnie pachołów spóźnienie,
Idzie w ślad swych wysłańców; lwią skórą okryty,
Zbrojny był w stalną dzidę i w ostre dziryty;
Lecz męstwo było jego najpierwszą obroną.
Wszedł w las; widzi zabitych towarzyszy grono,
A nad nimi zwycięscę, ogrom niesłychany,
Który krew z upragnieniem wysysał im z rany.
»Albo się zemszczę za was, towarzysze moi,
Albo z wami polegnę, jak mężnym przystoi«.
Rzecze Kadmus, głaz dźwiga, sili się, natęża
I z ogromnym go ciska zamachem na węża.
Pewnieby się i baszty i mury zachwiały
Tym ogromem, tą siłą; lecz wąż został cały.
Twarda łuska, jak tarcza, ochrania przed głazem.
Niczem jednak jej siła przed ostrem żelazem:
Wdziera się silny pocisk wśród gibkich pierścieni,
Wnętrze smoka przeszywa i krwią go rumieni.
Obraca się w tył potwór, bólem rozsrożony,
Widzi ranę i kąsa pocisk w niej utkwiony,

Porusza go, a jątrząc skaleczone ciało,
Wyrwał drzewo; lecz ostrze w kościach pozostało.
Miotająca w nim wściekłość dodaje mu siły:
Wzdęła się gruba szyja nabrzmiałemi żyły;
Ziemię ryje łuskami, słychać głośno szczęki,
Zieje zatrutą pianą z piekielnej paszczęki
I rozsiewa w powietrze zaraźliwe tchnienie.
To raz w olbrzymie koło zatacza pierścienie,
To, jakby maszt najwyższy, wspina się w obłoki,
To w zapędzie, jak deszczem wezbrane potoki,
Spada z góry i piersią las przeciwny ściele.
Na krok cofnie się Kadmus, lwią łupieżą śmiele
Zastawia się i grotem przed zjuszonym wężem.
Wścieka się dziki potwór, mści się nad orężem,
Gryzie go i na ostrzu wyszczerbia swe zęby.
Tryska z paszczy posoka, już się broczą kłęby,
Już i zioła pokrywa jadowita skaza.
Lecz rana była błaha: smok końca żelaza
Z ostrożnością unika; giętka jego szyja
I wzrok rycerza zwodzi i oręż omija,
Aż mu Kadmus w paszczękę zadał cios niemylny
I po samą rękojeść utopił miecz silny
Wówczas, gdy smok przelękły poza dąb się śpieszył;
Tak miecz razem i drzewo i bok węża przeszył.
Jęknął dąb, a gdy ciężkie zachwiało nim brzemię,
Smokiem ugięty, runął z łoskotem na ziemię.
Wielkość zwyciężonego gdy zwycięsca zważa,
Nagle głos niewidomy duszę mu przeraża:
»Czego patrzysz na smoka przerażenia okiem,
Potomku Agenora: i ty będziesz smokiem!«
Słyszącemu te słowa znikła z serca radość,

Włos mu stanął na głowie, twarz powlekła bladość.
A wtem Pallas, będąca rycerza obroną,
Schodzi z nieba i każe w ziemię poruszoną
Na rozkrzewienie ludu ciskać zęby smocze.
Kadrnus do pługu woły zakłada robocze
I ciska w grunt zorany pokoleń nasiona.
Wtem zaczęła się wzdymać skiba poruszona
I niebawem — o dziwo! — ciężkie skiby prysły,
Przedarły się oszczepy, dalej hełmy błysły;
Wreszcie barki i piersi i ramiona zbrojne
I wielki łan rycerzy, gotowych na wojnę.
Tak kiedy na teatrze spuszczają zasłonę,
Z początku widać twarze, na niej odkreślone,
Dalej piersi i ręce jawią się przed oczy,
Wreszcie ludzkich stóp szereg na krawędzi kroczy.
Widząc, iż nowi z ziemi powstają rycerze,
Zlękły syn Antenora do broni się bierze.
Wtem jeden z synów ziemi rzecze: »Bądź spokojny,
Tylko nam do domowej nie mieszaj się wojny«.
Rzekł i miecz wraził w serce jednego z współbraci,
Lecz sam z ręki trzeciego strzałą życie traci;
I ten, co pocisk rzucił, bratnią dłonią pchnięty,
Poległ i oddał żywot, dopiero co wzięty.
Wszyscy za wzorem pierwszych podobnie szaleją
I nagle giną bracia wzajemną koleją.
Już młodzież, obdarzona krótkich dni udziałem,
Usłała krwawą matkę bratobójczem ciałem.
Zostało tylko pięciu, Echjon między niemi;
Ten za radą Minerwy złożył broń na ziemi.
Tak pierwszy niosąc dowód miłości braterskiej,

Dał i otrzymał zakład przyjaźni rycerskiej.
Tych dzielny brat Europy miał za towarzyszy,
Gdy z rozkazu wyroczni wzniósł gród dla przybyszy.


Przypisy

  1. Dyktejskie niwy — wyspa Kreta, od góry Dicte.
  2. Mowa o konstelacji Węża; por, str. 23, uw.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.