Przemiany (Owidiusz)/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII. Akteon.

Już stały Teby. Kadmus szczęście na wygnaniu
Znajduje w córki Marsa[1] wiernem przywiązaniu.
Licznych z boskiej małżonki doczekał się dziatek
I wnuków miał, najdroższy miłości zadatek.
I już wnukowie jego młodzianami byli;
Lecz człowiek do ostatniej musi czekać chwili:
Przed zgonem nikt szczęśliwym nie może być zwany.
Pierwszy wnuk sercu jego srogie zadał rany,
Gdyż mu z głowy jakoweś poroże wyskoczy,
A psów zgraja ozory we krwi pana zmoczy.
Jeśli się zastanowić nad kary przyczyną,
Okaże się niewinnym, bo czyż błąd jest winą?
Już krwią ubitych zwierząt wzgórze się rumieni,
Słońce w połowie drogi skraca długość cieni.
Młodzież w kniejach rozpierzchłą, dzielącą z nim łowy,
Akteon do spoczynku temi wzywa słowy:
»Bracia! sieci i strzały broczą w krwi zdobyczy;
Dzień ten między szczęśliwe każdy z nas policzy.
Jutro, skoro zabłyśnie jutrzenka wesoła,
Znowu wszystkich w te knieje chęć sławy powoła.
Lecz dziś, kiedy już słońce w pół kresu stanęło,
Gdy upał ziemię piecze, trzeba wstrzymać dzieło.

Znieście sieci, spocznijcie!« — Wierna druhów rzesza
I rozkaz wodza pełni i pracę zawiesza.
Była dolina, droga bóstwu polowania[2],
Jodła i wzniosły cyprys wkoło ją zasłania.
W głębi drzew jest w opoce samotne ustronie;
Nie wykuły go w skale żadne ludzkie dłonie,
Ale natura, sztuki naśladując dzieła,
Z głazów, w łuk układanych, sklepienie rozpięta.
Tu spadając z szelestem, zdrój czysty, acz mały,
W dół, trawą wyłożony, sączył swe kryształy;
Tu w południe, znużona po łowach szczęśliwych,
Chłodzi członki w kąpieli bogini myśliwych.
Gdy się tak w zwykłym zdroju rzeźwiła Dyana,
Wnuk Kadma, odłożywszy część pracy do rana,
Błądzi w nieznanym lesie niepewnemi kroki;
Wszedłszy w gaj, dokąd zgubne wiodły go wyroki,
Stanął w grocie, przy której wytryskały zdroje.
Ujrzawszy go bogini, wnet, gniewem miotana,
Nieostrożnego wodą pokrapia młodziana
I wyjawiwszy słowy smutne przeznaczenie,
Skropionej głowie rogi przyprawia jelenie,
I uszy mu zaostrza i przedłuża szyję.
Nagle sierść nakrapiana ciało jego kryje;
Ramiona mu w golenie, ręce przeszły w nogi.
Wódz, dawniej nieulękły, teraz pełen trwogi,
Ucieka, sam zdumiony, że lak rączy w biegu.
Ale zaledwie stanął przy strumienia brzegu,
Widząc swe rogi w wodzie: »Ach, biada mi, biada!«
Chciał wołać, lecz już więcej swym głosem nie włada.

Westchnął tylko, łza gorzka na obcą twarz płynie,
A po zmianie w nim czucie zostało jedynie.
Cóż czynić? Czy się wrócić w królewskie mieszkania,
Czy kryć w lasach? To bojaźń, to mu wstyd zabrania.
Gdy się waha, psy lecą i przed innych zgrają
Ichnobates i Melamp szczekaniem znak dają;
Pierwszego rodzi Kreta, drugiego zaś Sparta.
Za niemi cała psiarnia pośpiesza zażarta:
Pamfag, Dorcej, Orybas, w Arkadji zrodzony,
Silny Nebrofon, Lelap, Teron nieznużony,
Agre, węchem słynąca, Pterel skoronogi,
Hylej, co mu niedawno cios zadał dzik srogi,
Pemenis, stad strzegąca, Nape, córa wilka,
I sycyoński Ladon, w każdej śmiały walce,
Dromas, Kanache, Stykte i Tygrys i Alce,
Leukon o śnieżnej sierści, Azbol czarny cały,
Aello, jak błysk, rącza, i Lakon zuchwały,
Tous, lekka Licyspe, brat jej, Cyprys prędki,
Harpal, co na dnie czarnem śnieżyste ma cętki,
Melaneusz i Lachne, kudłami odziana;
Lecą, z matki Spartanki a ojca Tebana
Zrodzeni Labros, Argjod i Hilaktor grzmiący
I tłum nieprzeliczony, zdobyczy łaknący.
Wszystko sunie przez rowy, po cierniach, po skale,
Gdzie droga lub jest przykra, lub jej niema wcale.
Ucieka przez te miejsca, gdzie polował z charty;
Niestety! własnej zgrai nie ujdzie rozżartej.
Chciał wołać: »Jam Akteon, rozpoznajcie pana!«
Słów mu brak: już dościga zgraja rozhukana.
Melanchet pierwszy zęby utopił mu w grzbiecie,
Rany Terydam zadaj, Orezytrof trzecie.

Wyszli później od innych, lecz po krótkiej chwili,
Tajne przebiegłszy ścieżki, drogę zaskoczyli.
Gdy ci wstrzymują pana, leci cała zgraja
I w mniemanym jeleniu ostre zęby wpaja.
Już miejsca ranom brakło, wydaje westchnienia,
Nie będące ni ludzkim, ni głosem jelenia;
Napełnia swemi skargi okolicę znaną,
Podobny żebrzącemu, padłszy na kolano,
Oczy wznosi pokornie i o litość błaga.
Nagle krzyk towarzyszów i giermków się wzmaga;
Niebaczni, Akteona szukają dokoła,
Jak na nieobecnego każdy głośno woła.
Słyszy swe imię, słyszy, jak mu każdy życzy,
Ażeby był obecnym tak pięknej zdobyczy.
Chciałby nie być! Nieszczęsny, srogą tknięty karą,
Chciałby tylko być świadkiem, nie łowców ofiarą.
Lecz daremnie; psy wszystkie kły w nim topią razem,
Szarpią pana pod zwodnym jelenia obrazem.
Aż gdy śmierć nań przyniosły niezliczone rany,
Dopiero zemsta srogiej ustała Dyany.


Przypisy

  1. Żona Kadmusa, Harmonja, była córką Marsa i Wenery.
  2. Dyanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.