Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


»Wkrótce ci młoda ciołka sama drogę zajdzie;
Na jej karku ślad jarzma jeszcze się nie znajdzie.
Tę miej za przewodnicę: gdzie na trawie spocznie,
Wznieś miasto, nazwij Teby«. — Tak rzekły wyrocznie.
Gdy Kadmus od Kastalskiej wychodził krynicy,
Idącej bez strażnika dostrzegł jałowicy;
Nie ma na czole znaku pracy i niewoli.
Tyryjczyk, postępując w jej ślady powoli,
Z dziękczynieniem do Feba korne wznosi dłonie.
Już minął zdrój Cefizu, Panopejskie błonie:
Staje ciołka i w rogi przystrojone czoło
Podnosząc, aż ku niebu ryknęła wesoło;
Widzi idących za nią, na darni przyklęka
I legła, gdzie ją w chłodzie wabi trawa miękka.
Kadmus całuje ziemię, składa bóstwu dary
I wita nieznajome lasy i obszary.
Chce święte Jowiszowi wyprawiać obchody,
Sługi śle do krynicy świeżej czerpać wody.
Nietykany siekierą las się wznosił stary,
W nim jaskinia, gęstemi zakryta konary;
W niski łuk zasklepiona, szczupły miała otwór,
A przy nim wód obfitość. Lecz okropny potwór,
Smok Marsa miał tu swoje zwyczajne schronienie;
Błyszczą mu się złociste na głowie grzebienie,
Trucizna go rozdyma, skrzą się ogniem oczy,
Przez trzy kłów rzędy ozór trójdzielny drga smoczy.
Smutnym trafem do tego dostali się gaju
Nieszczęśliwi wygnańce z Tyryjskiego kraju.
Gdy wiadro w wodzie brzękło, wąż swą długą szyję
Wyciąga, a syk straszny aż w niebiosa bije.
Wiadro z rąk im wypadło, krew w żyłach zastygła