Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Włos mu stanął na głowie, twarz powlekła bladość.
A wtem Pallas, będąca rycerza obroną,
Schodzi z nieba i każe w ziemię poruszoną
Na rozkrzewienie ludu ciskać zęby smocze.
Kadrnus do pługu woły zakłada robocze
I ciska w grunt zorany pokoleń nasiona.
Wtem zaczęła się wzdymać skiba poruszona
I niebawem — o dziwo! — ciężkie skiby prysły,
Przedarły się oszczepy, dalej hełmy błysły;
Wreszcie barki i piersi i ramiona zbrojne
I wielki łan rycerzy, gotowych na wojnę.
Tak kiedy na teatrze spuszczają zasłonę,
Z początku widać twarze, na niej odkreślone,
Dalej piersi i ręce jawią się przed oczy,
Wreszcie ludzkich stóp szereg na krawędzi kroczy.
Widząc, iż nowi z ziemi powstają rycerze,
Zlękły syn Antenora do broni się bierze.
Wtem jeden z synów ziemi rzecze: »Bądź spokojny,
Tylko nam do domowej nie mieszaj się wojny«.
Rzekł i miecz wraził w serce jednego z współbraci,
Lecz sam z ręki trzeciego strzałą życie traci;
I ten, co pocisk rzucił, bratnią dłonią pchnięty,
Poległ i oddał żywot, dopiero co wzięty.
Wszyscy za wzorem pierwszych podobnie szaleją
I nagle giną bracia wzajemną koleją.
Już młodzież, obdarzona krótkich dni udziałem,
Usłała krwawą matkę bratobójczem ciałem.
Zostało tylko pięciu, Echjon między niemi;
Ten za radą Minerwy złożył broń na ziemi.
Tak pierwszy niosąc dowód miłości braterskiej,