Przedmowa do „Komedji ludzkiej“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoriusz Balzac
Tytuł Przedmowa do „Komedji ludzkiej“
Pochodzenie Komedya ludzka
z tomu Ludwik Lambert
Data wydania 1924
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron





PRZEDMOWA DO „KOMEDJI LUDZKIEJ”

Dając dziełu, podjętemu blisko przed trzynastu laty, tytuł KOMEDJI LUDZKIEJ, należy określić jego myśl, wyłożyć pokrótce plan, starając się mówić o rzeczy tak, jakby mnie ona nie dotyczyła. Nie jestto tak trudne, jakby czytelnik mógł sobie wyobrażać. Niewielki dorobek rodzi wiele miłości własnej; wiele pracy daje nieskończenie wiele skromności. Spostrzeżenie to tłómaczy rozbiory, jakim Corneille, Molier i inni wielcy pisarze poddawali swoje własne sztuki: o ile niepodobieństwem jest dorównać ich pięknym utworom, o tyle można pragnąć być im podobnym w tem uczuciu.
Pierwszy pomysł KOMEDJI LUDZKIEJ objawił mi się zrazu niby marzenie, jak jeden z owych nieziszczalnych zamiarów, które się pieści i którym pozwala się ulecieć; chimera, która się uśmiecha, ukazuje swą kobiecą twarz, i tuż potem rozwija skrzydła, wzbijając się w fantastyczne niebiosy. Ale chimera, jak wiele chimer, zmienia się w rzeczywistość; ma swoje nakazy i swoją tyranję, której trzeba ustąpić.
Pomysł ten urodził się z porównania między ludzkością a światem zwierzęcym.
Błędem byłoby mniemać, że wielki spór, który w ostatnich czasach wszczął się pomiędzy Cuvierem a Geoffroy Saint‑Hilaire’m wspierał się na nowej zdobyczy naukowej. Jedność składu zajmowała już — pod innem mianem — największe umysły dwóch poprzednich wieków. Odczytując owe tak niepospolite dzieła pisarzy mistycznych, którzy się zajmowali nauką w jej stosunku do nieskończoności, jak Swedenborg, Saint‑Martin etc., oraz pisma największych genjuszów nauk przyrodniczych, jak Leibnitz, Buffon, Karol Bonnet etc., znajdujemy w monadach Leibnitza, w organicznych molekułach Buffona, w sile żywotnej Needhama, w zahaczaniu się pokrewnych części Karola Bonnet, który miał odwagę napisać w r. 1760: „Zwierzę wegetuje jak roślina”; znajdujemy, powiadam, zaczątki pięknego prawa soi pour soi, na którem polega jedność składu. Istnieje tylko jedno zwierzę. Stwórca posłużył się tylko jednym modelem dla wszystkich zorganizowanych istot. Zwierzę jest zasadą, która przybiera swą zewnętrzną formę, lub, aby rzec ściślej, różnice swojej formy, wedle środowiska, w którem mu jest dane się rozwijać. Gatunki zoologiczne wynikają z tych różnic. Postawienie i obrona tego systemu, zgodnego zresztą z pojęciami które sobie tworzymy o potędze boskiej, będzie wiekuistym zaszczytem Geoffroy Saint‑Hilaire’a, zwycięscy nad Cuvierem co do tego punktu wysokiej wiedzy, zwycięscy, którego tryumf powitał wielki Goethe ostatnim artykułem jaki napisał.
Przeniknięty tym systemem dawno przed owemi sporami do których dał on powód, zauważyłem, iż pod tym względem społeczeństwo podobne jest do natury. Czyż społeczeństwo nie tworzy z człowieka, zależnie od środowisk w których rozwija się jego życie, tyluż odmiennych ludzi, ile jest odmian w zoologji? Różnice między żołnierzem, robotnikiem, urzędnikiem, adwokatem, próżniakiem, uczonym, mężem stanu, kupcem, marynarzem, poetą, nędzarzem, księdzem, są, mimo że trudniejsze do uchwycenia, równie znaczne, jak te, które różnią od siebie wilka, lwa, osła, kruka, rekina, fokę, owcę etc. Istniały tedy, będą tedy istniały zawsze gatunki społeczne, tak jak są gatunki zoologiczne. Jeżeli Buffon stworzył wspaniałe dzieło, próbując dać w jednej książce całokształt zoologji, czyż nie możnaby podobnego dzieła dokonać dla społeczeństwa? Ale natura utworzyła dla odmian zwierzęcych granice, w których społeczeństwo się nie mieści. Kiedy Buffon odmalował lwa, kończył lwicę w kilku zdaniach; podczas gdy w społeczeństwie kobieta nie zawsze jest samicą samca. Mogą żyć w stadle dwie istoty zupełnie od siebie różne. Żona kupca jest niekiedy godna być żoną księcia, a często żona księcia nie umywa się do żony artysty. Stan społeczny miewa przypadki, na które nie pozwala sobie natura, jest on bowiem naturą plus społeczeństwo. Opis gatunków społecznych byłby tedy conajmniej podwójny w porównaniu z opisem gatunków zwierzęcych, gdyby zważyć tylko dwie płcie. Wreszcie, między zwierzętami mało jest dramatów, niewiele zawikłań; jedne rzucają się na drugie, oto wszystko. Ludzie też rzucają się jedni na drugich, ale ich wyższy lub niższy stopień inteligencji czyni walkę o wiele bardziej skomplikowaną. Jeżeli niektórzy uczeni nie uznają jeszcze, że zwierzęcość przelewa się w ludzkość mocą olbrzymiego strumienia życia, to pewna iż kupiec korzenny zostaje parem Francji, szlachcic zaś spada niekiedy na najniższy szczebel społeczny. Następnie, Buffon znalazł u zwierząt życie niezmiernie proste. Zwierzę ma mało sprzętów, nie zna ani sztuk ani rzemiosł; podczas gdy człowiek, mocą prawa które trzebaby zbadać, dąży do wyrażenia swoich obyczajów, swojej myśli i swego życia we wszystkiem co dostosowuje do swoich potrzeb. Mimo iż Leuwenhoëc, Swammerdam, Spallanzani, Réaumur, Karol Bonnet, Műller, Haller i inni cierpliwi zoografowie wykazali, jak bardzo życie zwierząt jest interesujące, zwyczaje każdego zwierzęcia są, w naszych oczach przynajmniej, zawsze wciąż jednakie; podczas gdy zwyczaje, strój, mowa, mieszkanie księcia, bankiera, artysty, mieszczanina, księdza i nędzarza są zupełnie różne i zmieniają się z biegiem cywilizacji.
Tak więc zamierzone dzieło musiałoby mieć potrójną formę: mężczyźni, kobiety i rzeczy; to znaczy osoby i materjalny wyraz jaki dają swojej myśli; wreszcie człowiek i życie.
Czytając suche i niestrawne szeregi faktów, które nazywają się historją, któż nie zauważył, że pisarze zapomnieli, w każdej epoce, w Europie, w Persji, w Grecji, w Rzymie, dać nam historję obyczajów? Ustęp z Petronjusza tyczący prywatnego życia Rzymian raczej podraźnia niż zaspakaja naszą ciekawość. Spostrzegłszy tę olbrzymią lukę w dziedzinie historji, ksiądz Barthélemy poświęcił życie na odtworzenie greckich obyczajów w Anacharsisie.
Ale jak uczynić zajmującym dramat o trzech lub czterech tysiącach osób, które przedstawia społeczeństwo? jak porwać równocześnie poetę, filozofa oraz masy, które chcą mieć poezję i filozofję pod postacią wstrząsających obrazów? O ile pojmowałem doniosłość i poezję tej historji serca ludzkiego, nie widziałem żadnego sposobu wykonania; aż do naszych czasów bowiem, najsławniejsi powieściopisarze obracali swój talent na stworzenie jednego lub dwuch typów, na odmalowanie jednej fizjognomji życia. Z tą myślą odczytałem dzieła Waltera Scotta. Walter Scott, ten truwer nowoczesny, dał wówczas olbrzymi rozmach rodzajowi twórczości niesłusznie uważanemu za drugorzędny. Czyż nie jest w istocie trudniejszem robić konkurencję księgom ludności postaciami takiemi jak Dafnis i Chloe, Roland, Amadys, Panurg, Don Kiszot, Manon Lescaut, Klarysa, Lowelas, Robinson Kruzoe, Gil Blas, Ossjan, Julia d’Etanges, Wuj Tobjasz, Werter, René, Korynna, Adolf, Paweł i Wirginja, Jeanie Dean, Claverhouse, Ivanhoe, Manfred, Mignon, niż szeregować fakty mniejwięcej te same u wszystkich narodów, zgłębiać ducha praw wyszłych z użycia, tworzyć teorje które sprowadzają ludy na manowce, lub też, jak pewni metafizycy, tłómaczyć to co jest? Przedewszystkiem, prawie zawsze te osobistości, których istnienie staje się dłuższem, prawdziwszem, niż istnienie pokoleń wśród których je powołano do życia, żyją jedynie pod tym warunkiem, że są wielkim obrazem teraźniejszości. Poczęły się w trzewiach swego wieku, całe serce ludzkie drga pod ich powłoką; często kryje się w nich cała filozofja. Walter Scott podniósł tedy do filozoficznego znaczenia historji powieść, ów rodzaj literacki, który z wieku na wiek stroi w nieśmiertelne djamenty koronę poetycką krajów gdzie kwitnie literatura. Tchnął w nią ducha dawnych czasów, skupił w niej równocześnie dramat, djalog, portret, krajobraz, opis: wprowadził w nią cudowność i prawdę, te dwa składniki epopei, poezji kazał się bratać z gwarą najpospolitszej mowy. Ale, nietyle wymyśliwszy system, ile w ogniu pracy lub też przez logikę tej pracy znalazłszy swój rodzaj, nie pomyślał o tem, aby powiązać te utwory z sobą, tak aby stworzyły zupełną historję, której każdy rozdział byłby powieścią, a każda powieść epoką. Spostrzegłszy ten brak łączności, który zresztą nie pomniejsza w niczem wielkiego Szkota, ujrzałem zarazem i system sposobny do wykonania mego dzieła i możliwość jego wykonania. Mimo że, aby tak rzec, olśniony zdumiewającą płodnoścją Waltera Scotta, wciąż podobnego do samego siebie, a wciąż oryginalnego, nie zwątpiłem o sobie, ponieważ ujrzałem źródło tego talentu w nieskończonej różnorodności natury ludzkiej. Traf jest największym powieściopisarzem świata: aby być płodnym, trzeba tylko go zgłębiać. Społeczeństwo francuskie miało być historykiem, ja miałem być tylko sekretarzem. Spisując inwentarz cnót i występków, skupiając główne przejawy namiętności, malując charaktery, wybierając główne wydarzenia społeczne, tworząc typy przez skupienie rysów kilku pokrewnych charakterów, miałem nadzieję, iż zdołam napisać historję zapomnianą przez tylu historyków, historję obyczajów. Przy wielkiej cierpliwości i odwadze, ziściłbym, odnośnie do Francji XIX wieku, ową książkę, w której, ku naszemu żalowi, Rzym, Ateny, Tyr, Memfis, Persja, Indje nie zostawiły nam niestety pomnika swoich cywilizacyj, a którą, na wzór księdza Barthélemy, wytrwały i cierpliwy Monteil próbował stworzyć dla średnich wieków, ale w mniej szczęśliwej formie.
Ta praca, to jeszcze było nic. Ograniczając się do tego ścisłego obrazu, pisarz mógł stać się mniej lub bardziej wiernym, mniej lub bardziej szczęśliwym, cierpliwym i śmiałym malarzem typów ludzkich, bajarzem dramatów codziennego życia, archeologiem społecznego inwentarza, nomenklatorem zawodów, protokolantem złego i dobrego; ale, aby zasłużyć na pochwały które winny być ambicją każdego artysty, czyż nie należało mi studjować przyczyn lub sensu tych objawów społecznych, wydobyć myśl ukrytą w tem olbrzymiem skupieniu postaci, namiętności i wydarzeń? Wreszcie po owem szukaniu (nie powiadam znalezieniu) tej przyczyny, tego motoru społecznego, czyż nie trzeba było zadumać się nad przyrodzonemi zasadami rzeczy, i zbadać, w czem społeczeństwa oddalają się lub zbliżają do wiekuistego prawidła, do prawdy, piękna? Mimo rozległości przesłanek, które mogły same przez się być dziełem, dzieło, iżby było zupełne, wymagało konkluzji. W ten sposób odmalowane, społeczeństwo miało zawierać w sobie przyczynę swego ruchu.
Prawo pisarza, to co go czyni tem czem jest, co — nie lękam się tego wyrzec, — czyni go równym, może wyższym od męża Stanu, jest to jakakolwiek decyzja w przedmiocie praw ludzkich, bezwzględna wierność zasadom. Machiawel, Hobbes, Bossuet, Leibnitz, Kant, Montesquieu są nauką, którą stosują mężowie stanu. „Pisarz musi mieć stanowcze przekonania moralne i polityczne, musi się uważać za wychowawcę ludzkości; gdyż na to aby wątpić, ludzie nie potrzebują nauczycieli”, powiedział Bonald. Wcześnie przyjąłem za prawidło te wielkie słowa, które obowiązują tak samo pisarza monarchicznego jak i demokratycznego. Toteż, jeżeli ktoś zechce przeciwstawić mnie mnie samemu, okaże się, iż źle zrozumiał jakąś ironję, lub też iż niewłaściwie obrócił przeciw mnie słowa którejś z moich osobistości; ulubiony sposób potwarców. Co do wewnętrznego znaczenia, co do duszy tego dzieła, oto zasady służące mu za podstawę.
Człowiek nie jest dobry ani zły, rodzi się z instynktami i ze zdatnościami. Społeczeństwo nietylko go nie psuje, jak utrzymywał Rousseau, ale udoskonala go, czyni go lepszym; równocześnie jednak interes rozwija jego złe skłonności. Chrystjanizm, a zwłaszcza katolicyzm, będąc, jak to powiedziałem w Lekarzu wiejskim, skończonym systemem opanowania występnych dążeń człowieka, jest najdzielniejszym czynnikiem ładu społecznego.
Kiedy uważnie odczytamy obraz społeczeństwa, odlany, można rzec, z natury ze wszystkiem swoim dobrem i wszystkiem złem, wynika stąd ta nauka, iż, jeżeli myśl, lub namiętność (która obejmuje myśl i uczucie) jest czynnikiem społecznym, jest ona zarazem i czynnikiem destrukcyjnym. Pod tym względem, życie społeczne podobne jest do życia ludzkiego. Można zapewnić narodom długowieczność jedynie powściągając pęd ich żywotności. Nauczanie lub, lepiej rzekłszy, wychowanie przez zakony religijne, jest tedy wielką zasadą istnienia narodów, jedynym sposobem zmniejszenia sumy zła i pomnożenia sumy dobra w każdem społeczeństwie. Myśl, tę sprężynę zła i dobra, może przygotować, poskromić, prowadzić jedynie religja. Jedyną możliwą religją jest chrystjanizm. (Patrz list pisany z Paryża w Ludwiku Lambert, gdzie młody filozof-mistyk tłómaczy, mówiąc o nauce Swedenborga, iż od początku świata istniała tylko jedna jedyna religja). Chrystjanizm stworzył nowoczesne narody, on też je utrzyma. Stąd bezwątpienia konieczność zasady monarchicznej. Katolicyzm i królestwo są to dwie bliźnie zasady. Co się tyczy granic, w jakich te dwie zasady winny być ograniczone instytucjami, iżby nie mogły się rozrastać nieograniczenie, każdy rozumie, że ta tak zwięzła przedmowa nie może być traktatem politycznym. Toteż nie podobna mi wchodzić ani w spory religijne ani w spory polityczne obecnej doby. Piszę przy blasku dwóch wiekuistych prawd: religja, monarchja, dwie rzeczy których konieczność głoszą wypadki współczesne i od których każdy rozumny pisarz powinien starać się prowadzić nasz kraj. Nie będąc wrogiem systemu wyborczego, zasady doskonałej dla stanowienia prawa, odrzucam system wyborczy pojmowany jako jedyny środek społeczny, a zwłaszcza tak źle zorganizowany jak jest dzisiaj, nie reprezentuje bowiem imponujących mniejszości, o których ideach, interesach myślałby rząd monarchiczny. System wyborczy, rozciągnięty na wszystko, daje nam rząd mas, jedyny który nie jest odpowiedzialny, i w którym tyranja jest bez granic, zowie się bowiem prawem. Toteż rodzina a nie jednostka jest dla mnie prawdziwą jednostką społeczną. Pod tym względem, choćby mnie miano uważać za wstecznika, staję obok Bossueta i Bonalda, zamiast iść razem z dzisiejszymi nowatorami. Ponieważ system wyborczy stał się jedynym środkiem społecznym, przeto, w razie gdybym się uciekł do niego, nie trzebaby stąd wnioskować o najmniejszej sprzeczności pomiędzy memi czynami a myślą. Inżynier oznajmia, że jakiś most grozi zawaleniem, że przedstawia niebezpieczeństwo dla każdego kto się nim posługuje, a sam przechodzi po nim, o ile ten most jest jedyną drogą wiodącą do miasta. Napoleon cudownie dostosował system wyborczy do ducha naszego kraju. Toteż najskromniejsi posłowie jego Ciała prawodawczego byli najsłynniejszymi mówcami Izb za Restauracji. Żadna Izba nie dorównała Ciału prawodawczemu, skoro je porównać miarą poszczególnych członków. System wyborczy Cesarstwa jest tedy bezspornie najlepszym.
Niektórym wyda się może to oświadczenie pychą i pozą. Będą się prawowali z powieściopisarzem o to że chce być historykiem, będą żądali by się tłómaczył ze swej polityki. Dopełniam tu obowiązku, oto cała odpowiedź. Dzieło które podjąłem będzie długie jak historja, winien byłem podać jego sens, jeszcze ukryty, jego zasady i morał.
Zmuszony z konieczności usunąć przedmowy ogłaszane swego czasu w odpowiedzi na krytyki nawskroś przemijające, pragnę zachować z nich jedno tylko spostrzeżenie.
Pisarze mający jakiś cel, choćby to był powrót do zasad, które znajdują się w przeszłości przez to samo że są wieczne, muszą zawsze oczyszczać grunt. Otóż, ktokolwiek przynosi swoją cegiełkę w dziedzinę myśli, ktokolwiek wskazuje nadużycie, ktokolwiek piętnuje zło iżby je wyświecono, ten uchodzi zawsze za człowieka niemoralnego. Zarzut niemoralności, który nigdy nie minął śmiałego pisarza, jest zresztą ostatnim który można postawić, kiedy się nie ma już nic do powiedzenia jakiemuś poecie. Jeżeli jesteś prawdziwy w swoich obrazach; jeżeli, dzięki wytężonej pracy dni i nocy, doszedłeś do opanowania języka najtrudniejszego w świecie, wówczas rzucają ci w twarz słowo niemoralny. Sokrates był niemoralny, Chrystus był niemoralny; obu ścigano w imię społeczeństw, które zwalali lub przeobrażali. Kiedy się chce kogoś ubić, zarzuca mu się niemoralność. Sztuczka ta, zwyczajna ludziom partji, jest hańbą wszystkich tych którzy jej używają. Luter i Kalwin wiedzieli dobrze co czynią posługując się niby tarczą rozjątrzonemi interesami materjalnemi! Toteż pomarli naturalną śmiercią.
Kiedy się maluje całkowite społeczeństwo, kiedy się je ujmuje w bezmiarze jego falowań, zdarza się, musiało się zdarzyć, że dana kompozycja ujawnia więcej zła niż dobra, że dana część fresku przedstawia grupę występną: dalejże krytyka krzyczeć na niemoralność, nie zwracając uwagi na moralność jakiejś innej części, przeznaczonej na to, aby stanowiła doskonały kontrast. Ponieważ krytyka nie znała ogólnego planu, przebaczałem jej tem łatwiej, ile że tak samo nie można przeszkodzić krytyce, jak nie można przeszkodzić funkcjonowaniu wzroku, mowy i rozumu. Przytem czas bezstronności jeszcze dla mnie nie nadszedł. Zresztą, autor, który nie umie się pogodzić z tem, że mu przyjdzie spotkać się z ogniem krytyki, nie powinien brać się do pisania, tak samo jak podróżny, puszczający się w drogę, nie powinien liczyć na niebo ciągle pogodne. Pod tym względem, pozostaje mi zauważyć, że najsumienniejsi moraliści mocno wątpią, aby społeczeństwo mogło nastręczyć tyleż dobrych co złych uczynków; w obrazie zaś który ja zeń zdjąłem, więcej jest osób cnotliwych niż obrazów nagannych. Czyny godne nagany, błędy, zbrodnie, od najlżejszych aż do najcięższych, zawsze spotykają się z karą ludzką lub boską, jawną lub tajemną. Poszedłem dalej od historyka, miałem większą swobodę. Kromwel nie doznał tu na ziemi innej kary niż ta którą mu nałożył myśliciel. A i to była rzecz sporna między różnemi szkołami. Sam Bossuet oszczędził tego wielkiego królobójcę. Wilhelm Orański uzurpator, Hugo Kapet ten drugi uzurpator, umierają syci lat, nie zaznawszy więcej trosk i obawy niż taki Henryk IV lub Karol I. Życie Katarzyny II i życie Ludwika XIV stanowiłyby dowód przeciw wszelkiej moralności, gdyby je sądzić z punktu widzenia moralności osób prywatnych; dla królów bowiem, dla mężów Stanu, istnieje, jak mówił Napoleon, mała i wielka moralność. Sceny z życia politycznego wspierają się na tej głębokiej refleksji. Dla historji nie jest prawem, jak dla powieści, dążenie do idealnego piękna. Historja jest, lub powinna być tem czem była; podczas gdy powieść powinna być światem lepszym, mówiła pani Necker, jeden z najwytworniejszych umysłów minionego wieku. Ale powieść nie byłaby niczem, gdyby, w tem wzniosłem kłamstwie, nie była prawdziwa w szczegółach. Zmuszony stosować się do pojęć kraju nawskroś obłudnego, Walter Scott był fałszywy, z punktu widzenia ludzkości, w obrazie kobiety, ponieważ wzorów dostarczyły mu szyzmatyczki. Kobieta protestancka nie ma ideału. Może być skromna, czysta, cnotliwa, ale miłość jej, niezdolna do uniesień, będzie zawsze spokojna i stateczna jak spełniony obowiązek. Możnaby mniemać, iż Marja-dziewica wyziębiła serce sofistów którzy ją wygnali z nieba, ją i jej skarby miłosierdzia. W protestantyzmie nie istnieje dla kobiety po upadku żadna możliwość; gdy w Kościele katolickim nadzieja przebaczenia czyni ją wzniosłą. To też dla pisarza protestanckiego istnieje tylko jedna kobieta, gdy pisarz katolicki znajduje nową kobietę w każdej nowej sytuacji. Gdyby Walter Scott był katolikiem, gdyby był sobie wziął za zadanie prawdziwy opis rozmaitych społeczeństw które następowały po sobie w Szkocji, ów malarz Effie i Alicji (dwóch postaci, które sobie wyrzucał w podeszłym wieku) byłby może wcielił namiętności z ich błędami i karami, z cnotami które wskazuje im skrucha. Namiętność, to cała ludzkość. Bez niej, religja, historja, powieść, sztuka byłyby bezużyteczne.
Widząc, iż gromadzę tyle faktów i maluję je tak jak są, czyniąc ich sprężyną namiętność, niektórzy wyobrazili sobie, zupełnie mylnie, że ja należę do szkoły sensualistycznej i materjalistycznej, dwuch stron tego samego faktu, panteizmu. Ale uznaję, iż mogli, iż musieli się omylić. Nie podzielam wiary w nieskończony postęp, co się tyczy społeczeństw; wierzę w postęp człowieka odnośnie do niego samego. Ci, którzy chcą dojrzeć we mnie skłonności zważania człowieka jako istoty skończonej, mylą się bardzo. Serafita, ta wcielona nauka chrześcijańskiego Buddy, wydaje mi się dostateczną odpowiedzią na to dość lekkomyślne oskarżenie wytoczone na innemu miejscu.
W pewnych fragmentach tego długiego dzieła, próbowałem popularyzować zdumiewające fakty, mogę rzec cudy elektryczności, która się przeobraża w człowieku w nieobliczalną potęgę; ale w czem mózgowe i nerwowe zjawiska wykazujące istnienie nowego świata moralnego zakłócają pewne i konieczne stosunki między światami a Bogiem? w czem miałyby zachwiać dogmatami katolickiemi? Jeżeli, na mocy niezaprzeczonych faktów, myśl znajdzie się kiedyś w liczbie fluidów, które przejawiają się jedynie w swoich skutkach, a których istota umyka się naszym zmysłom, nawet spotęgowanym zapomocą tylu mechanicznych środków, będzie to tylko to samo, co było z kulistością ziemi, spostrzeżoną przez Krzysztofa Kolumba, lub jej obrotem wykazanym przez Galileusza. Nasza przyszłość zostanie ta sama. Magnetyzm zwierzęcy, z którego cudami oswoiłem się od r. 1820; piękne badania Galla, spadkobiercy Lawatera; wszyscy ci, którzy, od pięćdziesięciu lat, obrabiali myśl, tak jak optycy obrabiali światło, dwie rzeczy mające tyle powinowactw, przemawiają na korzyść i mistyków, owych uczniów apostoła świętego Jana, i na korzyść wszystkich wielkich myślicieli, którzy zbudowali świat duchowy, tę sferę w której odsłaniają się stosunki między człowiekiem a Bogiem.
Kto wniknie dobrze w sens tego tworu, ujrzy, iż faktom stałym, codziennym, tajemnym lub jawnym, aktom życia indywidualnego, ich przyczynom i zasadom użyczam tyleż wagi, ile jej dotąd przywiązywali historycy do wydarzeń publicznego życia narodów. Nieznana bitwa, która się rozgrywa w dolinie Indre między panią de Mortsauf a namiętnością, jest może równie wielka co najsłynniejsza ze znanych bitew (Lilja w dolinie). W tej idzie o sławę zdobywcy; w tamtej, chodzi o niebo. Niedole braci Birotteau, księdza i kupca perfum, są dla mnie niedolami ludzkości. La Fosseuse (Lekarz wiejski) i pani Graslin (Proboszcz wiejski) są prawie całą kobietą. Codziennie cierpimy w ten sposób. Musiałem sto razy zrobić to, co Richardson zrobił tylko raz. Lowelas ma tysiąc postaci, ponieważ zepsucie społeczne przybiera barwę wszystkich środowisk w których się rozwija. Przeciwnie, Klarysa, ten piękny obraz cnoty doświadczonej namiętnością, ma linje, których czystość przywodzi do rozpaczy. Aby stworzyć wiele Dziewic, trzeba być Rafaelem. Literatura znajduje się może pod tym względem poniżej malarstwa. Toteż wolno mi może zauważyć, ile postaci nienagannych (jako cnota) znajduje się w dotąd ogłoszonych częściach tego dzieła: Piotrusia Lorrain, Urszula Mirouet, Konstancja Birotteau, la Fosseuse, Eugenja Grandet, Małogorzata Claës, Paulina de Villenoix, pani Jules, pani de la Chanterie, Ewa Chardon, panna d’Esgrignon, pani Firmani, Agata Rouget, Irena de Maucombe; ile wreszcie postaci drugoplanowych, które, mimo iż mniej wydatne, niemniej ukazują czytelnikowi wzory cnót domowych. Józef Lebas, Genestas, Benassis, ksiądz Bonet, lekarz Minoret, Pillerault, Dawid Séchard, dwaj Birotteau, proboszcz Chaperon, sędzia Popinot, Bourgeat, Sauviatowie, Tascheronowie i tylu innych, czyż nie rozwiązują trudnego problemu literackiego, polegającego na tem, aby cnotliwą osobistość uczynić zajmującą?
Nie było to małe zadanie odmalować dwa lub trzy tysiące znamiennych figur epoki; taka bowiem jest w rezultacie suma typów, które przedstawia każde pokolenie i które będzie zawierała KOMEDJA LUDZKA. Ta ilość postaci, charakterów, ta mnogość istnień, wymagały ram i – darujcie mi to wyrażenie – galerji. Stąd te tak naturalne i znane już podziały na SCENY Z ŻYCIA PRYWATNEGO, PROWINCJI, PARYSKIEGO, POLITYCZNEGO, WOJSKOWEGO I WIEJSKIEGO. W tych sześciu księgach mieszczą się wszystkie Studja obyczajowe, które tworzą historję powszechną społeczeństwa, zbiór wszystkich jego dzieł i spraw, jakby powiedzieli nasi przodkowie. Tych sześć ksiąg odpowiada zresztą ogólnym ideom. Każda z nich ma swój sens, swoje znaczenie i streszcza jedną epokę życia ludzkiego. Powtórzę tu, ale w krótkości, to, co napisał, zapoznawszy się z moim planem, Feliks Davin, młody talent, wydarty literaturze przedwczesnym zgonem. SCENY Z ŻYCIA PRYWATNEGO przedstawiają dziecięctwo, młodość i ich błędy, tak jak SCENY Z ŻYCIA PROWINCJI przedstawiają wiek namiętności, rachuby, interesów i ambicji. Następnie, SCENY Z ŻYCIA PARYSKIEGO dają obraz nałogów, przywar i wszystkich szaleństw zwyczajnych obyczajom stolicy, gdzie spotyka się równocześnie szczyty dobrego i złego. Każda z tych trzech części ma swoją barwę lokalną: Paryż i prowincja, ta antyteza społeczna, dały tutaj swój olbrzymi zasób kontrastów. Nietylko ludzie, ale i główne wydarzenia życia wyrażają się w typach. Istnieją sytuacje, które się powtarzają we wszystkich istnieniach, typowe fazy, i to jest jedna ze ścisłości, o którą najbardziej się starałem. Starałem się dać pojęcie o rozmaitych okolicach naszego pięknego kraju. Dzieło moje ma swoją geografję, jak i swoją genealogję i swoje rodziny, swoje miejscowości i sprzęty, swoje osoby i fakty; tak jak ma swój herbarz, swoją szlachtę i mieszczaństwo, swoich rękodzielników i chłopów, swoich polityków i dandysów, swoją armję, słowem cały swój świat.
Odmalowawszy w tych trzech księgach życie społeczne, pozostawało ukazać wyjątkowe istnienia, streszczające interesy wielu lub wszystkich, znajdujące się poniekąd poza powszechnem prawem: stąd SCENY Z ŻYCIA POLITYCZNEGO. Dopełniwszy i dokończywszy tego rozległego obrazu społeczeństwa, czyż nie trzeba było pokazać go w jego stanie najbardziej burzliwym, kiedy wylewa się poza swoje brzegi, czy to dla obrony, czy dla podboju? Stąd SCENY Z ŻYCIA WOJSKOWEGO, jeszcze najmniej kompletna część mego dzieła, na którą wszakże zostawię miejsce w tem wydaniu, iżby weszła w nie skoro je ukończę. Wreszcie SCENY Z ŻYCIA WIEJSKIEGO są poniekąd wieczorem tego długiego dnia, jeżeli wolno mi tak nazwać dramat społeczny. W tej księdze znajdą się najczystsze charaktery, wcielenie wielkich zasad ładu, polityki, moralności.
Oto jest podstawa pełna figur, pełna komedyj i tragedyj, na której wznoszą się Studja filozoficzne, druga część dzieła. W nich wykazuję przyczynę społeczną wszystkich zjawisk; odmalowuję uczucie po uczuciu, spustoszenia myśli. Pierwszy z tych utworów Jaszczur, łączy poniekąd Studja obyczajowe ze Studjami filozoficznemi, ogniwem fantazji niemal wschodniej, gdzie odmalowane jest samo Życie w jego zmaganiu z Pragnieniem, istotą wszelkiej Namiętności.
Powyżej znajdą się Studja analityczne, o których nie powiem nic, ponieważ ogłosiłem z nich tylko jedno, Fizjologję małżeństwa.
W niedługim czasie mam zamiar dać dwa dzieła w tym rodzaju. Najpierw Patologję życia społecznego, a następnie Anatomję ciał nauczających i Monografję cnoty.
Wiedząc ile mi zostało do zrobienia, może powie ktoś o mnie to, co powiedzieli wydawcy: „Niech mu Bóg udzieli życia!” Pragnę jedynie, abym nie był tak nękany przez ludzi i okoliczności, jak to się dzieje od czasu, gdy podjąłem tę przerażającą pracę. Miałem to szczęście, i dzięki za to składam Bogu, że największe talenty tej epoki, najpiękniejsze charaktery, że szczerzy przyjaciele, równie wielcy w życiu prywatnem, jak tamci w życiu publicznem, ściskali mi rękę i mówili: „Odwagi!” I czemuż nie miałbym wyznać, że te sympatje, że objawy dawane mi od czasu do czasu przez nieznajomych, podtrzymywały mnie w tej drodze, i przeciw samemu sobie i przeciw niesłusznym napaściom, przeciw potwarzy, która mnie tak często ścigała, przeciw zniechęceniu i przeciw tej zbyt gorączkowej nadziei, której wyraz poczytywany bywa za dowód nadmiernej miłości własnej? Postanowiłem przeciwstawić stoiczną obojętność napaściom i zniewagom; dwukrotnie jednak nikczemne potwarze zmusiły mnie do obrony. Jeżeli wyznawcy przebaczenia zniewag ubolewają, że pokazałem mą sprawność w szermierce pióra, wielu chrześcijan jest zdania, iż żyjemy w czasach, gdzie dobrze jest pokazać, że milczenie nasze mieści w sobie pewną wspaniałomyślność.
W związku z tym przedmiotem, trzeba mi zauważyć, że uznaję za swoje dzieła jedynie te, które noszą mój podpis. Poza KOMEDJĄ LUDZKĄ, mego pióra są jedynie te, które noszą mój podpis. Poza KOMEDJĄ LUDZKĄ, mego pióra są jedynie: Sto uciesznych opowiastek, dwie sztuki teatralne i pojedyncze artykuły, które są zresztą podpisane. Posługuję się tu bezspornem prawem. Ale to zaparcie się, gdyby nawet tyczyło utworów w których współpracowałem, podyktowane jest nietyle miłością własną ile prawdą. Gdyby mi nadal uparcie przypisywano książki, których, mówiąc literacko, nie uznaję za swoje, ale których własność mi powierzono, pominąłbym to milczeniem, dla tej samej przyczyny, dla której zostawiam wolne pole potwarzy.
Ogrom planu, który obejmuje równocześnie historję i krytykę społeczeństwa, analizę jego cierpień i dyskusję jego podstaw, uprawnia mnie do dania memu dziełu tytułu, pod którym ukazuje się dziś: KOMEDJA LUDZKA. Czy tytuł ten jest ambitny? czy tylko sprawiedliwy? To, po ukończeniu dzieła, osądzi publiczność.

H. DE BALZAC.

Paryż, w lipcu r. 1842.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.