Promień/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Promień
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Data wydania 1930
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X

Od chwili przybycia Anuli do wspólnego mieszkania życie pana Jana zmieniło się cokolwiek. Melancholia stopniowo, z dnia na dzień w nim się zmniejszała wskutek mnóstwa prac umysłowych i fizycznych. Główną osią jego rozmyślań i studyów była kwestya wychowania początkowego. Czasu swej młodości zajmował się tą sprawą teoretycznie, badał ją z pilnością w szeregu innych, tak samo jak ekonomię polityczną, albo nauki przyrodnicze. Wypełniała pewne rubryki katalogu rozumowanego, więc ją oglądał dosyć prędko i w głównych rysach. Z czasem zapomniał o niej zupełnie, jakby to była luźna data z historyi Rzymian. Dopiero w epoce panowania nad sercem i mózgiem samowładnego smutku, po zjawieniu się u ogniska domowego, wskutek zbiegu wydarzeń, dwu dziewcząt jednego niemal wieku, sprawa kształcenia zaczęła go najprzód nieprzyjemnie dręczyć, zmuszać do refleksyi, a wreszcie palić i roznamiętniać. Nie było to już teoretyczne studyum, lecz jakby szereg stopni silnego wzruszenia, ujętych w pewną ścisłą formę. Do wychowania tych dwu sierotek Raduski tak się rzucił, jak człowiek bierze się do zwalczenia choroby, o istnieniu której zawiadomił go lekarz życzliwy. Dawno powzięte wiadomości o kształceniu pierwiastkowem w Anglii, Francyi, Szwecyi, Szwajcaryi przydały mu się teraz, jak szczypta wiedzy medycznej może się przydać człowiekowi, wędrującemu przez stepy, gdzie znajduje nędzarza okrytego ranami. Wziął się na nowo do czytania i wszedł w sam środek kwestyi. Główne współpracownictwo przypadło w udziale pani Grzybowiczowej. Ona to była właściwie wychowawczynią dziewcząt. Codziennie bodaj w mieszkaniu redakcyjnem toczyły się dyskusye, jaki system obrać i zastosować należy. Pani Grzybowiczowa była zdania, żeby unikać wszelkich systemów i wychowywać «na dobre kobiety»; mąż jej żądał tylko «ducha wolnomyślności»; Raduski usiłował wyłożyć główną myśl swoją, której ani jedno, ani drugie jasno nie oceniało. Pragnął on kształcić te dziewczęta na kobiety, zdobywające własną pracą nietylko utrzymanie, ale i charakter. Marzył o systemie jeszcze nieznanym, któryby rozwijał swobodnego ducha, nie wykrzywiając go, nie raniąc i nie obarczając kajdanami. Wychowanice miały, według niego, rozpoczynać naukę wzorem szwajcarskim, praktykowanym w szkołach elementarnych, czyli przyjmować wiadomości bardzo wolno, bez żadnej forsy i udręczeń. Obok tego wszakże miały wzwyczajać się do ciągłej pracy, a więc: sprzątać pokoje, robić w ogródku i w kuchni razem ze służącą, chodzić z panią Grzybowiczową do sklepów i w oczach jej kupować bułki, nabiał, mięso, nosić sprawunki itd. Każda z dziewczynek musiała w oznaczonych godzinach wystrzygać i kleić paski pocztowe na gazetę i nosić listy do skrzynek. Służąca nie miała prawa usługiwać im w niczem. Same słały swe łóżka, czyściły obuwie i sukienki, nosiły dzbanki z wodą, zamiatały mieszkanie, schody i dziedziniec.
Nim upłynęło kilka tygodni, Grzybowicz pochłonięty przez gazetę zaprzestał wtrącania się do ministeryum edukacyi. Raduski, wcieliwszy w życie swój wymyślony program, usunął się i przyglądał, jak pani Grzybowiczowa, zrozumiawszy intencye opiekuna, rzecz prowadziła. Elżbietka nie dała się odrazu nagiąć do surowego regulaminu. Kaprysy jej, płacz i krzyki, leniwe opuszczania wyznaczonych robót zatruwały Raduskiemu spokój. Ale zwolna, zwolna dawne pieszczące warunki nikły w pamięci dziecka, maleńkie radości nowego życia nabrały uroku i poczęła ciągnąć pług swego losu. Więcej zmartwień dostarczał wychowawcom charakter Anuli. Rychło spostrzeżono, że to dziecko przedmieścia umie nie tylko kłamać ale i kraść, nie tylko doskonale oszukiwać ale nawet udawać cnoty, jakich żądano. Zbadawszy te jej przymioty, pan Jan wziął się do dzieła, do studyów psychologii, do wertowania literatury, roztrząsającej występki dzieci. Siadywał w nocy, zagłębiając się coraz bardziej w swe umiejętności, a właściwie po swojemu walcząc z naturą, z jej złemi siłami, których stępianie, a jeśli się dało niweczenie, stanowiło rozkosz jego duszy. Ciągła obserwacya życia wychowanek, dziwne krążenie w świecie ich cnót, wad, przymiotów sprawiło, że coraz lepiej udoskonalał ów system i że, wespół z panią Grzybowiczową, w istocie hodował dusze i ukształcał charaktery sierotek. Chciał być wszędzie i zawsze bezstronnym, nigdy pod jakimkolwiek względem nie dawać doktorównie pierwszeństwa nad córką nędzarza, ale mimowoli serce jego miłowało Elżbietkę. Gdy patrzał, jak zamiatała podwórko, albo niosła kosz z miasta, coś się w nim przewracało, jak gdyby czuł na swej twarzy wejrzenie zgasłych oczu. Wtedy tłómaczył się przed niewidzialnym cieniem, że tak trzeba, że Elżbietka musi wyrosnąć na kobietę przyszłego czasu, uzbrojoną w środki walczenia ze zbójeckiem życiem. Ale zawsze takie rozmyślanie wtrącało go do mrocznej sztolni, którą żartobliwie nazywał podziemiami swej duszy. Wówczas szedł do drukarni, stawał przy korbie i wespół z robotnikami wprawiał w ruch maszynę przez kilka godzin z rzędu.
Trud fizyczny nie odpędzał tęsknoty, nie niweczył jej całej, ale tłukł ją niby młotem długo, i długo, aż się zwinęła i układała na swojem miejscu. Sprawa kształcenia dziewcząt poniewoli złączyła się z innemi, o których Raduski myślał, zakładając pismo. A więc występowały rozmaite kwestye czysto łżawieckie: kwestya służących, kwestya terminatorów żydowskich, dzieci błąkających się po ulicach, starców nie mogących pracować itd. W tym samym czasie zaczęły się ukazywać w Echu artykuły pod ogólnym nagłówkiem «Typy». Były to barwne zestawienia żywota np. służącej w miasteczku szwajcarskiem i w Łżawcu, losu terminatora szewckiego w Niemczech i na Kamionce, chłopca sklepowego na głębokim partykularzu we Francyi i w handelku przy ulicy Wąskiej. Artykuliki wyż wzmiankowane sprawiły efekt mniejwięcej taki, jak wetknięcie patyka w mrowisko. Tak zwane «panie» tj. matki, ciotki, i stryjenki «domów» piorunowały na wszelkich recepcyach i szydziły z «rojeń» Echa, z zachcianek, ażeby Kasie i Florki jadły i spały lepiej, niż to miało miejsce w łżawieckich karalucharniach. Panowie majstrowie podrwiwali przy kufelku z nowomodnych gazeciarzy, a panowie kupcy bez ceremonii odsyłali pismo. Ale źródłem istotnego zgorszenia był feljetonik, doradzający pannom, które już grywają walce Millöckera i mazurki Godarda tudzież oczekują na epuzerów z posadami w utęsknieniu ducha i ciała, a w utęsknieniu ciała sroższem niż ducha, żeby w chwilach wolnych od marzeń i walców myły podłogi i przynajmniej zlekka szorowały schody (srodze brudne w mieście Łżawcu), jak to czynią nawet bardzo zamożne i utalentowane Niemkinie oraz Szwajcarki. Było to, rzecz prosta, bezbożne szarpanie świętej instytucyi rodziny, obyczajów i moralności. Raduski wiedział, że nie można przenosić od jednego zamachu ciężkiej kultury, że co innego miasteczko Rüti, a co innego żydowska stolica Pałąki, ale wierzył również w dobry kącik serca człowieczego. Kiedy rozprawki pisane przez Grzybowicza wśród debatów «gremium» t. j. pana Jana i żony autora poczęły budzić dość żywe zaciekawienie w mieście i na prowincyi, kiedy ilość listów z admonicyami, z protestami, zachętą, a nawet ze zwyczajnem staropolskiem «besztaniem» zwiększała się ciągle, raptem owa druga z rzędu drukarnia zerwała kontrakt o jakąś błahostkę. Pewnego dnia Echo nie wyszło. Gazeta łżawiecka obwieściła urbi et orbi zgon tak pożytecznego czasopisma i zawinęła ten rzewny nekrolog we właściwy komentarz. Raduski rzucił się do drukarzy z propozycyami bajecznemi. Ledwo po upływie dni czterech zdołał namówić trzeciego z rzędu do zawarcia umowy. Czcionki tam były wstrętne, gazeta nie ukazywała się we właściwym terminie i ogrom trudów stanął w poprzek drogi. Mimo to wszystko sprawa szła naprzód. Począł się właśnie w odcinku druk studyum o parobkach i wywołał zainteresowanie.
Pewnego dnia stanął we drzwiach redakcyi gość niespodziewany. Był nim pan Olśniony. Miał, jak za pierwszej bytności, oczy przymknięte, na wargach uśmieszek. Zbliżył się do stołu, gdzie Elżbietka cięła opaski, złożył pocałunek na głowie tego dziecka, westchnął i usiadł. Raduski przysunął swe krzesełko i mimowoli zadał sobie pytanie, czy też lada moment nie nastąpi tak zwane starcie przekonań. Olśniony, wykwintnym ruchem ulokował na biurku swój cylinder, odpiął guziczek czarnej rękawiczki, drugi guziczek i, kiedy zaczął ściągać połyskującą skórkę z dużego palca, rzekł z uśmiechem:
— Czy też kolega domyśla się, czemu to drukarze tutejsi zrywają umowy i, jak sądzę, zrywać je będą aż...
— Domyślam się...
— Niechże kolega raczy mi wymienić tę przyczynę.
— No pocóż te formalności? Przecie to pan...
— Tak, to ja. Widzimy tedy, że zdejmuję maskę.
— Co prawda, to ja widzę tylko, że pan zdjąłeś rękawiczkę.
— Mam nadzieję, że szanowny kolega oceni tę moją szczerość i dla niej przebaczy mi winę oddziaływania na drukarzy.
— O, z całą gotowością, ale pod jednym warunkiem. Pod warunkiem, że pan nazwie mi ową siłę, dzięki której drukarnie odrzucały pewny zarobek...
Olśniony wykonał palcami prawej ręki na dłoni lewej ruch, przypominający liczenie miedziaków. Kiwał wtedy głową z uśmiechem pobłażliwości i jakby współczucia.
— Nie śmiem — rzekł Raduski — jak to pan redaktor zrozumieć zechce, sięgać do dalszych przyczyn tego postępowania, gdyż prowadziłoby to nas do szkatułki z «zasadami»...
— A jednak ja po to przyszedłem, po to przyszedłem tutaj... — wtrącił redaktor Gazety, biorąc na twarz wyraz surowości.
— W istocie? — Okazuje się, że jestem dobrym spostrzegaczem, kiedy bowiem szanowny pan redaktor ukazał się we drzwiach, myślałem niezwłocznie w głębi mego serca: oto idzie człowiek, niosący ze sobą «przekonania».
Olśniony schylił zlekka głowę i westchnął.
— Czyż pan sądzi — mówił — że tak nie jest, że ja ich nie mam? Czyż pan tak sądzi? I to na tej podstawie, że o nich dzień w dzień nie krzyczę, kwasek subtelnej ironii przenika mowę pańską. Niech pan jednakże zapyta tysiąca z górą odbiorców mojej gazety, czy ona służyła kiedy prywacie, czy uchybiła kiedy dobru ogólnemu? Niech pan zapyta, kogo pan sobie zechce z wrogów moich, czy Olśniony przez lat blisko trzydzieści nie był wiernym sługą swego społeczeństwa. Jeżeli pięciu ludzi znajdzie się w Łżawcu, czy gdziekolwiek w kraju, którzy orzekną: nie, w godzinę po takim wyroku zwijam pismo. Byłbym nikczemnikiem, gdybym stojąc na miejscu redaktora...
— Tak jest — rzekł Raduski.
— Te kilka słów stanowią pierwszy punkt interesu, którym niepokoję pana. Drugi punkt — wyłożę krótko.
— Słucham.
— Ja gotów jestem natychmiast zwrócić panu siedm tysięcy rubli, któreś od chwili rozpoczęcia tej historyi, z Echem, dodam, zbyt hojnie wyłożył.
Raduski zesmutniał, przechylił głowę na bok i, nie spuszczając oka z głowy Elżbietki, słuchał uważnie.
— Siedm tysięcy rubli jest to więcej, niż trzecia część całego kapitału po świętej pamięci stryju szanownego kolegi... — mówił siwy gazeciarz tonem trafiającym w samo sedno myśli słuchacza.
Pan Jan zwrócił swe oczy na przyszwę buta z prawej nogi Olśnionego i wolno, ledwo dostrzegalnie potakiwał.
— Od pierwszego momentu wydawnictwa upłynęło... ileż? Sześć? Nie, siedm miesięcy. Każdy miesiąc, to tysiączek rubli. Czy pan uważa? Masz kolega przed sobą dwanaście, trzynaście miesięcy, a potem? Za cóż będziemy kształcili dwie sierotki? Daruj mi, że tu na tej dłoni położę twe szlachetne serce. Przypatrz się: od dziś za rok będziesz bez grosza; prócz tego, idąc tą samą drogą wychowania dwu dziewcząt, ukochasz piękne dzieło swej pedagogii. Będziesz je musiał rozciąć, urwać, zawiesić wówczas, gdy ono stanie się kwestyą twego życia, w literalnem znaczeniu, kwestją twego życia. Roztrząśnij pan to, co mówię, bo tu każde zdanie jest prawdą, waży sto funtów!
— Przecież nie będę wydawał tysiąca rubli co miesiąc, bo tylko początki zmuszały mię do takiej forsy. Prenumerata się zwiększa wolno, ale bez przerwy.
— Mówię: pismo pańskie chcę kupić za cenę wydanych pieniędzy. Obrócisz pan ten fundusik w sposób sobie właściwy...
— Rumienię się jak płoche dziewczę wobec tak szczodrych pochwał mej cnoty...
— Jeżeli zgoda między nami zawartą nie będzie, to cóż? To musi nastąpić moje ultimatum, że to pismo wychodzić przestanie.
— Dlaczegóż to?
— Dlatego, że ja chwycę się środków silnych.
— Mianowicie?
— Pierwszy z brzegu: opłacam jak rok długi wszystkich trzech drukarzy. Daję każdemu z nich podwójny zarobek, jakiby mógł mieć u pana. Sądzisz, że to mię zrujnuje? Bynajmniej. To mi wyrwie z kieszeni kilka tysięcy rubli, ale w każdym razie mniej, niż pańska gazeta. A cóż pan zrobisz? Założysz własną drukarnię? Na to trzeba... fiufiu... lekko licząc...
Raduski zmarszczył czoło i pobladł.
— Widzi kolega... ten argument znalazł drogę do jego przekonania!
— Znalazł... tak jest, znalazł. Ten sam argument mógłby służyć w każdym sądzie za corpus delicti, jak Olśniony hodował przez lat blisko trzydzieści święte przekonania, lecz to... Uważa pan, nie koniecznie ja będę kupował drukarnię, tę nową, czwartą. Może to zrobi spółka...
Qui vivra, verra. Co do insynuacyi na moją niekorzyść... oświadczam, że środki jakimi panu zagroziłem, przekonaniom uwłaczać nie będą.
— Masz pociechę!
— Ja pańskie pismo zwalczać muszę i zwalczę w interesie pryncypiów, którym służę, i, sądź pan, kosztem ofiar wyłożonych z własnej kieszeni.
— Musi to być duża kieszeń. Pan daruje, że o tem mówię, ale skoro nie tylko moja mała portmonetka tak panu jest znaną, ale i komórki mojego serca...
— Ja rzeczywiście grosza nie pożałuję... Czyż się zapieram, że gazeta daje mi dochód, że w ciągu kilkunastu lat obfitej prenumeraty uzbierałem kapitał? Ale nie o to chodzi. Nie chodzi mi o utrzymanie dla żony i czworga dzieci, choć mi się to przecie należy, tylko, wierz pan, czy nie wierz, o zasadę. Ja tu jestem autochtonem. Ja tu jestem wyrazicielem życia, uczuć, marzeń. Ja tu znam wszystko i wszystkich, ziemię i wodę, domy i mogiły. Rozumiem tu wszystkich i mnie wszyscy. To niema o czem mówić. Tak jest. Z czemże pan przychodzisz? Z czemś...
Raduski zaczął się śmiać głośno, a później rzekł:
— Nie wyjawię panu tego, nie wyjawię nawet, czemu tak przezornie sobie poczynam.
Brwi Olśnionego drgnęły, niby wskazówki zegara, usta zacięły się na chwilę.
— Przyszedłem do pana z otwartą umową, nie sam, bo z mandatem od moich czytelników. My wszyscy nie możemy zezwolić na byt Echa pod pańską opieką. Czynimy tak w myśl bardzo mądrej zasady starożytnych principiis obsta! Niechaj to będzie odpowiedzią na śmiech pański.
— A niechaj będzie.
— Masz pan tedy do wyboru: walkę z nami, albo ustępstwo.
— Mam.
— Jesteś pan jednym z najszlachetniejszych fantastów, którym się widzi...
— Czyliż, będąc autochtonem łżawieckim, można jednocześnie mieć wiadomość o tem, co się widzi fantastom?
— Za siedm tysięcy rubli zrobisz dużo dobrego na świecie, a ja musiałbym je przeznaczyć na skrytą walkę, którą z pewnością wygram. Dlatego przyszedłem. Powiedzże pan jeszcze raz, że, gdy się uniżam, gdy znoszę pański śmiech, tchnący zniewagą, gdy staję tutaj z tymi pieniędzmi, zamiast je wydać pokryjomu dla nasycenia mojej ambicyi, jestem w sprzeczności z memi zasadami!
— Opuszcza pan wyraz — «świętemi».
— Umyślnie to robię. W zasadach dużo jest ziemskiego. Najcudniejszy, wonny kwiat korzeń ma w ziemi a żywot czerpie z gnoju.
— Niestety! niestety!
— Wymówiłeś pan to słowo w takim sensie, jak gdyby tylko moje mniemania przypominały kwiaty z korzeniami głęboko tkwiącemi w ziemi, a wszakże sam tu wspomniałeś z uciechą o szerzeniu się prenumeraty Echa.
— Tak, wspomniałem, ale...
Excusez! Gdybym chciał być równie uszczypliwym, byłbym w prawie twierdzić, że w podniosłej działalności piśmienniczej pańskiej nie małą rolę odgrywała wojna o prenumeratorów.
— Wojna? A gdzież to i kiedy wojowałem z panem?
— No tak, walki pisanej, polemicznej nie było. jeżeli kto wszczynał ją w druku, to ja, przyznaję się.
— Chwała Bogu.
— Ale czy możesz pan utrzymywać, że ja byłem w tym wypadku gorszy od pana, że nie byłem tylko bardziej szczery? Nie stanąłeś przeciwko mnie, to prawda, ale za to samym wyborem programu, samem t. zw. poruszaniem kwestyi usiłowałeś pan wzburzyć umysły prenumeratorów i ściągnąć ich do siebie. Usiłowałeś wskazać, jakich dziedzin Gazeta, wcale nie zna, owych «kwestyj» żywotnych, owej ropy na ranie. Czy mówię prawdę? Ale z ręką na sercu!
— Z ręką na sercu? Dobrze, ja panu powiem. Jak nie zaczynałem wcale walki piśmienniczej ani ustnej, tak samo z ręką na dążeniach serca mówię, że nie zacząłbym ich nigdy. Weź pan na rozum! O cóż to ja mogę polemizować z Gazetą łżawiecką? O nic. Literalnie o nic. Gdybym chciał używać pięknych określeń dla moich i pańskich «zasad», rzekłbym, że ja jestem służącym światła, a pan klucznikiem ruder i lamusów. Cóż my mamy wspólnego? O co możemy się spierać? O nic. Możemy sobie tylko nawymyślać przy zetknięciu się wzajemnem, ale tego ja nie uczynię, choćbyć mię pan prowokował jeszcze bardziej głośno.
— Ja nie prowo...
— Zaraz, zaraz! Co do przypuszczenia, że łaknę pańskiej prenumeraty i chcę nią napchać pugilares, to jeśli pan zważysz sprawę bez zaślepienia, łatwo spostrzeżesz istotny stan rzeczy. Nikt skrupulatniej odemnie we wszystkiem, zawsze i wszędzie, a główna w tak zwanych zasadach, nie szuka interesu materyalnego. To też dla mojego rozumu, jak fiksacya wygląda myśl, że ja mógłbym pana zwalczyć. Gazeta łżawiecka jest to interes. Z interesem, bronią jakiejś idei, może walczyć tylko człowiek obłąkany. Ja nim nie jestem. Gazeta łżawiecka to interes świetny, jak, naprzykład, dystrybucya w dobrym punkcie, jak karczma na rozdrożu, jak sklep, założony we właściwym czasie i miejscu. Jest to wyszynk wiadomości takich właśnie, jakich główny kontyngent czytających żąda. Czyż przedsiębiorstwo tego gatunku może nie iść? Idzie i bramy piekielne go nie zwyciężą. Mojemu pisemku szło doprawdy o coś wręcz innego. Echo nie jest wcale wyszynkiem zdarzeń i popłatnego w Łżawcu «dobra i piękna». To też pańscy księża, pańska gruba i cienka szlachta, pańscy burżuje czytać go nie będą. To jest coś tak innego...
— Ja wiem, co to jest.
Raduski zamilkł i począł wycierać rękawem jakąś plamkę na surducie.
— Więc jakże szanowny redaktorze? Daję odstępnego siedm tysięcy rubli... — cedził Olśniony, według swego zwyczaju nakrywając białą ręką o długich palcach brodę i dolną wargę.
Przez chwilę trwała cisza. Wreszcie Raduski podniósł zimne oczy na twarz gościa i, od niechcenia wskazując ręką Elżbietkę, rzekł:
— Na głowę tego dziecka zaręczam panu, że nie ustąpię ze Łżawca, nie przestanę wydawać pisma i robić, com umyślił. Mam jeszcze trochę pieniędzy. Gdy pan rozpoczniesz swe tam... intrygi, zawiążę spółkę. Na świecie i w Łżawcu nie sami tylko pańscy mandataryusze. Nie same tu rudery i mroki. To, co blask oświeci...
— Na głowę tego dziecka?... — mówił tymczasem redaktor Gazety, zwolna pochylając korpus swego ciała i uśmiechając się okrutnem szyderstwem. — Jakiż to talizman?
Krew zawrzała w Raduskim i płomieniem wionęła przez jego głowę. Cisnął w twarz starca ponure spojrzenie, jakby go między oczy ciął toporem, i mówił:
— Pan wiesz, dlaczego to dla mnie talizman! Wszakże to pan pisałeś do mnie bezimienne listy, w których twierdziłeś, że tamta kobieta...
— Ja... bezimienne listy? — rzekł z cicha Olśniony, wstając ze swego miejsca. — Ejże!
Głos jego zerwał się, a lewa ręka dygotała nerwowym ruchem. Raduski wlepił weń oczy i rzekł po upływie kilku minut badania:
— Aha... Przepraszam... Więc to nie pan... Aha...
— Co pan takiego mówisz... do mnie, jak śmiesz... do mnie...
Jan wydobył z szuflady kilka małych arkusików papieru i pierwszy z brzegu położył na stole. Redaktor wziął go w rękę, zbliżył do zmrużonych oczu i przeczytał wszystko, co tam było. Później złożył ten arkusz.
— Znasz pan może to pismo, jako wyobraziciel domów i grobów? — rzekł Raduski.
— Pisma nie znam. Ale wiem kto jest autorem.
— Któż?
— To nie moja rzecz.
— Koszczycki, który do was przyrósł? Koszczycki, co?
— A więc moja propozycya odrzucona?
Raduski przyciągnął Elżbietkę i, jakby zamiast odpowiedzi, złożył na swem sercu jej głowę. Olśniony skłonił mu się sztywnie i, skrzypiąc z cicha butami, wyszedł. Gdy się drzwi za nim przymknęły, Raduski podniósł oczy i patrzał w tamtą stronę. Minęła jedna minuta, druga, trzecia. On tak wciąż siedział z oczyma utkwionemi we drzwi, żując coś w ustach, jakby rozgryzał zębami słowo, czy zdanie, które chciał cisnąć za odchodzącym.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.