Ponad wszystkiem!/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Ponad wszystkiem!
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



PONAD WSZYSTKIEM!



Myśli, wysławiające ból i śmierć, cóż więcej śród ludzi — gdy tylu jest obłudnych i bojaźliwych — napotkać mogą, prócz jednej nienawiści. Niech będą głosem prawdy szczerej i nieulęknionej — tembardziej znienawidzone zostaną i wyklęte. Nienawidźcie ich, poczciwcy, którzy kłamstwu chętnie dalibyście świadectwo, gdyby odeń spłynąć na was miała łaska bezbolesnego i długiego żywota — i nienawidząc, kamienujcie myśli te kamieniami, jakie do ręki wam poda upragnienie życia za jakąbądź cenę. Wiedzcie jednak, iż uczczenie kłamstwa nie jestto jeszcze obmierzłej prawdy pochów. Daremna! Nad ukamienowaną ubijecie ziemię i darnią ją obłożycie i głazem jeszcze przyciśniecie i na straży Milczenie z jednej, a Niepamięć z drugiej postawicie strony. Daremna! Nie będzie to jej zabicie, wstanie ona, jako opary wstają nad cmentarzyskami i zasnuje blask ucztowania waszego.



I.

Otóż przyszłaś — ledwie spłynął wieczór, ledwie z łąk zeszli kosiarze, ledwie pierwsza łódź rybacka zakołysała się na naszej rzece, śród drżących łusek złotych, już pociemniałych.
Cieniem nasiąka zachodnia strona nieba. Powiewne chmurki, obłoczne puchy lekkie, które przed chwilą wyścielały purpurową łożnicę słońca, gdy ta się zapadła, zostały na krawędzi niebios opuszczone i smutne. Niebawem objęła je szarzyzna, ociężałość; stały się podobnemi do dymów rozwleczonych i zastygłych nad pogorzeliskiem.
Czy to ty wlałaś w nie przenikliwy smutek istot, skarżących się, iż słońcu już nie są potrzebne, ozdabiać łożnicy jego więcej nie będą, ani w wieńcu płomiennym nad piękną głową jego już nie zawisną? Przyniosłaś z sobą taką cichość, że najsłabsze chmur westchnienia rozgłośnie toczącym się echem do uszu wpadają.
Przyszłaś. Nie czekałem dziś na ciebie, anim się ciebie spodziewał.
Dzień ten był dniem słońca, dniem światła życiodajnego i tchnień gorących. Ku południowi promienność oślepiająca, zaledwie pozwalając oczom musnąć strop nieba spój rżeniem olśnionem, spychała je wnet na ziemię.
«Dość wam pięknych światełek, któremi łaska słońca pierś jej ozdobiła».
Jakoż wszędzie była mnogość świetnych blasków; szata, okrywająca ciche i martwe wnętrze ziemi, bogato nimi zahaftowaną była.
Na miedzach i polnych drożynach błyszczały smugi wodne, które wczorajsza zostawiła burza; wiatr, popijając z nich (— zdyszany gonitwą i po niej spragniony) — wprawiał je w drżenia świetlne. Przydrożne młode topole, wstrząsając wierzchołkami, odsłaniały niedbale swe bogactwo, swoje srebro, rozsypane w mnóstwie drobnych, świetnie połyskujących krążków śród bujnego, obmytego świeżo listowia.
Po łąkach nieskoszonych szedł dreszcz srebrzysty, dreszcz wstydliwości i zasromania się dojrzałych traw, niepokojonych obecnością rozkwitłych śród nich maków, które w czerwieni swej tchną na łąkę żarem gorącej żądzy, upragnień wzburzonej krwi.
Świeże pokosy miały ten swój cudny zapach, słaby i delikatny, który by pochwycić — trzeba szeroko rozdętych nozdrzy i silnego, pełnego oddechu. Rzekłbyś — to zapach młodości, zapach twej pierwszej kochanki, jej włosów rozpuszczonych i ramion wstydliwie usuwających się od twych ust.
Jest nad rzeką urocza, zaciszna ustroń, zboczem osłonięta wzgórza, cieniem nakryta prastarych sokor i szumem ich owiana. Głogi, tarnina i róże polne oplatają czarne pnie drzew o nabrzmiałej, spękanej korze. Róże kwitną. Pomiędzy wzgórzem i nadbrzeżną wikliną łąka się usłała a na niej niedawne, przywiędłe pokosy. Kilka dziewcząt grabiło siano.
Były młode, zdrowe, silne i ochocze. Gdy wszystko naokół miało zapach, one miały swą świeżość, wiośnie ujętą. To, co u innych naokół rzeczy było blaskiem, odkradzionym słońcu, w nich stało się wesołością nieustannie roześmianą, radością życia niemilknącą, radością, która wypowiada się bezwiednie a ciągle w każdym ruchu, słowie i wejrzeniu.
Praca ich nie była ciężką; nieustannie przerzucały się słówkami, którym towarzyszył śmiech. W ruchach swych szafowały siłą do zbytku a bez troski. Coraz to która z nich, rzuciwszy grabie, chwytała w pół towarzyszkę; poczynały się mocować, póki jedna drugiej nie zwaliła na ziemię śród krzyków i ogólnej uciechy.
Gibkie i sprężyste ciała ich były najdoskonalszym wyrazem życia, najdźwięczniejszym jego okrzykiem, najbardziej iskrzącą z tych fal, które na powierzchni martwej ziemskiej bryły zadrgały, zakipiały i rozsrebrzyły się od blasku i ciepła słonecznego.
Tyś jeszcze nie nadeszła.
Czy wiesz, o czem w tej ustroni myślałem?
Oto — iż przez chwilę chociaż istnieć może na świecie zakątek, w którym niepodzielnie panuje życie, zbudzone w radosnem poczuciu młodości i zdrowia — i cieszyłem się, że ciebie tam nie było.
Ona.
Mylisz się. Byłam. Nie dostrzegły mnie twoje oczy, jak nie dostrzegły tego dziewczęcia, które ani w pracy, ani w uciesze nie miało udziału. Zasłaniał ją nadbrzeżny krzak wikliny, cień, którego litościwie darzył ją ochłodą.
Słuchaj. To dziewczę — nim nadeszłeś — do spólnej zabrało się z rówieśnicami swemi roboty, ujęło grabie w wątłe, wyschłe swe rączki, próbując ukryć ich drżenie. Uśmiech żałosnej niepewności i zawstydzenia błąkał się po jej ustach, a spojrzenie prosiło:
— Nie śmiejcie się ze mnie.
Ale nikt się nie śmiał; wszystkie spoglądały na nią życzliwie, lubo z cieniem frasunku. Bezwątpienia żadna nie chciałaby frasunku tego jej okazać, lecz właściwością jest dusz prostych, iż nic ukryć nie umieją i mimowoli, w sposób naiwny dają wyraz swym uczuciom. To też, pewnie wbrew woli tych dziewcząt, tracił powszednie swe brzmienie i jakichś śpiewnych tonów żałości nabierał głos ich, gdy upominały swą siostrę:
— Nie męcz się, Joasiu. Nie lepiejby ci to pójść w cień wikliny, gdzie chłodek od rzeki pociąga. Nasłałybyśmy dla ciebie pachnącego sianka. Idź tylko, połóż się tam, a zobaczysz, jakich ci pięknych naprzynosimy maków, jak ustroimy kwiatkami twoje śliczne włosy.
A ona jeszcze żałośniejszem spojrzeniem milcząco prosiła, by jej nie odpędzały. Czytałam w jej myślach:
«Otóż to mi wielka radość ustroić włosy kwiatkami, gdy się ich samej nie rwało, ani z nich wianka nie uplotło. Módz w znoju pracować jak inne — dopieroby radość dla mnie była».
I nie puszczała z rąk grabi, pomimo, iż za każdem poruszeniem głębiej wbijał się w jej chorą pierś tępy klin bólu.
By nie zawstydzać jej niemocy, inne dziewczęta, jakby się namówiły (namowa to była dobroci, serca młode i czyste przenikającej), jęły poskramiać kipiącą ochoczość i żywość swoich ruchów; ręce ich z grabiami wyciągały się powolnie i miarowo. Co chwila prawie — odpoczywały, ocierając pot, niby wielce umęczone i zgrzane, a Joasi dodawały otuchy:
— O! Joasia jaka dziś silna, jak się zwija. Śmiej się Joasiu z twej choroby, poszła ona już na bory i lasy.
Lecz z czoła Joasi poczęły kapać grube, wielkie jak grochy, krople potu, lub spływały po jej twarzy, która miast się zarumienić, stawała się coraz bledszą i bardziej przeźroczystą. I w tem ręce jej zwisły bezsilnie. Podskoczyła do niej najbliżej będąca dziewczyna, podchwyciła ją na ręce i w swych silnych ramionach zaniosła ją, jak dziecko, w cień krzaków nieopodal rzeki.
Za chwilę już biegł po łące ten rozgwar wesoły, który posłyszałeś, a tam, w zielonej i chłodnej gęstwinie, z za której połyskiwały srebrne fale, Joasia została — sam na sam ze mną. Leżała cichutko, przycisnąwszy ręce do bardzo rozbolałej piersi.
Ja w jej myślach czytałam skargę.
— Boże, czemuż nie jestem jak inne i czemuż to umierać muszę!


II.

Śród osamotnienia, w chwilach cichej człowieka z sobą rozmowy, wtrącają się do szeptów jego myśli echa twojego głosu.
Dziwne echa! Jakby gdzieś, w pobliżu olbrzymi przesuwał się lodowiec — słyszysz pogróżki zmiażdżenia i zimno lodowe obejmuje piersi.
Posępnieje do głębi istota ludzka.
Każda posępnieje zrazu. Gdy była wesołą — utraca wesołość, gdy była posmutniałą od trosk swoich powszednich — bardziej się jeszcze zasępi troską jakąś niepowszednią a wielką.
Lękliwi i żałujący wesołości próbują, czyli spłoszonej nie powróci im kłamstwo (—lęk bratem jest obłudy) — więc wmawiają w siebie:
— Niceśmy nie słyszeli. Czemuż się nam przywidziało, iż coś słyszymy — gdy nic nie było! Wróćże wesołości nasza.
I do nich wraca ich nędzna wesołość. Czerw może ocaleć, choć śród lodowców giną łodzie i okręty. Lawina tocząca się z gór mniej groźną jest dla mchów, niż dla dębów. Choć zabłąkane echa twego głosu wpadają i do uszu słabych, bojaźliwych i kłamców, nie do nich ty wszelako przemawiasz, lecz do odważnych i szczerych.
Ci także pochmurnieją od mowy twojej i na ich obliczach rylec troski głębsze wyżłabia wtedy rysy i ich serca cierpią w skurczu bolesnym, gdy na nie mróz tchnął znagła.
Lecz nie wypierają się, iż słyszeli.
— Tak, słyszeliśmy — mówią.
— To było straszne — mówią.
— Nie wróci do nas dawna niefrasobliwość — albowiem głos lecący szlakiem gromów przygłusza odgłos piszczałek, trąb i flecików, na których przygrywa wesołość.
Nie miękną jednak w trwodze ich serca, bo są męskie i łatwiej je zdruzgotać, niż przestraszyć.
— Czyż dlatego, że z pośród złowróżbnie błyskających chmur, w których skłębiły się nieznane nam przeznaczenia, wyjrzało straszne oblicze, już mamy nie żyć, lub płakać, lub zasłonić oczy wzorem ptactwa kryjącego głowy pod skrzydła? Mamyż trwać w myśli, iż skoro my nic nie widzimy, to i nas nie widzą te z strasznego oblicza wyglądające oczy?
I choć są to ziemskie tylko, a więc małe i niemocne twory, drobiny w wszechświecie, buntują się jednak.
— Niechże oczy, wyglądające z oblicza strasznego, natrząsając się z małości naszej, nie szydzą przynajmniej z strachu naszego.
— Odwaga jest godnością najmniejszych i najbardziej bezbronnych.
Odkąd bezbronni wobec przeznaczeń swoich rzekli, iż odwaga jest ich godnością, której żadna im moc nie odejmie — otóż z oblicza twego pierzchła złowróżbność, zeszła zeń ohyda, strach wzbudzająca, przestało być strasznem.
Rozwiała się groza twego wejrzenia, paraliżująca słabych. W spotkaniu z hardym i nieulęknionym wzrokiem mężnych czyliż nie nabrały oczy twoje żałości raczej, jakbyś rzec chciała:
— Otom taka, jak wy — nieświadoma przeznaczeń swoich, nieświadoma skąd i dokąd idę, po co strach szerzę.
A przeto stałaś się nam blizką i niestraszną — i oto wiemy, że dwa są twoje imiona: Ból i Śmierć — i że dwa przyjęłaś imiona, bowiem śmierć jest ostatnim i najbardziej uroczystym wszelkiego bólu wyrazem — i to wiemy, że śród rzeczy ziemskich ty jesteś ponad wszystkiem.
A że jesteś ponad wszystkiem, więc cześć tobie, cześć od mężnych.


III.

Powiedzcie — którzy Jej nienawidzicie — czy strasznym jest dla was ból, jeśli nie was i nie powinowatych waszych dotyka, lecz obcych i dalekich, lub czy śmierć zwalibyście okropną, gdyby nigdy na waszą nie zaszła łąkę, tylko za miedzą kosiła?
Skwapliwie zaprzeczy obłuda wasza. Niech przeczy tem pewniej, iż dalekie jeszcze prawdy zmartwychwstanie.
Dalekie. Nastąpi wszelako.
I oto, co ujrzymy.
Ujrzymy, iż serca wasze były jako najurodzajniejsza gleba, każdej przyjazna roślinie, ale jednej tylko rozrastać się daliście — ukochaniu życia dla siebie i powinowatych waszych niewielu.
Który był z innej parafii — jużeście bólu jego nie czuli, ani nie budziły w was grozy męki jego konania. Zaprawdę wyście nie czuli bólu żadnej istoty, bo nawet z powinowatych waszych, który oddalił się o sto mil, lub o tysiąc mil, na pięć lat lub dziesięć lat, już mógł ginąć, bo zastąpili go bliżsi, którzy z oczu wam nie schodzili Kto zaś niepowinowatym był, mógł nawet za murem ogrodu waszego ginąć, lub u progu biesiadnej sali.
Cóżeście rozumieli, gdy was pytano: człowieku, azaliż ty nie czujesz bólu półdzikiej lecz tobie podobnej istoty, kryjącej się w borach dalekich lądów i wysp, nagiej, ciemnej, zbłąkanej, upadającej w walce z okrucieństwem przyrody? Azaliż ty nie czujesz jej bólu tylko dlatego, że ona jest daleko, że jej nie widzisz?
Człowieku — a ból tych stokroć jeszcze od dzikiego borów mieszkańca nieszczęśliwszych potępieńców, umęczonych w otchłaniach nędzy, łaknących, splugawionych przez występek — czyliż nie jest twoim bólem?
Człowieku, czyliż jedno choć nie zadrga w twojem sercu włókno, gdy zwierzę ucieka przed tobą w szale trwogi i rozpacznym rykiem odpycha śmierć, którą zadać mu chcesz, by mięsną dla siebie posiąść strawę?
To ujrzymy, iż odczucia innego życia prócz własnego nie było w was, nie było wcale. Śród wód drgających upragnieniem życia innych istot, wyście byli jako kamień, o który fale tłuką daremnie.
Taką martwą okryte skorupą serca wasze stuliły się i nic już nie czuły tylko szalony lęk, by jaki nie dosięgnął ich kolec.
Przeto znienawidziliście Ją.
Szła na waszą łąkę, więc złorzeczyliście jej, wołając: Gdybyż uwolnić ziemię od tego straszydła!
Zaprawdę, nie ona to jest straszydłem, zmorą snów, nie ona — lecz wasze samolubstwo.
Są zaś, którzy żadnej odrazy ku niej nie mają i pytani: Jak wygląda? — mówią: Piękna.
Bo nie kto inny, tylko ona z serc ludzkich zrywa skorupy martwe, skrzep krwi ostygłej, ona obudzą w nas poczucie wspólności ze wszystkiem, co żyje.
— Oto wszystko, co żyje — cierpi, i przez cierpienie idzie ku śmierci.
Ktoby Jej wyparł się i odepchnął, byłby ogniwem z łańcucha jestestw wyrwanym a w niebolesności i wiekuistości trwania swego straszliwie samotnym. I może — bardziej nieszczęśliwym od nas, którzy bólowi i śmierci podlegli jesteśmy.


IV.

Wysnutej z marzeń, przenikających zasłony przyszłości, posłuchaj bajki o bezchmur nem szczęściu.
W bezdenność czasu zapadł się długi szereg stuleci. Wóz odnawiającego się życia ciężkiemi kołami w proch starł kości wnuków i prawnuków naszych.
Na skrzydłach, przez wiekuistość cicho i niezmordowanie mknących, losy ludzkości niosły ją niepostrzeżenie ku zamknięciu olbrzymiego kręgu jej przeznaczeń.
Te skrzydła ongi wzbiły się do lotu z raju — wonnej, słonecznej, obcej troskom kolebki życia — i oto, przebywszy krwawą mgłą nasycone, niezmierne przestworza niedoli, szlak ludzkości przez wieki zalegającej, znów podleciały do raju, gdzie ciche wciąż trwało ukojenie śród różowych blasków szczęścia.
W owej chwili umierał ostatni człowiek, który znał na ziemi cierpienie.
Ostatni.
Do świata odchodził umarłych i z sobą w pomrokę milczenia i niepamięci zabrać miał tajemnicę strasznej, ohydnej drogi, jaką prze byli dziady i pradziady tych, którzy teraz bezchmurnego zażywać będą szczęścia.
Umilknięcia wiekuistego blizki, troszcząc się o wypełnienie woli zgasłych, niedolą jeszcze karmionych pokoleń, których końcowem łańcucha był ogniwem, zwołał on rzesze i tak do nich przemówił:
— Gdy umrę — nikt już wyrazów tęsknota i nieszczęście pojmować nie będzie. Z moich ust usłyszycie je raz ostatni. Oto mówię wam, iż z niewymownie tęsknem upragnieniem zastępy pomarłych już ludzi roiły o waszem szczęściu, dla którego żyły, pracowały, cierpiały. Dziś dojrzał owoc wielkich i ciężkich zabiegów i wysiłków. Waszym obowiązkiem będzie szczęście, jak naszym było nieszczęście. Bądźcie szczęśliwi a tem spłacicie dług ojcom waszym.
Niezmierna słodycz rozjaśniła twarz umierającego; w jego oczach skupiły się niezwykłe błyski. Bezwątpienia, w tem sercu ożyła na chwilę cała umęczona, umarła, w proch rozsypana ludzkość i wielką, spóźnioną, od wieków oczekiwaną ucieszyła się radością.
— Bądźcie szczęśliwi.
Nauczał ich, iż szczęście jakie odtąd stanie się udziałem ludzi, będzie trwałem, że nic w teraźniejszości ani w przyszłości zamącić go nie zdoła.
— Nie trzeba jednak — powtórzył po kilkakroć — nie trzeba, byście doszukiwali się przeszłości ludzkiego plemienia. Ona będzie przed wami ukrytą, zostawcie ją w spokoju. To jest przykazanie ojców waszych, uszanujcie je.
Z nim razem umarły nawet echa ludzkiego cierpienia.
Nikt już teraz nie wiedział, jakiem ono jest. Nikt nie wiedział, co to ból, rozpacz, zniechęcenie, łaknienie, głód, gorycz lub tęsknota. Wiedzieli o tem tylko umarli, ale przeszłość ludzi, zaklęta w milczenie, ukryta była przed żyjącymi, ukryta w głębiach tajemniczych boru, którego nikt nie znał.
Trudno by było doń trafić. Niedostępną osłonięty był górską kotliną, do której droga słała się po piaszczystej, martwej pustyni. Skoro kto w te zabłąkał się strony, dostrzegał tak cudną fata morganę, iż olśniony i rozmarzony nie szedł dalej, jeśli zaś próbował zbliżyć się do uroczego obrazu, wyprowadzała go ułuda na koła błędne, tak, iż zawsze każdy ominął miejsce, gdzie spała przeszłość.
Upływały dni ludzkie w bezchmurnem szczęściu. Uwielbili ludzie wspaniałym hymnem życie i jego radości.
Raz, młodzieniec jeden, zaszedłszy na pustynne szlaki, napawał długo wzrok swój widokiem cudnej, rozpostartej w cichem, słonecznem przeźroczu fata morgany. Potem niebacznie przeniósł oczy na samo słońce, które oślepiło go tak, iż długi czas szedł nic nie widząc.
Gdy wreszcie spojrzenie jego odzyskało jasność, był już za obrębem fata morgany i ze zdumieniem ujrzał posępne zarysy skał, nigdy w tem miejscu niewidzianych.
Za przewodem idąc ciekawości, mozoły młodzieńczą pokonawszy siłą, dotarł do boru; z zapartym wszedł oddechem pomiędzy ciche drzew kolumny, mroczne podpierające sklepienia. Te ze wspomnień wszystkich, co przeszli przez ziemię, utkane były.
Z ciszą stuleci zmieszane jedno wystarczyło tchnienie istoty żyjącej, by zbudziła się przeszłość.
Bór rozbrzmiał ponurem wyciem...
O zachodzie słońca na żyznej, ukwieconej dolinie zebrane rzesze pieniem miłem, jak pieszczota chłodnego, rozpraszającego skwar wietrzyka, żegnały dzień:
«Zasypia w purpurze cudny dzień — Świat w niezmąconej trwa pogodzie — jak słodko jest o przedwieczornej porze wielbić szczęśliwość życia —».
Wtedy właśnie ukazał się człowiek biegnący, uciekający przed pościgiem czegoś strasznego. Wiatr rozwiewał jego włosy zbielałe, przez krótką zbielałe chwilę; blask obłąkania niosły rozwarte szeroko, przerażone oczy.
Za nim ciągnęło widmo. Olbrzymie — rozrastało się aż po strop nieba. Cała przestrzeń wypełniła się nim i jego brzmiała głosem.
— Przeszłość, przeszłość — zajęczały usta żyjących.
— Ile tam mąk, ile mąk było.
— Jak mało radości.
— Jak wielka przewaga złego nad dobrem, nieszczęścia nad szczęściem, występku nad cnotą, nędzy nad dostatkiem...
— Ile ofiar, poświęceń, złamanych istnień.
— Ile zbrodni.
Widmo swą dłoń położyło na bezchmurną szczęśliwość ludzką i pierzchła szczęśliwość, bo wielki był ciężar tej dłoni.
— Zaprawdę, niech wróci ból do nas — skoro szedł trop w trop za plemieniem ludzkiem od jego poczęcia. Nie bylibyśmy z tego plemienia, gdyby uszy nasze zatkane były na jęk grobów.
...I wrócił ból.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.