Polacy i polskość ziemi złotowskiej w latach 1918-1939

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Henryk Zieliński
Tytuł Polacy i polskość ziemi złotowskiej w latach 1918-1939
Data wydania 1949
Wydawnictwo Instytut Zachodni, Poznań
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SPIS TREŚCI
Str.
Przedmowa 5
Uwagi wstępne 8
Rozdział I Położenie i przeszłość powiatu złotowskiego 38
Rozdział II Ludność, administracja i samorząd w latach 1918-1939 52
Rozdział III Problemy gospodarcze i rynek pracy 69
Rozdział IV Oświata i szkolnictwo polskie 103
Rozdział V Stosunki religijno-kościelne 133
Rozdział VI Polskie związki i stowarzyszenia 146
Rozdział VII Zagadnienia specjalne pracy narodowej na terenie powiatu 154
Bibliografia 164
Aneksy 1, 2 171, 174
Aneksy 3, 4 (wklejki) wkl.

Henryk Zieliński

POLACY I POLSKOŚĆ
ZIEMI ZŁOTOWSKIEJ

K-55813
podpisano do druku dnia 5. 2. 49.
Arkuszy druk. 11 + 2 tab. Nakład 1200 egz.
Papier kl. V druk sat., 61 × 86, 70 g
Państw. Pozn. Zakł. Graf. Okręg Północ - Zakł. Główny 5104/11




PRZEDMOWA


Myśl opisania dziejów Ziemi Złotowskiej i walki Polaków ze Złotowskiego o prawa i obyczaj narodowy zrodziła się we mnie jeszcze przed wojną, kiedy to z najrozmaitszych względów miałem okazję poznać bezpośrednio tę ziemię i tych ludzi. Znalazłszy się wśród nich byłem zaskoczony ich „świadomością siebie“ jako Polaków, polskością wsi przez nich zamieszkałych, w których nie słyszało się nieraz słowa niemieckiego, zdziwiony byłem zaciętością i codziennością oporu, jaki stawiali w obronie języka ojczystego, ziemi i obyczaju narodowego. Widziałem, że nie było to łatwe ani proste. Spostrzegłem, że w tej niewielkiej, pogranicznej krainie, otaczającej niepozorne miasteczko, zagnieździły się siły, które upoważniały ją do sięgnięcia po godność przedniej straży polskiego ruchu narodowego w Niemczech.

Inna okoliczność, utwierdziła mnie w powziętym postanowieniu. Skonstatowałem mianowicie ze zdziwieniem, że w bibliografiach, dotyczących odzyskanych ziem zachodnich, tak szybko w ostatnich czasach narastających, lata międzywojennych walk o zachowanie polskiego charakteru tych ziem stosunkowo słaby tylko znalazły odblask. Stanowiło to poważny bodziec do obstawania przy temacie. Tym więcej, że miniona wojna siłą rzeczy udostępniła szereg źródeł, dotąd hermetycznie zamkniętych, źródeł, które – z drugiej strony z każdym miesiącem i rokiem, bez dostatecznej opieki, niszczały i bezpowrotnie się zatracały. Rzeczywiście: gdy dla zebrania materiałów przybyłem do Złotowa i Piły między Polakami-autochtonami znalazły się już tylko resztki świadectw niedawnych czasów – tu i ówdzie numer „Polaka w Niemczech“, gdzie indziej jakieś pismo codzienne. Poza tym jednak znalazłem bezcenną kopalnię wiadomości w odkrytym w r. 1946 archiwum regencji w Pile, obejmującym właśnie sprawy mniejszościowe. Akta z tego archiwum stały się jednym z najistotniejszych źródeł dla mojej pracy, zwłaszcza jeśli chodzi o rozdziały o sprawach gospodarczych i religijno-kościelnych, które zawierają wyjątki z całego szeregu dotąd nie publikowanych dokumentów. Niezrozumiały stan zupełnego nieuporządkowania archiwum (które jeszcze w rok po odkryciu było w rękach prywatnych) uniemożliwił cytowanie inne niż ogólnikowe powołanie się na „archiwum w Pile“.

Poza archiwum i pojedynczymi numerami miesięcznika organizacyjnego Związku Polaków w Niemczech „Polaka w Niemczech“, jak również ustnymi informacjami od żyjących jeszcze działaczy polskich sprzed wojny – za jedno z najważniejszych, a może najważniejsze swe źródło ma praca organ Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech „Kulturwehr“, gdzie pieczołowicie zebrano wszystkie problemy, gnębiące mniejszości w Niemczech w ogóle, a polską w szczególności. „Kulturwehr“ bowiem była przekrojem żywej i pulsującej problematyki życia Polaków w Niemczech.

Podobnie dużą wartość informacyjną przedstawiają czasopisma specjalne „Sprawy Narodowościowe“ i „Strażnica Zachodnia“, które obok wymienionych już źródeł stanowiły bazę poniższych wywodów. Z innych opracowań wymienić należy jako szczególnie ważne „Ziemię Złotowską“ A. Krajny-Wielatowskiego, pracę R. Schattona o spółdzielczości polskiej w Niemczech (co prawda wybitnie tendencyjną), Goerkego monografię pow. złotowskiego (niestety sięgającą tylko I wojny).

Rozumiejąc, że walka o polskość Ziemi Złotowskiej sprawiałaby wrażenie czegoś oderwanego i może nawet wyjątkowego, gdyby nie dać jej szerszego tła – poświęciłem obszerniejsze uwagi wstępne całokształtowi sprawy polskiej w Niemczech. Również rozdział o szkolnictwie potraktowany musiał być szerzej, niejednokrotnie rozciągnięty na ogólne kwestie oświatowe społeczeństwa polskiego w Niemczech, ponieważ szkolnictwo polskie w pow. złotowskim dzięki ilości szkół i dzieci do nich uczęszczających stanowiło ośrodek zagadnienie oświatowego mniejszości polskiej w Niemczech w ogóle.

Na końcu pracy zamieściłem kilka aneksów, ilustrujących specjalnie ważne kwestie pracy narodowej w powiecie. Przeważnie są one kopiarni dokumentów, znalezionych w archiwum pilskim. Stanowią niejako odbitkę fotograficzną – b. ułamkową zresztą – ludzi, czasów i problemów w pracy niniejszej przedstawionych.

Ogólny rzut oka na genezę i koncepcję poniższej monografii byłby niekompletny gdyby nie wspomnieć z głęboką wdzięcznością nazwisk tych moich Profesorów, których pomocy i radzie w głównej mierze zawdzięczam właściwy kierunek badan naukowych i – w ostatnim stadium – wydanie pracy drukiem. Mam tu na myśli przede wszystkim Panów Prof. dra Kazimierza Piwarskiego i Doc. dra Kazimierza Lepszego: ich to cenne i zawsze chętne rady często wykorzystywałem a doznana życzliwość była mi najlepszą zachętą i bodźcem w wysiłkach naukowych.

Serdeczne podziękowanie kieruję ponadto pod adresem p. mgra Andrzeja Żakiego za jego koleżeńską pomoc zarówno pod względem naukowo-metodologicznym jak i za żmudny trud w technicznym przygotowywaniu pracy.

Autor

Kraków, w lipcu 1948 r.


UWAGI WSTĘPNE


(Liczba Polaków w Niemczech w świetle niemieckich spisów ludności - próba charakterystyki pod względem narodowo-pelttycznym i gospodarczo-socjalnym - najważniejsze organizacje polskie - miejsce mniejszości w polityce niemieckiej).

Ustalić liczbę Polaków w Niemczech w okresie między wojennym nie jest rzeczą łatwą. Kwestia ta bowiem jako ważki argument w stosunkach politycznych polsko-niemieckich a nawet międzynarodowych narażona była na ujęcie tendencyjne. Wskutek tego publicyści, statystycy i inni znawcy tych spraw obu stron nieustannie polemizowali między sobą na temat liczebności żywiołu polskiego w Rzeszy, podając cyfry mniej lub więcej wiarogodne.

Przy tej okazji z miejsca zarysowały się zasadnicze różnice w samym rozumieniu pojęcia narodowości. I tu tkwi istotne źródło wielkich rozbieżności między statystykami polskimi a niemieckimi. Gdy według wywodów polskich w Niemczech znajdowało się półtora miliona Polaków, Niemcy twierdzili, że jest ich ledwie paręset tysięcy.

Sytuacja ta była wynikiem dwóch postaw w traktowaniu problemu: obiektywnej i subiektywnej. Pierwsza, za kryterium przynależności narodowej przyjmująca czynniki obiektywne, jak pochodzenie etniczne, ciążenie kulturalne i - przede wszystkim - język, reprezentowana była przez sfery fachowców polskich; druga, subiektywna, przyjmowana głównie przez Niemców (poza dużą częścią naukowców), w indywidualnym oświadczeniu woli widziała jedyny o przynależności narodowej decydujący czynnik.

Sprawa obiektywnych i subiektywnych kryteriów przynależności narodowej i oceny ich naukowej wartości dla statystyki narodowościowej była przedmiotem poważnych nieraz sporów między rządami Polski i Niemiec1). Nie budziła jednak poważniejszych wątpliwości w sferach naukowych.

Spis ludności w Niemczech w r. 1939 potwierdził w praktyce wszystkie obawy przeciwników subiektywnego kryterium przynależności narodowej; opierając się na oświadczeniu woli, odebrał wynikom wszelkie cechy wiarogodności i statystycznego, beznamiętnego obiektywizmu2), Trafnie określiła go Rada Naczelna Związku Polaków w Niemczech


1) Jeden z takich sporów o wpisy do niem. szkół mniejszościowych na polskim G. Śląsku, oddany do rozstrzygnięcia Międzynarodowemu Trybunałowa w Hadze, zakończył się wyrokiem (26 kwietnia 1928 r.), w którego sentencji m.in. czytamy: "Trybunał uważa, że Polska jest uprawniona do interpretowania traktatu o mniejszościach w tym sensie, że kwestia, czy ktoś należy lub nie należy do mniejszości... jest kwestią rzeczywistości a nie czystej woli" (Str. Zach. nr 2/28 r. str. 404). Inne oświadczenie w tej samej materii padło w sejmie pruskim (!) w związku ze scysją o dzieci niemieckie garnące się do mających powstać szkół duńskich, w czasie tzw. "debaty duńskiej": "Jedynie język decyduje (o narodowości), nastawienie (Oesinnung) da się kupić, wyłudzić, wymusić" (Kulturwille, r. 1925).

2) Teoretyk narodowego socjalizmu, dr Hellmuth Nicolai w swym dziele "Państwo w światopoglądzie narodowo-socjalistycznym" stwierdza: "Narodowość jest historycznie dokonaną wspólnotą krwi, której węzłami są wspólna rasa, wspólny język, wspólna historia, wspólna kultura, wspólne osiedla", co uzupełnia jeden z najwybitniejszych statystyków Niemiec i Europy, Wilhelm Winkler słowami: "Jedynym zewnętrznym znamieniem przynależności narodowej okazuje się być zatem język. Uzasadnia on zupełnie niezawiśle od zmiennych politycznych nastawień obiektywną wspólnotę kulturalną" (P. w N. nr 5-6/38 r. str. 13 i Kw, nr 7-8/26 r. str. 293 i n.)


w swej uchwale jako "przymusowy kataster narodowy". Nic dziwnego, że spisu z 1939 r. niesposób[1] uznać za podstawę do jakichkolwiek badań naukowych3).

Pozostają spisy z r. 1933, 1925 i 1910, które wykazują następujące cyfry4) ludności polskiej w Niemczech:
r. 1910 – 1.517.440 osób (na terenach pozostałych po r. 1918 przy Rzeszy)
r. 1925 – 802.934 osób
r. 1933 – 440.168 osób5).

Nie mogąc spożytkować spisu z r. 1939 pragnęłoby się skorzystać z danych z r. 1933 wzgl. 1925. Niestety, ówczesne metody spisowe były zbyt specjalne, aby ich wyniki przedstawiać mogły walor naukowy.

Tak np. wprowadzono w r. 1925 "wzorce", pouczające, jak należy wypełniać poszczególne rubryki. Wzorce odgrywały olbrzymią rolę6), zwłaszcza u ludności nieuświadomionej i nieoświeconej (np. Mazurzy). W obydwu spisach wzorce były tak zestawione, że ani jeden nie odpowiadał sytuacji Polaka w Niemczech, tj. obywatela niemieckiego, posługującego się językiem ojczystym polskim i zaliczającego się do narodowości polskiej (o narodowość jednak wtedy jeszcze nie pytano). Nie można się dziwić, że prosty, nieoświecony chłop widząc, że "władza" nie przewiduje, aby można było być obywatelem niemieckim a za język ojczysty uważać polski - dochodził do wniosku, iż języka polskiego jako ojczystego wpisywać nie wolno. Wzorzec, gdzie przewidywano podanie języka polskiego jako ojczystego, dotyczył przebywającego w Niemczech obywatela polskiego, przy czym osoba występująca we wspomnianym wzorcu była z zawodu "parobkiem" (Knecht), w roku 1925 jeszcze "czeladnikiem", co miało niemałe znaczenie, gdyż przy dość silnie u wielu Polaków (zwłaszcza w Prusach Wsch. i na Śląsku) występującym kompleksie niższości tego rodzaju sformułowanie wzorca radykalnie odstręczało od wypełnienia rubryk wedle racji polskiej przynależności narodowej. Ponadto w pouczeniu skasowano wszystkie języki (poza niemieckim), mogące służyć do ew. wypełnienia odpowiednich rubryk, rzekomo, aby nie sugerować wymienianymi dotąd w pouczeniu 12 językami, w istocie zaś tym silniej skoncentrowano sugestię na jedynym języku niemieckim (pytanie brzmiało odtąd: "Czy niemiecki, czy jaki inny język ojczysty?").

Mimo to liczba Polaków w r. 1925 była jeszcze dość pokaźna (choć zapewne daleka od faktycznego stanu rzeczy), lecz już w r. 1933 wskutek coraz wymyślniejszych metod spisowych oraz przede wszystkim terroru antypolskiego,


3) Warto zaznaczyć, że i Niemcy odmawiali wszelkiej wartości spisowi czeskiemu z r. 1930, w którym również wprowadzono rubrykę "narodowość", ponieważ obrócił się on dotkliwie przeciw Niemcom czeskim, wykazując w niektórych okręgach kilka- a nawet dziesięciokrotnie mniej Niemców niż w tajnych wyborach (np. okręg Hulczyn według spisu z 1930 r. posiadał 7,5% Niemców, a wedle wyniku wyborów z 1935 r. – 73,2%) (P. w N. nr 5-6/38 r. str. 9).

4) Wszystkie cyfry z urzędowych statystyk niemieckich. Obejmują one także tzw. dwujęzycznych, "Mazurów" i "Kaszubów", nie obejmują natomiast obywateli polskich, przebywających na terenie Rzeszy.

5) Liczba ta nie obejmuje Polaków Westfalii i Niemiec Środkowych, którzy według spisu z r. 1925 stanowili z górą 15% ogółu Polaków w Niemczech, mimo że publikacja wyników z r. 1933 nastąpiła dopiero po 4 latach.

6) Jako przykład siły sugestywnej wzorców posłużyć może praktyka spisowa na Łużycach w r. 1910 i 1925. Łużyczanie w części podlegali państwu pruskiemu, w części saskiemu. Wzorce "dwujęzycznego" wypełnienia rubryk spisowych zastosowano w r. 1910 w Saksonii, w Prusach nie, w r. zaś 1925 na odwrót. Wynik był taki, że "dwujęzycznych" było w r. 1910 w Saksonii 55,6%, gdy w Prusach tylko 3,7%, natomiast w r. 1925 w Saksonii było 2,2%, a w Prusach 27,5% "dwujęzycznych" (Spr. Nar. nr 4-5/38 r., str. 384 i n.).


roztoczonego przez Hitlera i jego bardzo aktywne i liczne

bojówki, tak opadła, że trudno o niej w ogóle dyskutować7.)

Tak więc jako jedyna poważna podstawa dla statystycznych wnioskowań o Polakach w Niemczech pozostają wyniki urzędowego spisu niemieckiego z r. 1910. Ze względu na jego dawność cyfry te trzeba jednak zmodyfikować, mianowicie odliczyć straty wojenne, oceniane normalnie na 4% dla Niemiec, emigrację do Francji i odrodzonej Polski, obliczaną na ok. 250000 osób, a z kolei dodać przyrost naturalny (ok. 15 pro mille[1].) Na tych przesłankach opierając się usiłował zrekonstruować liczbę Polaków w Niemczech Emil Kuroński8). Po gruntownych obliczeniach doszedł on do liczby 1.467.3559) Polaków w r. 1923, a w r. 1933 - 1.687.42910). Cyfry te można by przyjąć za najtrafniejsze z zastrzeżeniem, że niesposób[1] zignorować niewątpliwego procesu germanizacyjnego, co uczynił Kuroński. Trzeba się jednak zgodzić, że uchwycenie liczbowe owego procesu musi pozostać w sferze przypuszczeń i hipotez. Jedną z wysoce prawdopodobnych hipotez będzie zapewne najwyżej ta, że postępy germanizacji w okresie międzywojennym nie były w stanie pochłonąć prawie 50% polskiego stanu liczbowego, tj. z górą 700 000 osób, - jak to wynika z zestawienia spisów z r. 1910 i 1925 – w ciągu 15 lat, i że prawdopodobnie liczba Polaków w Niemczech nie zeszła nigdy poniżej 1 miliona. Tezę tę zdają się potwierdzać także znalezione już po wojnie dla niektórych prowincji Rzeszy dane, dotyczące ilości nabożeństw polskich oraz prowizoryczne resume akcji weryfikacyjnej ludności autochtonicznej na Ziemiach Odzyskanych11).

Tezy niemieckie o gwałtownym ubytku ludności polskiej w Niemczech zdają się potwierdzać dane dotyczące udziału wyborców polskich w wyborach do ciał ustawodawczych Rzeszy. Udział ten był - jak wykazuje poniższa tabelka - nieproporcjonalnie mały w stosunku do ogólnej liczby Polaków w Niemczech12):

termin parlament
Rzeszy
(Reichstag)
sejm pruski
(Landtag)
1912 111 000
1920, 1921, 1922 140 000 63 000
1924 (maj) 96 715 81 838
1924 (grudzień) 81 345
1928 64 572 72 126
1930 72 890
1932 34 674 57 285
1933 36 560

7) Cytowany już W. Winkler zauważa w związku z tym: "Ubytek liczbowy obcojęzycznych w Rzeszy niemieckiej jest zbyt uderzający, aby nie miało się nasuwać pytanie, czy też w tym jest wszystko w porządku" - i stara się ten ubytek uwiarygodnić przez zestawienie z liczbami głosujących na polskie listy w wyborach. W końcu jednak mimo wszystko dochodzi do wniosku, że "niewątpliwie kryterium języka ojczystego dałoby dużo wyższe liczby dotyczące mniejszości narodowych". (Statistisches Handbuch der europäischen Nationalitäten, Wien, Leipzig, 1931, str. 71).

8) "Polacy w Niemczech w urzędowych spisach ludności" (Spr. Nar. nr 4-5/38 r., str. 384 i n.).

9) W artykule omyłkowo 1 467 155.

10) W artykule omyłkowo 1 687 229.

11) Akcja weryfikacyjna objęła bez Westfalii i Nadrenii oraz Niemiec środkowych 932 300 osób. Po dodaniu do tej liczby Polaków z terenów nie objętych akcją tudzież licznych ofiar wojny - przekroczyłaby ona z pewnością 1 milion. Jeśli chodzi zaś o ilość nabożeństw polskich, to posiadane dane dotyczą Śląska (pochodzą ze statystyki sporządzonej przez Bund Deutscher Osten) i wykazują, że na przełomie 1934 i 1935 r. 57,1% nabożeństw popołudniowych i, wieczornych odbywało się w języku polskim, co przy ówczesnym zaludnieniu G. Śląska (wg spisu z 1933 r.) 1 482 700 osób daje ok. 845000 Polaków) (Przegląd Zach., A. Targ, "Polska ludność rodzima na Z. O.", nr 6/47 r.)

12) Dane o wyborach są częstokroć sprzeczne z sobą (patrz np. str. Zach. nr 3/32 r. str. 388 i Mł. P. w N. nr 1-2/3 r. str. 32), lecz różnice te nie są duże.


Złożyło się na to wiele czynników, jak przede wszystkim niedostateczne uświadomienie narodowe. Ponadto listy niemieckie pociągały robotników polskich na Górnym Śląsku czy w Westfalii swym programem socjalnym, słabo tylko na ogół zarysowywanym przez polskie programy wyborcze, nastawione raczej na plan pracy narodowej, nie mówiąc już o tym, że potężne wielomilionowe partie niemieckie dawały więcej gwarancji spełnienia swych haseł niż słabiutkie ugrupowanie polskie. Olbrzymie szkody sprawie polskiej wyrządzało Centrum, które działając z ambon za pośrednictwem księży, nie cofało się przed żadnym chwytem agitacyjnym. Wśród ludu tak bardzo katolickiego jak Polacy w Niemczech taka agitacja, poparta potężnymi środkami materialnymi i co gorsze słowem polskim księży renegatów (ks. Ulitzka, Reginnek i i.), osiągała daleko idące sukcesy. Nie można wreszcie pominąć terroru przedwyborczego, szerzonego przez najrozmaitszego autoramentu bojówki nacjonalistyczne, szantażowanie Polaków przez pracodawców swoiste metody przeciwdziałania także ze strony władz i urzędów13).

Słuszną zatem będzie konkluzja, że liczba wyborców polskich była wypadkową nie siły i żywotności elementu polskiego w Niemczech, lecz barometrem nacisku gospodarczego i religijno-politycznego, wywieranego na masie jeszcze częstokroć surowej, przede wszystkim zaś słabej ekonomicznie wreszcie nawet uczciwie przeprowadzone wybory, zasadzając się na kryterium subiektywnym woli indywidualnej, me mogłyby być nigdy podstawą dla statystyki narodowościowej, ale najwyżej mniej lub więcej wartościowym komentarzem do niej.

Siła i odporność żywiołu polskiego w Rzeszy zależała nie tylko od jego liczebności, lecz i od jego tężyzny wzgl. słabości gospodarczej, od jego struktury socjalnej, wreszcie od jego uświadomienia narodowego.

Najogólniejszą linią podziału pod względem ekonomiczno-socjalnym będzie rozróżnienie elementu autochtonicznego od wychodźczego, emigracyjnego14).

Polską ludność autochtoniczną znajdujemy przede wszystkim na Górnym i Dolnym Śląsku (według polskich oszacowań ok. 800.000), w tzw. Pograniczu poznańsko-pomorskim (może ok. 30.000), obejmującym także Kaszuby (pow. lęborski i bytowski), oraz w Prusiech[1] Wschodnich (Powiśle, Warmia i Mazury - może ok. 300.000), czyli na terenach przygranicznych. Autochtoni przeważnie byli drobnymi rolnikami lub nawet robotnikami rolnymi, wskutek czego tereny przez nich zamieszkałe wybitnie przypominały swą strukturą socjalno-gospodarczą stosunki w Polsce15), w przeciwieństwie do wychodźców zamieszkujących głównie Westfalię, Niemcy Środkowe i Berlin, którzy stanowili przeważnie element robotniczy, ewentualnie rzemieślniczy, czy - w nie znacznym stopniu - kupiecki. Tak chłopska jak i robotnicza część społeczeństwa polskiego w Niemczech należała zatem do klasy naj uboższej, silnie od pracodawcy uzależnionej. (Jedynie w Prusiech[1] Wschodnich istniała, nieliczna zresztą, większa własność ziemska polska i tylko w Berlinie oraz w niektórych miastach Westfalii trafiał się tu i ówdzie zamożniejszy kupiec polski).


13) Np. w r. 1933 bezpośrednio przed wyborami zawieszono na tydzień wszystkie gazety polskie z wyj. "Katolika Trzyrazowego" na Śląsku i dywersyjnego "Głosu Polskiego" w Berlinie.

14) Istniała jeszcze kategoria polskich robotników sezonowych, którzy jednak krótko na terenie Rzeszy przebywając nie byli w większym stopniu ani podmiotem, ani przedmiotem poważniejszej walki narodowej.

15) Por. Przegl. Zach. art. Leszka Gustowskiego pt. "Pomorze Zachodnie między pierwszą a drugą wojną światową" w nr. 4-5 45 r., str. 244.


W tej sytuacji jedyną formą samoobrony ekonomicznej mogła być spółdzielczość i wszelkiego rodzaju społeczne instytucje bankowo-kredytowe. Nie dziw tedy, że tego rodzaju urządzenie życia gospodarczego szybko się wykształciło i - w społeczeństwie wyszkolonym przez Wawrzyniaków, zdyscyplinowanym, dbałym o ład i praworządność - stało się sprawnym instrumentem samopomocy gospodarczej i z natury rzeczy silną ostoją oporu narodowego.

Gospodarcza słabość mniejszości polskiej w Niemczech wyjaśnia inną charakterystyczną jej cechę, mianowicie brak własnej inteligencji, szczególnie dotkliwy po r. 1918, kiedy to i tak nieliczna inteligencja polska w większości przeniosła się do kraju. Nie dziwi ten brak i dlatego, że dopiero w r. 1932 powstało pierwsze polskie gimnazjum (w Bytomiu) 16), w r. zaś 1937 drugie i ostatnie (w Kwidzynie), a poza tym Polacy nie dysponowali żadnym seminarium nauczycielskim, dlatego wreszcie, że w swej pracy oświatowej mieli do pokonania tysiączne trudności. Toteż nie było by łatwe w przeszło milionowej masie polskiej znaleźć choćby kilkudziesięciu ludzi z wyższym wykształceniem.

W parze z brakiem oświaty szła nierzadko występująca obojętność narodowa. Szczególnie wyraźnie obserwujemy ją na Mazurach, gdzie do wymienionych już słabości polskich dołączyło się rozbicie religijne oraz smutne następstwa moralne i materialne kompromitująco w r. 1920 przegranego plebiscytu.

Podobna obojętność daje się zauważyć wśród Kaszubów regencji koszalińskiej, w pow. bytowskim i lęborskim.

(" ... Było ludności kaszubskiej obojętne, czy pobiera ona naukę w języku niemieckim, czy polskim. Za autorytety uważała swoich księży i jeżeli tylko im się przykrości nie czyniło - była zadowolona ... "17) stwierdza, krzywdząc trochę Kaszubów, ale też nie bez sporej dozy racji Niemiec, interesujący się problemem mniejszości polskiej w Niemczech. Dopiero w czasie Kulturkampfu a zwłaszcza na początku XX wieku nastąpiło pewne przebudzenie ludu kaszubskiego, czego najdobitniejszym wyrazem był strajk szkolny na Kaszubach w r. 1906/7. Od tego czasu coraz częściej spotykamy się z objawami patriotyzmu kaszubskiego, szczególnie wyraźnie wtedy występującego, gdy motywy religijne kojarzyły się z narodowymi18).

Na przeciwnym biegunie w rozwoju świadomości narodowej stali Polacy z środkowego i południowego Pogranicza, przede wszystkim mieszkańcy Z. Złotowskiej. Kilka cyfr rzuci wymowne światło na ten stan rzeczy: w szkołach polskich Pogranicza uczyło się 67% ogółu młodzieży szkolnej, pobierającej naukę w języku polskim, gdy ludność polska tego terenu stanowiła zaledwie 2-3% ogółu ludności polskiej w Niemczech. Równie charakterystyczna jest tabelka, która uwidocznia napięcie świadomości narodowej na


16) Pierwsze polskie gimnazjum powstało na Śląsku nie tylko dla tego, że było to największe skupisko Polaków, ale i wskutek obowiązywania tam konwencji genewskiej polsko-niemieckiej oraz istnienia na Śląsku Komisji Mieszanej, dzięki czemu było trochę łatwiej usuwać rozliczne trudności, wysuwane przez władze niemieckie.

17) R. Schatton: "Die Finanzpolitik der polnischen Minderheit in Deutschland", str. 68.

18) W tym względzie niezwykle znamienny wypadek zaszedł w Ugo szczy na Kaszubach: nowy proboszcz, ks. Weiland, Niemiec, rozpoczął wygłaszać kazanie w języku niemieckim na nabożeństwie wielkanoc nym, mimo że do tej pory na tymże nabożeństwie wygłaszane było z reguły kazanie po polsku i mimo że parafianie w ogromnej więk szości byl; Polakami. Niejaki Zywicki zaczął w odpowiedzi na to głośno odmawiać po polsku pacierz przed głównym ołtarzem. Ponie waż Żywleki na wezwanie księdza nie zaprzestał odmawiać pacierza, przeto na interwencję księdza wkrótce został aresztowany i osadzony w więzieniu w Lęborku (Spr. Nar. r. 1931, str. 214).


poszczególnych terenach za pośrednictwem liczb, przedstawiających stosunek ilościowy osób z językiem ojczystym tylko polskim do tzw. dwujęzycznych, czyli niezdecydowanych:
okręg
osoby z jęz. ojczystym
tylko polskim
dwujęzyczni
Warmia i Mazury19) 5 389 (10%) 49 823 (90%)
Powiśle 1635 (28%) 4 193 (72%)
Kaszuby(pow. Lębork
i Bytów)
212 (7%) 2 785 (93%)
Śląsk Dolny 224 (22%) 788 (78%)
Śląsk Górny 99 193 (27%) 266 375 (73%)
Pogranicze20) 6 357 (67%) 3 194 (33%)21)

I tutaj zatem widzimy wyraźną różnicę między Pograniczem a wszystkimi innymi terenami zamieszkałymi przez Polaków. Jest to jedyny okręg, gdzie procent "czystych" Polaków nie tylko nie jest mniejszy, ale w porównaniu z innymi okręgami przewyższa odsetek "niezdecydowanych". Pochodzi to zapewne z braku tych negatywnych momentów pracy narodowej, jakie istnieją na innych terenach: ludność, choć niezamożna, ma się przecież względnie dostatnio, stosunkowa bliskość centrum polskości w b. zaborze pruskim - Poznania - oddziaływała na wyrobienie polityczno - obywatelskie mieszkańców tych ziem, brak księży polskich był tu mniej dotkliwy niż gdzie indziej, pod względem religijnym panowała jednolitość, mieszkało trochę więcej inteligencji.

Ostatnim, największym skupieniem polskiej ludności autochtonicznej był Górny Śląsk oraz Śląsk Dolny.

Jeszcze spis z r. 1925 podawał, że na Górnym Śląsku jest 535.734 Polaków; był to materiał dość surowy, obudzony do świadomego życia narodowego dopiero w ostatnich dziesiątkach lat XIX w., kiedy to na Górnym Śląsku padły pierwsze głosy na listy polskie (1893). Nastroje patriotyczne, największe nasilenie, osiągające w sferach robotniczych, mądrze podtrzymywane przez Korfantego, znalazły swój najbardziej rozpalony wyraz w powstaniach śląskich. Po tym wysiłku zauważyć można pewną reakcję zobojętnienia. Odtąd Ślązacy stają się masą raczej bierną i wymagającą wielkiego nakładu pracy narodowo-politycznej lub - zapewne trafniej - gospodarczej. Obrazują to cyfry wyrażające stosu nek liczby członków polskich instytucji gospodarczych do liczby członków organizacyj narodowo-politycznych (przede wszystkim Zw. Polaków w Niemczech). Wyglądał on na Górnym Śląsku jak ok. 9:1 na korzyść instytucyj gospodarczych, gdy na Pograniczu ten sam stosunek wynosił ok. 1:3,7522).

Jak we wszystkich innych skupiskach polskich tak i tu pierwszorzędną rolę odgrywali księża katoliccy. W tej dzielnicy byli nimi prawie wyłącznie Niemcy"), względnie renegaci, jak wspomniani już ks. Ulitzka czy ks. Reginnek, członkowie Centrum. Partia ta przez swój światopogląd katolicki była najniebezpieczniejszym z pewnością przeciwnikiem dla


19) Na Warmii i Mazurach oraz Kaszubach do dwujęzycznych zaliczono także osoby z jednym jęz. ojczystym: "mazurskim" lub "kaszubskim", jako nie lepiej narodowo uświadomione niż dwujęzyczni.

20) Pogranicze według podziału na dzielnice Zw. Polaków stanowiło jedność z Kaszubami, natomiast niemiecki podział administracyjny zaliczał Kaszuby nie do tzw. Grenzmark Posen-Westpreussen, lecz do reg. koszalińskiej.

21) Przytoczona tabelka sporządzona jest na podstawie niem. spisu z r. 1933.

22) R. Schatton: "Die Finanzpolitik der polnischen Minderheit in Deutschland", str. 72 i 107.

23) Po plebiscycie wyemigrowało z niemieckiego G. Śląska do Polski 58 polskich księży.


polskich działaczy, gdyż swą akcję antypolską umiejętnie maskowała szczególnie przekonywającym argumentem jedności wszystkich katolików, w kraju o przewadze protestantów. Rozporządzała przy tym potężnymi środkami materialnymi, dostarczanymi niejednokrotnie ze źródeł rządowych.

Gorzej jeszcze było na Dolnym Śląsku, w powiatach nadgranicznych, gdzie ludność polska - co prawda bardzo nieliczna - była wyznania protestanckiego. Tu, jak na Mazurach, proces germanizacji postępował bardzo szybko. Jedyną tamę dlań stanowiła spółdzielczość i inne polskie instytucje gospodarcze, w tym terenie o niewielkim zresztą zakresie promieniowania.

Mimo tych wysoce niepomyślnych warunków (i plebiscytu tu nie zabrakło) walki narodowej na Górnym i Dolnym Śląsku, pokost niemczyzny musiał być bardzo cienki. Świadczy o tym nie tylko żywiołowy rozwój uświadomienia narodowego na Górnym Śląsku w pocz. XX w. szczególnie żywy między robotnikami śląskimi24). Świadczą o tym także świadectwa niemieckie. I tak w tajnym sprawozdaniu o sytuacji na odcinku mniejszościowym dla ministerstwa spraw wewnętrznych z 28 maja 193825), obrazującym stan z 1 kwietnia 1938, czytamy m. in.: "Z wielką szkodą jest dla walki narodowej, że Górno-Ślązak[1] na pozostałych terenach Rzeszy jeszcze dziś określany jest po prostu jako „Polak“, a często też gorzej jest traktowany". Trudno o lepszy dowód, do jakiego stopnia ciałem obcym w składzie ludnościowym Rzeszy niemieckiej był ten od sześciu wieków germanizowany Górny Śląsk, dowód tym cenniejszy, że wyrażony przez communis opinio narodu niemieckiego.

Uwadze ujść nie powinna ponadto jeszcze jedna ogólna cecha polskiej ludności autochtonicznej w Niemczech, szczególnie wyraźnie odbijająca w zestawieniu z elementem niemieckim. Jest nią jej wybitna prężność populacyjna: "Największą bronią w narodowym rozszerzaniu się mniejszości polskiej jest olbrzymia nadwyżka urodzeń, wykazywana przez rodziny polskie", tak się zwierza Gestapo z Frankfurtu nad Odrą w sprawozdaniu o położeniu grupy polskiej z 1937 roku26). Rzeczywiście, prowincje wschodnie, zamieszkałe przez Polaków, wykazują największy przyrost ludności. Zjawiska tego niesposób[1] nie wiązać z obecnością silnej masy polskiej,27 co wynika i z konfrontacji rozprzestrzenienia żywiołu polskiego we wzmiankowanych prowincjach z liczbą urodzin na 1000 mieszkańców:

Prowincja urodzenia na
1000 mieszk. w 1928 r.
odsetek Polaków na
ogół mieszkańców
Górny Śląsk 26,5 25,1%
Prusy Wschodnie 23,2 8,0%
Pogranicze 22,1 2,8%
Pomorze 20,5 3,3%
Dolny Śląsk 19,9 0,7%
Pogranicze 18,6

Jak widzimy, prawie we wszystkich wypadkach przyrost ludności w poszczególnych prowincjach spada równolegle z maleniem odsetka Polaków.


24) Por. R. Schatton: "...robotnik stanowił bazę dla polskiego ruchu narodowego" ("Die Finanzpolitik ... ", str. 40).

25) Arch. w Pile.

26) A. Targ: "Polska ludność rodzima na Z. O.", Przegl. Zach. nr 6/47 r., str. 491.

27) Nawiasem mówiąc, jest to jeszcze jeden - pośredni - dowód, jak sfałszowane były statystyki niemieckie. Trudno bowiem wyobrazić sobie, aby 25% ludności polskiej na Górnym Śląsku, czy 8% w Prusach Wschodnich, czy wreszcie niecałe 3% na Pograniczu (wg niem. spisu z 1933 r.) było w stanie tak decydująco wpłynąć na obraz populacyjny całej prowincji, jak to wynika z załączonej tabelki. Musiało tam być polskiej krwi nie tylko wiele: musiała ona tam dominować.


Mieli rację niemieccy specjaliści zagadnień wschodnich, którzy dawno już zauważyli, że "Drang nach Osten" ustąpił miejsca "Flucht aus dem Osten". Trzeba to spostrzeżenie uzupełnić: cierpiące na brak "przestrzeni życiowej" Niemcy zawdzięczają Polakom, że - o paradoksie! - nie wyludniły się na swych wschodnich terenach. Hasło parcia na wschód nie było nakazem życia; tym było, przeciwnie, hasło ucieczki ze wschodu.28)

Z kolei wypadnie zainteresować się grupą emigracyjną, którą stanowili Polacy w Berlinie, w Niemczech środkowych i północnych a przede wszystkim w Wesjfalii i Nadrenii. W przeciwieństwie do ludności autochtonicznej zaliczają się do nich w pierwszym rzędzie robotnicy, także rzemieślnicy po trochu i kupcy. Już przed I wojną rozwinęli oni wśród siebie bujne życie organizacyjne, tak bujne, że nie pozbawione politycznych sprzeczności. Jak wszyscy Polacy w Niemczech, tak i oni gorąco byli przywiązani do "wiary ojców", do katolicyzmu. Rozkwitła na nowo w pierwszych latach powojennych działalność społeczno-narodowa, przechodziła z kolei głęboki kryzys. Szczególnie w roku 1923, wskutek inflacji w Niemczech i w Polsce (gdzie wielu emigrantów zdążyło już ulokować swe wszystkie przez dziesiątki lat gromadzone oszczędności), wskutek okupacji francuskiej, masowej emigracji wtórnej (głównie do Francji) i wielu innych powodów doznała ona niemal zupełnego zahamowania. Gorzej - ten kryzys był następstwem innego, kryzysu zaufania do odrodzonej Polski, do tak popularnych jeszcze niedawno form polskiego życia stowarzyszeniowego. Toteż za wielki sukces poczytać należy, że już w rok później w dużej mierze dzięki postępującej wszędzie stabilizacji stosunków finansowo-gospodarczych i dzięki intensywnej akcji nowo założonego Związku Polaków w Niemczech następuje powrót do dawnych tradycji i przebudzenie. Przy tym Berlin był w o tyle szczęśliwym położeniu, że rozporządzał stosunkowo liczną inteligencją polską, skupioną tam około centrali Związku i innych czołowych polskich organizacji mniejszościowych. Rzeczą jest dość symboliczną, że dwaj najwybitniejsi działacze polscy: ks. Domański i sekretarz generalny Związku Polaków w Niemczech dr Jan Kaczmarek, wyszli z dwóch naj wierniejszych narodowej sprawie środowisk: z Pogranicza i z Westfalii.

U kresu rozważań nad postawą narodową Polonii niemieckiej nasuwa się pytanie, jakie były najistotniejsze warunki, decydujące o powodzeniu akcji narodowej?

Tych warunków było tylko dwa, ale tym bardziej były one ważkie. Pierwszy - to opieka gospodarcza, drugi - religijna. Bank polski, spółdzielnia i ksiądz Polak byli najlepszymi gwarantami odporności narodowej społeczeństwa polskiego. Tam, gdzie obydwa te warunki zostały spełnione, germanizacja znajdowała minimalne tylko pole do popisu (Pogranicze), gdzie tylko jeden został zrealizowany, akcja narodowa mocno kulała (Górny Śląsk, pozbawiony duchowieństwa polskiego), wreszcie, gdzie w kościele nie rozbrzmiewał język polski, a zadłużonego chłopa nie miał kto poratować kredytem, tam jednego i drugiego prosty lud szukał u Niemców (przeważna część Prus Wschodnich, Dolny Śląsk). Słusznie powiada J. Schatton: "W ten sposób (tj. dzięki polskiej spółdzielczości), sparaliżowano Komisję Kolonizacyjną; w ten sposób stworzono podstawy dla powstań; jej istnienie tłumaczy szybką utratę Poznańskiego i Pomorza, gdyż pracujący po cichu przywódcy i kierownicy spółdzielni przygotowali polskiej


28) Leszek Gustowski w swym jasnym, przekonywającym artykule w "Przeglądzie Zachodnim", nr 4-5/45 r. pt. "Pomorze Zachodnie między pierwszą a drugą wojną światową (1918-1945)" udowadnia to szczegółowo, przytaczając m. in. ciekawe cyfry, opracowane przez Wernera Witta z uniwersytetu w Gryfii, który obliczył, że w latach 1840-1910 Pomorze opuściło 744 000 osób, tj. 52,7% przyrostu naturalnego w tym okresie.


polityce separacji broń ..." - a Willi Schmidt w książce "An der Kurmark Grenze" równie słusznie zauważa: "Łączenie równoległe katolicyzmu z mową polską i protestantyzmu z językiem niemieckim ukazało przeciwieństwo religijne jako przeciwieństwo narodowe, wywołało świadomy opór wobec... asymilacji językowej ze strony "heretyków". Bez tego przeciwieństwa religijnego zwarta niemczyzna sięgnęłaby dzisiaj daleko prawdopodobnie poza Poznań".

Wspomniałem już pokrótce o pewnym odcinku życia organizacyjnego mniejszości polskiej w Rzeszy, mianowicie o spółdzielczości i w ogóle instytucjach gospodarczych. Nie był to przecież jedyny odcinek, na jakim Polacy zdołali się zorganizować; istniały i inne, nie mniej ożywione.

Mowa tu o naczelnej i kierowniczej organizacji polskiej, czyli o Związku Polaków w Niemczech oraz Związku Polskich Towarzystw Szkolnych. Na szkielecie tych dwu organizacji i trzeciej: Związku Polskich Spółdzielni Zarobkowych opierało się społeczeństwo polskie w Niemczech.

Najstarszą z nich i nadrzędną był Związek Polaków w Niemczech. Powstał on w ciężkim roku 1922, kiedy panu jące powszechnie zamieszanie gospodarcze i zanik żywego ruchu organizacyjnego, ucieczka inteligencji i szereg innych powodów zdawał się jak najgorzej wróżyć przyszłości grupy polskiej w Niemczech. Toteż dobrze się stało, że latem roku 1922 trzy istniejące najważniejsze związki polskie: Komitet Wykonawczy na Westfalię, Komitet Narodowy w Berlinie i Związek Polaków w Prusiech[1] Wschodnich wspólnie z przedstawicielami Górnego Śląska postanowiły zjednoczyć wysiłki i stworzyć Związek Polaków w Niemczech, co nastąpiło dnia 3 grudnia 1922 roku. Zadaniem jego była na początek "zbiórka sił", "W ten sposób określono prace nad zorganizowaniem społeczeństwa polskiego i skupieniem świadomego elementu polskiego, by móc następnie wystąpić z żądaniem praw dla ludności polskiej w Niemczech"29). Okres "zbiórki sił" trwał do 1925 roku. Przeorganizowano życie polskie w Prusiech[1] Wschodnich, na Pograniczu, w Berlinie, w Westfalii, a zbudowano zupełnie od nowa na Górnym Śląsku. Mimo tych trudności już w 1922 r. Polacy w wyborach do sejmu pruskiego uzyskali dwóch posłów (por. Baczewski i ks. Klimas), którzy utrzymali się w nim do 1928 r. Gorączkowa koncentracja sił polskich nie przeszkodziła Niemcom roztoczyć nad Polakami w Rzeszy hermetycznego klosza milczenia. Niemcy dążyli do uśmierzenia życia polskiego.

I może by się im to udało, gdyby nie rozszerzenie zakresu działalności Związku na front zewnętrzny, czego początki widzimy już w r. 1924. Najważniejszym tego objawem jest założenie Związku Mniejszości Narodowej w Niemczech (Polacy, Łużyczanie, Czesi, Litwini, Fryzowie, Duńczycy), sprawnego instrumentu pracy narodowej ze swym wkrótce bardzo popularnym także poza granicami Niemiec organem "Kulturwehr" (1925). Równocześnie Związek występuje już na forum międzynarodowym (w Lidze Narodów) jako reprezentant chronionej przez konwencję genewską ludności polskiej na Górnym Śląsku. W roku 1928 następuje w łonie Związku ważna zmiana: w miejsce dotychczasowego prezesa Stanisława Sierakowskiego wszedł ks. dr Bolesław Domański, człowiek, który na stanowisku tym pozostał aż do samej niemal II wojny światowej, w naj cięższym, hitlerowskim czasie walki i którego postać i działalność nadała Związkowi Polaków w Niemczech ostatnich dziesięciu lat nieusuwalne piętno. Co prawda nie udało się utrzymać Polakom swoich przedstawicieli w sejmie pruskim, ale za to innymi sposobami Związek potrafił dotrzeć do najwyższych władz


29) Ze sprawozdania "Dziesięciolecie Zw. Polaków w Niemczech", "Młody Polak w Niemczech", nr 1-2/33 r. str. 2 i nast.


niemieckich (rozmowa z Hitlerem 5 listopada 1937 r. i z min. Frickiem). Powstałe w tym czasie "Rodło", przedstawiające bieg Wisły z odnogą do Krakowa, jako kolebki kultury polskiej, stało się znanym godłem Polaków w Niemczech. Na

wielką skalę zakrojony Kongres Polaków w Berlinie, w dniu 6 marca 1938 r. (z okazji piętnastolecia Związku Polaków w Niemczech) był imponującą manifestacją, o której głośno w prasie światowej. Uchwalone na nim pięć prawd Polaków stały się credo Polonii zagranicznych. Mniejszości polskiej w Niemczech już nie można było zdławić.

Związek Polaków dysponował nieliczną, lecz solidarną prasą (dziewięć dzienników z nakładem około siedmiu tys. egzemplarzy i sześć periodyków - w nakładzie dwudziestu tys. egzemplarzy - według danych Min. Spraw Wewn. Rzeszy ogłoszonych na konferencji z dziennikarzami zagranicznymi)30), liczyć miał w r. 1939 około 22 tys. członków, obejmował, względnie patronował około 1400 organizacjom terenowym31).

Związek Polaków pozostawał w ścisłym kontakcie z krajem. Dwóch jego przedstawicieli zasiadało w Radzie Naczelnej Światowego Związku Polaków z Zagranicy. Kontakt i pomoc z kraju, której potrzebę tak bardzo, przy braku inteligencji, przy nacisku germanizacyjnym i przy swej słabości ekonomicznej odczuwali Polacy w Niemczech, nabrały cech konkretnych szczególnie z chwilą powołania do życia tzw. Rady Organizacyjnej Polaków z Zagranicy w r. 1929, przekształconej w r. 1934 na Sw. Zw. Pol. z Zagranicy. Do starczał on Polakom na obczyźnie książek, organizował zjazdy, zloty harcerskie, urządzał kursy wiedzy o Polsce itp., wiążąc w ten sposób z dala od kraju przebywających rodaków, zwłaszcza młodzież, uczuciowo i intelektualnie z Polską32).

Całokształt akcji Związku Polaków w Niemczech, tutaj jedynie bardzo fragmentarycznie naszkicowany, nie tylko skutecznie chronił żywioł polski w Niemczech od wpływów germanizacyjnych, ale ponadto stanowił skuteczne antidotum dla niemieckiej polityki zagranicznej, posługującej się aż nazbyt często argumentem mniejszościowym dla wykazania konieczności rewizji granic.

Cel Związku Polaków w Niemczech: walka o egzystencję narodową - był tak bezspornie pierwszy i najważniejszy, że gwarantował skutecznie jednolitość i solidarność postawy wszystkich Polaków w Rzeszy. Nic dziwnego, że Związek Polaków w Niemczech nie natrafił kiedykolwiek na opozycję wewnętrzną. Pozwalało mu to prowadzić politykę ciągłą i konsekwentną, która nie załamała się nawet wtedy, kiedy załamały się generalnie niemieckie wzory życia polityczno-społecznego pod naporem Hitlera i jego brunatnych koszul w r. 1933. Zauważyli to sami Niemcy. W "Europäische Revue" (listopad 1937) czytamy: "Gdy wszystkie inne organizacje z nową epoką zmieniły swe kierownictwo, kierownictwo Związku Polaków wobec swej rzeczowej solidności (sachlichen Tüchtigkeit) pozostało niezmienione"33).

Inny, jeszcze pochlebniejszy sąd słyszymy z niepodejrzanych ust sekretarza generalnego Niemieckiego Instytutu Zagranicznego w Stuttgarcie, dra F. Wertheimera. Choć odnosi się on do Zw. Mn. Nar. w Niemczech w ogóle, to przecież dotyczy przede wszystkim Zw. Pol., tego inicjatora i ośrodka krystalizacyjnego wszystkich mniejszości narodowych w Niemczech. Sąd Wertheimera brzmiał: "Mniejszości w Niemczech, złączone w Zw. Mn. Nar. w Niem..., są


30) P. w N. nr 4/39 r. str. 36-40.

31) Tamże, 1. c.

32) "Sprawozdanie Sw. Zw. Polaków z Zagranicy", W-wa, '1935.

33) P. w N. nr 1/39 r., str. 7.


organizacją wzorcową dla innych mniejszości świata. Ani w Polsce, ani w Czechosłowacji, ani w Rumunii, ani wreszcie w Jugosławii mniejszości... nie osiągnęły takiej formy organizacyjnej ani tak jednolitej, zwartej postawy"34).

Obok Związku Polaków w dziedzinach specjalnych a szczególnie ważnych działały inne organizacje. Tak np. ciężar pracy oświatowej spoczywał głównie na barkach Związku Polskich Towarzystw Szkolnych. Powstał on z kilku lokalnych Towarzystw Szkolnych, z których najstarsze było Polsko-Kat. Towarzystwo Szkolne na Warmię, założone w listopadzie 1921 r. 10 czerwca 1923 złączyły się one w Zw. Pol. Tow. Szkolnych w Niemczech. Prezesem jego i duszą był przez długi czas Jan Baczewski, poseł na sejm pruski. Już w r. 1921 i 1922 towarzystwa te organizują społeczeństwo polskie do walki o język polski w szkole, składając w imieniu grupy polskiej odpowiednie wnioski w myśl rozporządzenia pruskiego Min, Nauki, Sztuki i Oświecenia Publicznego35) z 31 grudnia 1918 r. Niezależnie od tego na forum sejmu pruskiego pos. Baczewski bez przerwy interpeluje o szkołę polską. Dopiero jednak 31 grudnia 1928 r. żądania Polaków zostały częściowo zaspokojone w formie tzw. "Ordynacji, regulującej szkolnictwo dla mniejszości polskiej". Odtąd dopiero mówić można o założeniu fundamentów szkolnictwa polskiego w Niemczech.

W wyniku, w r. 1932/3 istniało w Niemczech 69 polskich prywatnych szkół powszechnych. Jest to okres maksymalnego rozwoju szkolnictwa polskiego w Rzeszy. Właścicielem i zarządcą szkół były odpowiednie Towarzystwa Szkolne. W szkołach tych kształciło się, 1944 dzieci. Poza tym było 24 polskich publicznych szkół powszechnych z 25 dziećmi i 29 ochronek z 450 dziećmi. Ponadto w listopadzie 1932 udało się otworzyć pierwsze polskie prywatne gimnazjum w Bytomiu (prawo publiczności uzyskało ono jednak dopiero w r. 1935) a w listopadzie 1937 drugie i ostatnie polskie gimnazjum w Niemczech, także prywatne, w Kwidzynie. W roku 1938/9 pierwsze liczyło 184 uczniów, drugie 16236). Od roku 1934 zaczęto czynić starania o zezwolenie na otwarcie liceum żeńskiego w Raciborzu, a w r. 1935 przystąpiono z zezwoleniem władz do jego budowy. Wkrótce jednak zezwolenie zostało cofnięte i taki stan rzeczy utrzymał się aż do II wojny światowej. W ciągu lat 1934/8 strona polska interweniowała w tej sprawie około stu razy37) zawsze bezskutecznie. Nie było więc w Rzeszy możliwości kształcenia polskiej młodzieży żeńskiej na poziomie wyższym niż szkoła powszechna.

Wspomniano już poprzednio o roli polskich placówek gospodarczych. Do uwag tych należało by dorzucić jeszcze kilka faktów i cyfr. O ile w innych dziedzinach życia narodowego Górny Śląsk znajdował się mimo zamieszkałej tam liczby Polaków raczej na szarym końcu, o tyle na polu gospodarczym przodował38). Już w r. 1923, w oparciu o stare i wypróbowane placówki gospodarcze w Opolu, Bytomiu, Raciborzu i innych powstaje tu Związek Spółdzielni Śląskich, wokół którego skupiają się potem wszystkie polskie instytucje spółdzielcze w Rzeszy. Dnia 25 czerwca 1927 r. na zebraniu w Opolu przedstawicieli wszystkich spółdzielni polskich w Rzeszy rozszerzono działalność Związku Spółdzielni Śląskich na całe Prusy, przemianowując go zarazem na Związek Polskich Spółdzielni Zarobkowych w Niemczech.


34) Dr. F. Wertheimer: "Deutschland, die Minderheiten und der Volkerbund", Berlin 1926 (cyt. w Kw., zesz. 1127 r.).

35) Min: Nauki, Sztuki i Oświecenia Publicznego będziemy w przy szłości dla skrócenia nazywać Min. Oświaty.

36) P. w N. nr 4/39 r., str. 23-4.

37) P. w N. nr 2/39 r., str. 10-20.

38) Por. str. 19.


Dzień ten był dniem renesansu spółdzielczości polskiej w Niemczech.

Nowozałożony Związek (z siedzibą w Opolu, później w Wrocławiu) obejmował w r. 1938 31 instytucyj gospodarczych (z czego około połowę na Śląsku), o ogólnej liczbie 7560 członków39). Dalszym krokiem naprzód w gospodarczym uniezależnianiu się mniejszości polskiej w Niemczech było założenie centralnej instytucji kredytowo - finansowej polskiej w postaci "Banku Słowiańskiego" w Berlinie 1933 r., rozporządzającego od r. 1937 kapitałem zakładowym wysokości 500 000 marek.

Długo wywalczanym osiągnięciem było uzyskanie prawa rewizyjnego dla Zw. Spół. Pol. w r. 1935, na razie na rok, później, od 16 grudnia 1937, na stałe. Dzięki temu uniemożliwiono czynnikom obcym ingerencję w sprawy gospodarcze Polaków, Zw. Spółdz. Pol. uzyskał dość daleko idącą autonomię. Na czele Związku stał Stefan Szczepaniak, wybitny działacz spółdzielczy.

Mimo chaosu gospodarczego pierwszych lat powojennych i poderwania zaufania także do banków polskich, już po niedługim czasie odzyskały one je w całej pełni40), co uwidocznia się między innymi w fakcie, że mimo stosunkowo wąskiego zabezpieczenia kapitałowego w bankach polskich wkłady w r. 1929 prawie siedmiokrotnie przewyższały kapitał własny spółdzielni. Dzięki ograniczeniu dywidend, sprowadzeniu do minimum formalistyki i zmniejszeniu kosztów ogólnych banki polskie dawały nieraz wyższy procent niż banki niemieckie. Okoliczność, że banki polskie udzielały przeważnie kredytów mniejszych (poniżej 500 marek) i krótkoterminowych, pozwalała im obrócić posiadanym kapitałem kilkakrotnie. Tak np. w r. 1929 polskie placówki finansowe, posiadając zaledwie około 6 milionów marek kapitałów własnych w postaci kapitału zakładowego i depozytów, osiągnęły obrót 18 600 284,86 marek, czyli obróciły kapitałem własnym trzykrotnie41). Było to możliwe m. in. dzięki ścisłemu przestrzeganiu terminowego zwrotu swych wierzytelności, co było mocną stroną polskich spółdzielni kredytowych, oraz wypożyczaniu mniejszych sum bez zabezpieczenia hipotecznego, co pozwalało uniknąć przewlekłych formalności prawnych. Znamienne jest również, że polskie placówki kredytowe udzielały pożyczek w ogólnej sumie wielokrotnie wyższej niż placówki niemieckie, co było następstwem "bezsprzecznie dobrej opinii"42), jaką cieszyły się banki polskie w wielkich bankach niemieckich (Effektenbanke), które chętnie utrzymywały z bankami polskimi stosunki finansowe.

Wymienione składniki siły narodowo-politycznej społeczeństwa polskiego w Niemczech, jak stopień oświecenia szerokich warstw ludowych, prężność ekonomiczna, wreszcie i ich uświadomienie narodowe, liczba, organizacja itp., nie były czynnikami jedynie decydującymi o sytuacji mniejszości polskiej w Niemczech. Elementem stępiającym ostrze tamtych walorów było ustosunkowanie się państwa i rządu niemieckiego względnie pruskiego do naszkicowanego zagadnienia. Dopiero wypadkowa tych dwu tendencyj: rozwojowej polskiej i powstrzymującej niemieckiej stanowiła o "miejscu pod niebem" Rzeszy ludności polskiej.

Nasuwa się tu pytanie: czy rzeczywiście po stronie niemieckiej nie było żadnej siły, która by miała odwagę przeciwstawić się polityce "ausrotten"? Czy Polacy w Niemczech zawsze byli osamotnieni?


39) P. w N. nr 4/39 r., str. 21.

40) R. Schatton: "Die Finanzpolitik...", str. 88: "...zręczne rownictwo polskich Spółdzielni podniosło zaufanie do nich..."

41) R. Schatton: "Die Finanzpolitik...", str. 98.

42) R. Schatton: "Die Finanzpolitik...", str. 100.


Odpowiedź twierdząca na te pytania byłaby dużą krzywdą moralną dla (nielicznej w ówczesnych Niemczech) grupy postępowej i prawdziwie demokratycznej, jaką stanowiła skrajna lewica, a zwłaszcza komuniści. Poparcie udzielone przez nich posłowi Baczewskiemu w jego sporze z przewodniczącym komisji dla spraw wschodnich Riedelem na posiedzeniu sejmu pruskiego dnia 7 października 1926 r. nie zakończyło się co prawda sukcesem. Był to jednak zadatek nadziei, że przy innych, zmienionych warunkach postulaty polskie mogłyby się spotkać ze zrozumieniem nawet wśród Niemców.

Na razie jednak zarówno Polacy jak i komuniści byli zbyt słabi, by móc się przebić przez mur szowinizmu junkrów pruskich. Toteż, zastanawiając się nad treścią niemieckiej polityki, utrudniającej rozwój społeczny i kulturalny Polonii niemieckiej, trzeba dojść do wniosku, że tak w ustroju weimarskim jak i tym bardziej w hitlerowskim nie do pomyślenia było porzucenie dawnych, uświęconych tradycją wojującej niemczyzny zasad Bismarcka i Wilhelma II.

Ale istniał jeszcze jeden czynnik polityki narodowościowej Niemiec w postaci wymogów i zamierzeń ich polityki zagranicznej. Ten drugi czynnik jest charakterystycznym novum traktowania mniejszości w okresie międzywojennym, przed pierwszą bowiem wojną nie występował on w ogóle lub przynajmniej daleko słabiej. Jest to zrozumiałe, gdy się zważy, że przed I wojną światową nie było państw i instytucyj międzynarodowych, które by chciały się bliżej zająć położeniem mniejszości narodowych w Niemczech, a i dla Niemiec problem mniejszości niemieckiej za granicą powstał dopiero po I wojnie (Niemcy w Czechosłowacji, w Polsce, na Litwie itd.). Temu novum niemieckiej polityki narodowościowej trzeba poświęcić nieco uwagi, gdyż ze względu na nie zapędy germanizacyjno-wynaradawiające doznawały pewnych zahamowań, co prowadziło często do daleko idących następstw.

Trzebienie polskości nie stało się pustym dźwiękiem ani w "demokratycznej" republice weimarskiej, ani w hitlerowskiej III Rzeszy, głoszącej jako swój największy "Gedanken gut" - szacunek dla narodowości.

U samego zarania republiki zarysował się w Niemczech weimarskich program kontynuacji antypolskiej polityki sprzed I wojny. Objawiło się to już przy kładzeniu podwalin pod nowy ustrój republikańskich Niemiec w momencie uchwalania konstytucji 1919 r., ściślej, art. 113 tej konstytucji, ustalającego gwarancje swobody rozwojowej dla poszczególnych grup narodowych w Niemczech. Artykuł ten brzmiał: "Obcojęzyczne grupy narodowe w Rzeszy nie mogą być poszkodowane ("beeinträchtigt") w drodze prawodawczej i administracyjnej w swym swobodnym rozwoju narodowym, zwłaszcza w używaniu swego języka ojczystego podczas nauczania, jak również w stosunkach wewnętrzno-administracyjnych i ochrony prawnej"43).

Uderza już negatywne sformułowanie tego artykułu. Ale i to tak ostrożne sformułowanie zostało uchwalone wbrew najgwałtowniejszej opozycji posłów pruskich, czyli przedstawicieli państwa, od którego właściwie zależało wykonanie tego artykułu, zważywszy, że na terenie Prus przebywały prawie wszystkie mniejszości, i to przeważnie w całości (np. najliczniejsi Polacy, Duńczycy, Litwini).

Wkrótce też teoretyczna wykładnia art. 113 przez uczonych prawników niemieckich zniweczyła wszelkie jego praktyczne znaczenie. Prof. dr Anschtitz z Heidelbergu doszedł np. do wniosku, że "jakkolwiek artykuł ten zwraca się nie tylko w kierunku ustawodawstwa, ale i administracji, to


43) J. Skala: "Die nationalen Minderheiten im Deutschen Reich und ihre rechtliche Situation", Berlin 1929, str. 14.


przecież może on być uważany jedynie za wytyczną dla pierwszego, ale nie za bezpośrednio obowiązującą normę dla drugiej... o tym zresztą, by z art. 113 można było wywodzić jakiekolwiek prawa subiektywne, mowy być nie może... "; zaś dr Giese z Frankfurtu uznał, że art. 113 jest "tylko programem, który najpierw przez ustawodawstwo musi być wykonany, by znalazł praktyczne zastosowanie...", zresztą, ponieważ wspomniany artykuł mówi jedynie o "obcojęzycznych" a nie o "obconarodowych" ("fremdnationale"), nie korzystają z dobrodziejstw art. 113 takie mniejszości narodowe, które posługują się językiem niemieckim, jak Mazurzy, Kaszubi, Wendowie i Polacy44).

Od takiej interpretacji teoretycznej niedaleko już było do zużytkowania jej w życiu. W orzeczeniu sądowym z 12 grudnia 1930 r. w sprawie skargi polskiej o niezatwierdzenie Polskiego Towarzystwa Szkolnego na Dolnym Śląsku czytamy m. in. z powołaniem się na wspomnianych już uczonych niemieckich, że "...nie tworzy ten artykuł (sc. 113) nadającej się do bezpośredniego zastosowania normy prawnej, lecz stanowi tylko wskazówkę dla ustawodawstwa..."45). Tak więc w ciągu 10 lat jedyna konstytucyjna podstawa ochrony prawnej mniejszości jeszcze przez ten sam ustrój została praktycznie zniweczona. Dodajmy do tego tajne rozporządzenia, skutecznie zastępujące prawa wyjątkowe, jak np. zarządzenie nadprezydenta prowincji Górny Śląsk z 9 kwietnia 1925 r., wydane "w celu przeszkodzenia przechodzeniu gruntów miejskich w ręce polskie", lub inne tajne rozporządzenia nadprezydenta prowincji brandenburskiej i Pogranicza z 17 listopada 1934 r. o odbieraniu koncesji restauracyjno-alkoholowych Polakom46) - a wtedy proces przenikania zasad hakaty do świadomości nowych władców Niemiec stanie się jaskrawo widoczny.

Reżim hitlerowski przez usta swego "wodza" bardziej niż jakikolwiek inny podkreślał, że "my nie znamy pojęcia germanizacji" (mowa Hitlera w Reichstagu 17 maja 1933 r.) a i później wielokrotnie (np. 24 stycznia 1935, 7 marca 1936, 31 stycznia 1937 r. itd.) zaznaczał swój szacunek dla odrębności narodowych. Tym wyraziściej odbija praktyka wszystkich przymusowych i pseudo-dobrowolnych landjahrów, arbeitsdienstów itp. Nanaczelne jednak miejsce wśród tego rodzaju złowrogich dla Polaków zamierzeń wysuwa się sprawa podciągania ich pod ustawę o tzw. zagrodach dziedzicznych i ustawa o spisie ludności z 1937 r. Ta druga stała na stanowisku, że subiektywne oświadczenie woli decyduje o przynależności narodowej, przeprowadzając w ten sposób zmniejszenie liczby Polaków do granic śmieszności. Pod pierwszą natomiast, która stanowić miała gwarancję zdrowego rozwoju i źródło "zdrowej krwi" dla narodu niemieckiego, podciągnięto wbrew zażartemu oporowi również- chłopów polskich, stosując przy tym obiektywne kryterium tzw. jednolitej szczepowo krwi u Polaków i Niemców. Chodziło o to, że ustawa dawała obfite możliwości germanizacji, tak iż wyrzeczenie się ich pozbawiłoby Niemców skutecznego i szybkiego środka pozbycia się lub przynajmniej wydatnego nadszarpnięcia polskiego stanu posiadania narodowego. Nie jest pozbawione sui generis pikanterii, że pogardzani Polacy sięgnęli po uciążliwych szczeblach aż do najwyższych władz sądowych i administracyjnych, aby uzyskać orzeczenie, iż nie są jednolitej szczepowo krwi z tak ekskluzywnymi poza tym nordykami...; ci ostatni jednak wprost przez siłę zaliczyli Polaków do swojej rasy.

Zasada germanizacji per fas et nefas obowiązywała w Niemczech weimarskich i hitlerowskich w całej pełni. Jak już wspomniałem jednak, w okresie międzywojennym


44) J. Skala: "Die nationalen Minderheiten...", str. 14-15.

45) Kw. nr 1/31 r., str. 9.

46) Arch. w Pile,


powstał nowy czynnik polityki narodowościowej Niemiec - w postaci polityki zagranicznej. Dowodów jej wpływu na 'traktowanie obcych narodowości w Niemczech nie trzeba szukać daleko. Jest charakterystyczne, że kwestia mniejszości dyskutowana była w parlamencie Rzeszy nie przy resorcie spraw wewnętrznych (jak w Polsce i innych, krajach), lecz przy resorcie spraw zagranicznych .. Ważniejsze, że i merytorycznie rzecz biorąc problemy mniejszościowe stawiane były i rozwiązywane dopiero pod naciskiem wymogów polityki zagranicznej. W głośnej mowie majowej 1925 r. w Stuttgarcie, będącej punktem zwrotnym w polityce mniejszościowej Niemiec weimarskich, Stresemann oświadczył, ze "... możemy występować w obronie niemieckich mniejszości..., jeśli damy mniejszościom w naszej niemieckiej ojczyźnie to, czego żądamy dla Niemców za granicą"47). Kwestię szkolnictwa dla mniejszości duńskiej uregulowano natychmiast po ostrych wystąpieniach za granicą, w których zaatakowano w gwałtowny sposób Niemcy za panujący tam ucisk mniejszości narodowych. Premier zaś pruski Braun, tłumacząc się z wydania przez rząd ordynacji szkolnej dla Polaków z 1928 r., oświadczył 7 marca 1932 r., że ordynacja ta została stworzona "na żądanie Niemców zagranicznych, wbrew moim ostrym protestom"48).

W programie upolitycznienia zagadnienia mniejszościowego niepoślednią rolę odgrywały tzw. kongresy mniejszościowe, zakrojone na skalę międzynarodową a zainicjowane przez mniejszości niemieckie w Europie. Ze względu na wyraźną zależność od Berlina, już w r. 1927 przestali w nich uczestniczyć Polacy a z nimi i inne mniejszości z Niemiec, tak iż straciły one mocno na znaczeniu. Kiedy w r. 1933 to samo zrobili Żydzi (ponieważ kongres nie chciał potępić dyskryminacji Żydów przez Hitlera) instytucja ta słusznie zaczęła uchodzić za sprawny instrument rządu niemieckiego a nie wolny głos mniejszości europejskich.

Wpływ niemieckiej polityki zagranicznej na traktowanie narodowości obcych wprowadził doń cały szereg nowotworów złośliwych i dobrotliwych. Wyraziło się to najpełniej w przyjętej jako dogmat zasadzie odwetowości do tego stopnia, że nawet jedna z ustaw hitlerowskich z 9 marca 1937 r. – bardzo zresztą niebezpieczna dla Polaków – nosiła oficjalną nazwę "ustawa o zabezpieczeniu granic Rzeszy i zarządzeniach odwetowych". Wszechwładna zasada odwetu stosowana była, gdy chodziło o wydalenia, zezwolenia na otwarcie szkół polskich, czy wystawienie jasełek. I nawet narodowy socjalizm, po którym z tytułu jego rzekomego szacunku dla wszystkiego, co narodowe, można się było spodziewać przyjęcia nowych wytycznych polityki narodowościowej, postulowanych przez jego program, nawet on do końca swoich dni - jak to 30 marca 1939 r. oświadczył Frick – nie wytworzył żadnego systemu w tym względzie.

Ten stan rzeczy uczynił niemiecką politykę narodowościową giętką i elastyczną nie w jej tradycyjnych zasadach, lecz w ich praktycznym aplikowaniu - łagodniejszym lub surowszym. Narody, nie posiadające państw macierzystych, odczuły to - jak Serbo-Łużyczanie - boleśnie. Nie miał się kto za nimi ująć, gdy reżim hitlerowski pozbawił ich najstarszych i naj szanowniejszych instytucyj, jak np. Domowiny, nie miał kto zaprotestować, gdy skrupulatnie zacierano ślady ich bytności w kraju ojczystym. To była jeszcze jedna konsekwencja współzależności dwóch polityk: zagranicznej i narodowościowej i - gdyby szczegółowiej w problem się zagłębić - pewnie nie ostatnia.


47) Eug. Zdrojewski: "Szkolnictwo polskie w Niemczech", Warszawa 1934, str. 54.

48) Andrzej Krajna-Wielatowski: "Miejscowości Pogranicza", Poznań 1932, str. 27.


ROZDZIAŁ I.
POŁOŻENIE I PRZESZŁOŚĆ POWIATU ZŁOTOWSKIEGO
(Położenie i obszar pow. złotowskiego – jego kresowy charakter – rzut oka w dalszą przeszłość – okres niewoli – rok 1918/19).

Powiat złotowski, położony między 53°13' a '53°34' szerokości geograficznej północnej oraz 16°45' i 17°45' długości geograficznej wschodniej był między I i II wojną światową powiatem nadgranicznym, którego granica wschodnia była zarazem granicą polsko-niemiecką.

Na południu sąsiadował on z okręgiem pilskim na zachodzie z powiatem wałeckim i szczecinieckim na północy z pow. człuchowskim. Naturalną granicą na zachodzie była rzeka Głda, na północy Dobrzynka i Kamionka, na wschodzie Nica (albo Łobzanka), na południu częściowo Jezioro Sławianowskie. Większych miast w pobliżu nie było. Piła, odległa prawie o 33 km w kierunku południowo-zachodnim, liczyła zaledwie 40 tys. mieszkańców. Od Bydgoszczy, oddalonej, o około 70 km w linii powietrznej na południowy wschód, Złotów odcięty był granicą, tak samo od Poznania leżącego na tym samym niemal południku co Złotów w odległości około 100 km.

Do roku 1918 obszar powiatu wynosił 153.093,49 ha, po traktacie wersalskim przyłączono z tego do Polski 61.616.87 ha czyli około 40% pow. z trzema miasteczkami: Więcborkiem, Sępólnem i Kamieniem. Niemcy zatrzymały kadłubowy powiat o obszarze 91.436,70 ha ze Złotowem i Krajenką. Amputowany powiat powiększono na mocy ustawy z 21 lipca 1922 r. o gminę Skórkę i leśnictwo Zelgniewo, tj. o 6.046.08 ha, tak, że obejmował on ogółem 97.482.79 ha1). W ten sposób ukształtowane granice powiatu i obszar nie ulegały już do 1939 r. żadnym zmianom.

Głównym zajęciem w powiecie było rolnictwo. Około 65% ziemi stanowiły pola uprawne względnie ogrody, mimo że gliniasta, często piaszczysta gleba do urodzajnych nie należała. Dużo większym bogactwem Ziemi Złotowskiej były wspaniałe lasy, pokrywające 24% powierzchni. Lasy te poza bezpośrednią wartością gospodarczą przyczyniały Ziemi Złotowskiej wielu walorów krajoznawczych, zwłaszcza, że nie brakowało jej i sporej ilości jezior (ok. 60), jak też pomniejszych rzek i rzeczułek (Głda, Nica – dopływy Noteci, Kamionka – dopływ Brdy) przerzynających i urozmaicających nizinny, lekko falisty krajobraz. Liczniejsze wzgórza i wzniesienia spotykamy na północy; najwyższe z nich osiąga wysokość 208 m (koło Krzywej Wsi)2).

Cechą charakterystyczną Ziemi Złotowskiej jest jej przejściowy, kresowy charakter. Nadała go jej zarówno przyroda jak i historia, zaliczając Złotowskie do wiecznie spornej krainy, terenu bezprzestannych walk.

Już samo położenie na dziale wodnym dorzeczy Wisły i Odry jest elementem tej przejściowości. Ten sam wniosek wyciągnąć należy także z faktu, że Pogranicze, a zwłaszcza powiat złotowski stanowią teren, na którym zbiega się z różnych kierunków szereg elementów roślinnych, znajdujących tu granice swego rozprzestrzenienia. Tak np. linia rzeki Głdy, tj. zachodniej granicy powiatu, jest wschodnią granicą nie których roślin flory atlantyckiej, inne zaś rośliny posiadają


1) Andrzej Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", Poznań 1928, str. 16 i 19.

2) Tamże, str, 38 i 157.


w pow. złotowskim swych najbardziej zachodnich przedstawicieli. Jeszcze inni reprezentanci rozmaitych światów florystycznych mają absolutną granicę swego występowania w powiatach sąsiadujących ze Złotowskiem3).

Kresowość Ziemi Złotowskiej zaznacza się w prehistorii. W III okresie epoki brązu (1300-1100 przed Chr.) do wschodniej granicy międzywojennego powiatu złotowskiego sięga zwarte osadnictwo ludności środkowo-pomorskiej grupy kultury łużyckiej. W IV i V znowu okresie brązu (1100-700) pow. złotowski, część sąsiedniego człuchowskiego i tereny od nich na zachód odbijają od ziem okolicznych z północy i południa, zamieszkałych przez ludność prasłowiańską grupy zachodnio-wielkopolskiej i kaszubskiej, pustką i wyludnieniem, wywołanych może jakimiś wojnami lub innymi kataklizmami, jakich dzieje tak mało oszczędzały tej kresowej ziemi. W epoce żelaza, w okresie halsztackim (700-400), lateńskim (400-0) i rzymskim (0-400) cechują tę ziemię również znamiona kresowości. Stanowiska lateńskich grobów kloszowych, najdalej na zachód wysuniętych, występują w powiecie złotowskim. Później, kiedy powiat zasiedlony był przez ludy grupy oksywskiej kultury grobów jamowych, nad dolną Głdą, niedaleko granic powiatu zatrzymał się najazd Burgundów4).

I w nowszych już czasach, w chwilach wielkich rozstrzygnięć dziejowych, Ziemia Złotowska zwracała na siebie szczególną uwagę i często była terenem spornym. Gdy po pokoju kaliskim przeprowadzano rozgraniczenie (1343) między przypadłym Krzyżakom Pomorzem a terytorium Polski, Ziemię Złotowską wyraźnie wyłączono z Pomorza i przydzielono Polsce, której północną granicę na tym odcinku ustanowiono na rzekach Kamionce i Dobrzynce. Po pokoju toruńskim linia tych rzek odgraniczała Wielkopolskę od Pomorza. W r. 1772 Prusy przyłączyły Złotowskie, ale już w 1807 r., kiedy ustalano granice między Księstwem Warszawskim a Prusami, powstała kwestia sporna właśnie w odniesieniu do Ziemi Złotowskiej5), w wyniku czego drobna część ówczesnego powiatu złotowskiego przypadła Księstwu, większa zaś Prusom. I znowu południowa tym razem jego granica była granicą dwóch państw.

Okres rozbiorów i niewoli domaga się baczniejszej uwagi. Już wtedy bowiem dokonały się przeobrażenia natury narodowościowej, gospodarczej i administracyjnej, które w wielu względach zaważyły zasadniczo na biegu wydarzeń późniejszych i w niejednym wypadku postawiły problemy, żywe i aktualne jeszcze w okresie międzywojennym.

Wchodząc w r. 1772 w skład państwa pruskiego, Ziemia Złotowska przedstawiała obraz zniszczenia, niedostatku i anarchii. Chętnie to podkreślają historycy niemieccy, aby tym lepiej uwypuklić osiągnięcia cywilizacyjne Fryderyka II i jego następców, szczególny nacisk kładąc na fakt uporządkowania stosunków prawnych, usuwającego dotychczasowy stan niepewności, wprowadzenia nowych metod gospodarki rolnej, ożywienia handlu, zaopiekowania się szkolnictwem itd. Wszystkie te fakty, choć niewątpliwie polegają na prawdzie, niemniej jednak stanowią tylko jej część. Ta prawda bowiem nie obejmuje innych okoliczności równie istotnych, jak np. że właśnie sąsiedztwo o miedzę z Prusami najwięcej się


3) Schmitz-Frase: "Landeskunde der Provinz Grenzmark Posen-Westpreussen", Breslau 1929, str. 77.

4) J. Kostrzewski: "Prehistoria ziem polskich", Kraków 1939 (mapki).

5) Mimo tego rozstrzygnięcia nawet osoby urzędowe nie wiedziały, czy Złotowskie należy do Księstwa Warszawskiego, czy do Prus. Burmistrz Złotowa, Hube, udał się w miesiąc po zawarciu pokoju, w sierpniu 1807 do siedziby polskiej lokalnej władzy administracyjnej w Bydgoszczy i złożył na jej ręce przysięgę wierności. (Otto Goerke: "Der Kreis Flatow". Flatow 1918, str. 99-100).


przyczyniło do tej anarchii na ziemiach przygranicznych Rzeczypospolitej. Powszechnie znane są metody, jakimi posługiwał się Fryderyk II, aby jak najskuteczniej zdezorganizować życie prywatne i publiczne w kraju wschodniego sąsiada. Porywanie dziewcząt polskich, ten pierwowzór łapanek XX wieku, "pobór" rekruta na ziemiach polskich, "pobór" podatków, czyli zwyczajny rabunek przedsiębrany przez oddziały pruskich dragonów itp. – oto niektóre z tych metod. Oczywiście naj dotkliwiej dały się one odczuć na terenach przygranicznych. Ale i zmieniony porządek prawny mający wedle uroczystego przyrzeczenia Fryderyka II w jego patencie z 25 września 1772 zapewnić nowym poddanym, że odtąd "prawo i sprawiedliwość będzie w tym kraju udziałem każdego, bez względu na Jego osobę" – i ten porządek prawny nie wprowadzał równości wobec prawa ani tak potrzebnej zmaltretowanym ziemiom praworządności. W dziedzinie językowej np. obserwujemy natychmiastowe wyparcie języka polskiego z urzędów. W sądach uznawano wyłącznie język niemiecki - jedynie w wyjątkowych wypadkach dopuszcza no tłumacza. Co lepsi Polacy ("Stockpolen" wedle wyrażenia Fryderyka II) byli obciążani w krzywdząco nierówny sposób rozłożonymi obowiązkami podatkowymi6).

Powiat złotowski nie istniał początkowo jako powiat samodzielny, lecz należał do powiatu kamieńskiego, Kamień bowiem był jedynym miastem w okolicy nie prywatnym, lecz królewskim. Dopiero w r. 1817 na podstawie rozporządzenia pruskich ministrów spraw wewnętrznych i finansów przeprowadzono podział terytorialny Krajny i utworzono powiat złotowski. Poddano go władzy regencji w Pile, tj. zaliczono do tzw. Prus Zachodnich. Obejmował on 5 miast: Złotów, Krajenkę, Więcbork, Sępólno i Kamień i w wyznaczonych wówczas granicach utrzymał się do r. 19187).

Już za Schöna i Fryderyka II powiat wyróżniał się charakterem bardziej polskim niż inne okoliczne tereny8). Jeszcze silniejsze stało się to piętno polskości w latach dwudziestych XIX .stulecia dzięki napływowi Polaków na często jeszcze odłogiem leżące ziemie powiatu9). Ten dopływ elementu polskiego z warstwy chłopskiej znajdował swe brzemienne w skutki przeciwieństwo w zachowaniu się wielkich posiadaczy ziemskich. Najlepszy znawca dziejów Ziemi Złotowskiej Otto Goerke pisze: "Bardzo 'wielu wielkich posiadaczy ziemskich, którzy mieli swe siedziby na terenie powiatu, sprzedawało wkrótce (po roku 1772, przyp. aut.) swe położone w nim dobra i przeprowadzili się do swych posiadłości w Polsce lub zakupili tam grunt. Na ich miejsce przyszła szlachta niemiecka. W 11 lat po przejściu powiatu złotowskiego pod panowanie pruskie była tam już duża część wielkiej własności ziemskiej w rękach niemieckich. To było też powodem, że w powiecie złotowskim nie zaznaczyły się powstania polskie, poprzedzające drugi i trzeci rozbiór; brakowało baz i przywódców"10). Tak więc już wtedy zarysował się na terenie Ziemi Złotowskiej problem, który tak dalece miał zaciężyć na tamtejszym polskim życiu narodowym zarówno w okresie zaborów jak i jeszcze w okresie międzywojennym: problem braku polskiej inteligencji. Tym się tłumaczy, że kampania napoleońska w r. 1806 nie pobudziła Polaków ze Złotowskiego do poważniejszej reakcji. Wynikało to poza tym i z faktu, że choć powiat nie leżał na głównym szlaku maszerujących w kierunku Prus Wschodnich wojsk francuskich


6) H. J. Schmitz: "Geschichte des Netze-Warthelandes". Leipzig 1941, str. 188.

7) Otto Goerke: "Der Kreis Flatow", str. 10l.

8) H. J. Schmitz: "Geschichte des Netze-Warthelandes", str. 224.

9) Tamże, str. 226.

10) Otto Goerke: "Der Kreis Flatow", str. 93.


i polskich, to jednak przewaliło się przezeń tyle oddziałów, że przemarsz ich dotkliwie dał się we znaki miejscowej ludności, pociąganej do najrozmaitszych ciężkich świadczeń materialnych11), co ją jak najgorzej usposobiło do francuskich zdobywców. W r. 1813, gdy szczątki "wielkiej armii" wycofywały się na zachód, Ziemia Złotowska gościła składający się z 1.500 ludzi oddział zwyciężonych uczestników wyprawy na Moskwę. Niejeden z nich spoczął w niej na wieki12). Za pobitymi przyszli zwycięzcy i znowu zwaliły się na mieszkańców powiatu ciężary i świadczenia. Były to już ostatnie odgłosy wielkiej burzy.

Wkrótce po jej umilknięciu nastąpiły dwa ważne dla Ziemi Złotowskiej wydarzenia. Na mocy bulli pap. Piusa VII "De salute animarum" z 16 lipca 1821, sankcjonowanej przez Fryderyka Wilhelma III 23 sierpnia 1821, przyłączono powiat złotowski do diecezji chełmińskiej, znosząc przy tym istniejący od 1512 r. i podległy arcybiskupstwu gnieźnieńskiemu archidiakonat kamieński, do którego należała i Ziemia Złotowska13). W ten sposób zerwaniu uległy pierwszorzędnej wagi dla działalności narodowej więzy kościelne z Poznańskiem, tym najsilniejszym i najbliższym Ziemi Złotowskiej źródłem polskości.

Niemałej również wagi dla omawianych okolic był fakt nabycia kluczów dóbr złotowskich i krajeńskich (obejmujących kilkadziesiąt wsi wraz ze Złotowe m i Krajenką) przez dom Hohenzollernów. Dobra złotowskie przeszły w ich posiadanie w r. 1820, krajeńskie w r. 183914). W ten sposób mniej więcej czwarta część powiatu stała się prywatną własnością pruskiego domu królewskiego - co na razie nie miało poważniejszego znaczenia, lecz tragicznie przesądziło los mieszkańców powiatu w r. 1919.

Przeobrażenia w strukturze powiatu przypadły na okres powstania listopadowego i Mierosławskiego. Nie odbiły się one na tym terenie głośniejszym echem. Mała tylko garstka ludności miejscowej była w stanie wziąć udział w walkach powstańczych na odległych terenach Królestwa w r. 1830-31. 5 października 183115) 24 tys. powstańców z 95 działami przeszło granice Prus i zostało rozbrojonych. Wielu z nich pozostało już w Prusiech[1], między innymi osiedlając się także na Ziemi Złotowskiej. Przy panujących w owym czasie w Niemczech nastrojach przyjaźni i współczucia dla Polaków umożliwiono im uzyskanie obywatelstwa pruskiego i pracy. W pow. złotowskim to ustosunkowanie się znalazło swój wyraz w okólniku landrata złotowskiego z 23 grudnia 183616).

Diametralnie różne było nastawienie władz pruskich do powstania i powstańców z r. 1848. W obwieszczeniu rządowym z 2 kwietnia 1848 inny. brzmi ton, niepozbawiony miejscami nuty groźby17). Na terenie samego powiatu także wówczas nie zanotowano poważniejszych rozruchów. Doszło natomiast do większych, krwawych starć tuż nad ówczesną jego wschodnią granicą we wsi Wąwelno18). Od r. 1845 począwszy ziemie te wchodzą w okres nieprzerwanego pokoju, trwającego aż do r. 1914. Nie oznacza to bynajmniej pokoju polityczno-narodowego. Posiew wiosny ludów a jeszcze bardziej bismarkowskiego "ausrotten", praktyk Komisji Kolonizacyjnej, hakaty, wreszcie praw wyjątkowych nie dopuszczał do pokoju. Sprawy te należą do dziejów ogólnych Polski, w okresie niewoli; tu wypada tylko nadmienić, że historia powiatu złotowskiego nie wykazuje większych odchyleń od doli


11) Tamże, str. 94 i 95.

12) Tamże, str. 96.

13) Tamże, str. 141.

14) Tamże, str. 219 i 222.

15) Tamże, str. 102. Pomyłka, że nastąpiło to 5. X. 1830.

16) Tamże, str. 102.

17) Tamże, str. 103.

18) Tamże, str. 102.


całości zaboru pruskiego. I tu od Fryderyka Wielkiego z coraz większym natężeniem realizowano plan, do którego dobrze przystaje określenie Hitlera "germanizacja ziemi". Plan ten polegał na wykupywaniu ziemi z rąk polskich i parcelowaniu jej między niemieckich kolonistów, ściąganych daleko idącymi przywilejami. Doskonałą ilustracją tego rodzaju postępowania są m. in. stosunki rolne w powiecie złotowskim, gdzie szereg polskich wsi otoczony jest osadami i osiedlami niemieckich kolonistów, usiłujących z tych baz wypadowych przenikać z kolei w sam rdzeń wsi polskich z większym lub mniejszym skutkiem. Tę metodę stosowali Niemcy przez cały czas trwania zaborów, tak że Komisja Kolonizacyjna niewiele tu miała do dodania. Wiadomo, że działalność jej nie tylko nie dała spodziewanych rezultatów, proporcjonalnych do nakładów środków, ale zamieniła się w zwycięstwo pobudzonego do czujności i oporu żywiołu polskiego19). Dostępniejszym terenem dla zamierzeń niemieckich była jedynie wielka własność. Tutaj już na początku akcji Komisji Kolonizacyjnej w r. 1886 stan posiadania polskiego przedstawiał się niepomyślnie. O ile bowiem w Poznańskiem sięgał on prawie 50% ogólnego obszaru wielkiej własności ziemskiej, o tyle w Prusiech[1] Zachodnich wynosił zaledwie 36%20). W powiecie złotowskim było w tej dziedzinie zapewne jeszcze gorzej, zważywszy, że największe posiadłości (klucz Złotowski i Krajeński) już od dawna znajdowały się w rękach niemieckich21).

Niemniej drobny rolnik polski i kupiec, nie kapitulując przed ofensywą niemczyzny, rozejrzał się za środkami obrony i kontrataku, znajdując je w spółdzielczości. W r. 1902 powstaje Bank Ludowy w Złotowie, który w ciągu kilkunastoletniego istnienia coraz silniej ugruntowywał swoją popularność wśród ludności polskiej Pogranicza. Liczba członków podniosła się z 64 w r. 1902 na 598 w r. 1914, udziały wzrosły z 506 marek w r.1902 do 15.918,28 marek w r. 191422). W roku 1915 Bank był w możności nabyć na własność trzypiętrową kamienicę. Drugą ważną instytucją, którą zorganizowali Polacy w r. 1906, był "Rolnik" w Złotowie23), spółdzielnia rolnicza o równie zasadniczym znaczeniu jak Bank Ludowy. Ponadto w r. 1909 założono "Bank Parcelacyjny" w Zakrzewie, w r. 1915 przemianowany na "Bank Ludowy"24) w Zakrzewie.

W parze z rozwojem świadomości narodowej na polu gospodarczym szedł i rozwój w dziedzinie politycznej. Już w r. 1879 ks. Polachowski z Głubczyna był głównym kontrkandydatem landrata złotowskiego von Weihera w wyborach do izby posłów sejmu pruskiego w okręgu wyborczym VIII (pow. wałecki i złotowski25). W r. 1912 zaś ks. Pellowski ze Złotowa, nieustępliwy Polak, wraz z baronem Knigge-Grunau uzyskał największą ilość głosów w wyborach do Reichstagu i dopiero w dodatkowym głosowaniu został przez Niemca pokonany (otrzymał on 15.067 głosów, ks. Pellowski zaś 7.01826).

Zapoczątkowane w ten sposób tradycje walki o prawo do ziemi i języka ojczystego zostały godnie uzupełnione przez mieszkańców Z. Złotowskiej w krytycznych miesiącach ustalania zachodnich granic odrodzonej Polski przez konferencję


19) Pierre Chartier: "La colonisation allemande", Paris-Lwów-Poznań 1921, str. 47 i 48.

20) Pierre Chartier: "La colonisation allemande", str. 25.

21) Brak dokładniejszych danych uniemożliwia szczegółowe przedstawienie polskiego stanu posiadania w pow. złotowskim.

22) "Bank Ludowy", pismo pamiątkowe r. 1927.

23) A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 134.

24) Tamże, l. c.

25) Otto Goerke: "Der Kreis Flatow", str. 188.

26) Tamże, str. 191.


pokojową w r. 1919 i przez Międzynarodową Komisję Graniczną27).

Początkowo tzw. Rada Czterech w pierwszym projekcie traktatu pokojowego z 7 maja 1919 przyznała Polsce nie tylko Ziemię Złotowską, ale i Piłę, oraz pierwszorzędnej dla Polski wagi linię kolejową Piła-Chojnice, stanowiącą nie tylko naturalny łącznik szeregu torów bocznych Poznańskiego i Pomorza, ale i najlepszą arterię komunikacyjną między Poznaniem a Gdańskiem i w ogóle morzem (gdy dla Niemiec kolej ta, wskutek oddzielenia Gdańska i Prus Wschodnich, miała walor linii czysto lokalnej). Na podstawie tego projektu otrzymałaby dalej Polska cenne lasy, przedstawiające olbrzymią wartość. Przede wszystkim jednak odzyskałaby kilkanaście tysięcy Polaków – element w pełni narodowo uświadomiony i niezwykle patriotyczny.

Wiadomość urzędowa o tym projekcie, podana przez lokalne gazety niemieckie, wywołała niekłamaną radość wśród ludności polskiej Pogranicza. Jednocześnie jednak uśpiła jej czujność w obliczu mających nastąpić zmian.

Na wiadomość bowiem o przyznaniu Pogranicza i Ziemi Złotowskiej Polsce zaczęły działać prywatne wpływy Hohenzollernów na dworze angielskim. Trzeba pamiętać, że z jednej strony – 100 tys. morgów ziemi (w tym prawie połowa lasów) na terenie powiatu było własnością księcia pruskiego Fryderyka Leopolda Hohenzollerna i – z drugiej strony – że był on z dworem angielskim spokrewniony przez swoją żonę i siostrę Ludwikę Małgorzatę, szwagierkę króla Edwarda VII. Przy tych filiacjach nie trudno wytłumaczyć sobie nagłą zmianę stanowiska Anglii, zwłaszcza, że na czele delegacji angielskiej stał Lloyd George. Wytłumaczenie to przyjmowane jest także przez stronę niemiecką, czego znamiennym potwierdzeniem jest m. in. artykuł pod tytułem "O wartościowy niemiecki teren leśny (Złotów-Krajenka)", który się ukazał w numerze 57 niemieckiego czasopisma fachowego "Der Holzmarkt" z 8. III. 1921. W artykule tym czytamy: "...Międzynarodowa Komisja Graniczna uregulowała granicę między Polską a Niemcami w ten sposób, że przebiega ona obecnie tuż przy majątkach Złotów-Krajenka, tak iż ów wartościowy okręg leśny w całości pozostał przy Niemczech. Nie bez słuszności widziano w tym wpływ miarodajnych kół angielskich (wiadomo, że książę Connaught jest szwagrem księcia Ludwika Leopolda)". I rzeczywiście: w ostatecznej redakcji traktatu pokojowego granicę przesunięto o kilkanaście kilometrów na wsch6d, tak iż Hohenzollernowie nie stracili na rzecz Polski na tym odcinku ani metra kwadratowego ziemi. W tym stanie rzeczy raczej podrzędne znaczenie miała zdyscyplinowana manifestacja mieszkańców Piły Niemców, zorganizowana dla celów propagandowych w obecności dziennikarzy angielskich, przybyłych na zaproszenie prasy i rządu niemieckiego, aby się przekonać o "niemieckości" Pogranicza.

Wiadomość o zmianie pierwotnych postanowień w sprawie granicy polsko-niemieckiej na terenie Pogranicza spotkała się wśród Polaków z niedowierzaniem. Dopiero po pewnym czasie, gdy rzecz przestała budzić wątpliwości, Polacy z tym większą energią przystąpili do ataku na krzywdzącą ich koncepcję nowej granicy.

Powstała wkrótce po kapitulacji Niemiec Powiatowa Rada Ludowa w Złotowie wysłała protest do Podkomisariatu dla Prus Zachodnich w Poznaniu i niezależnie od tego dwunastu delegatów do Warszawy, którzy interweniowali u ówczesne go Naczelnika Państwa Piłsudskiego, premiera Ignacego Paderewskiego; wiceministra spraw zagranicznych Władysława Skrzyńskiego oraz w Naczelnym Dowództwie Wojsk Polskich.


27) Fakty i dane zawarte w poniższym ustępie pochodzą w naj większej części z cennej pracy A. Krajny-Wielatowskiego: "Ziemia Złotowska", str. 15-71.


Sejm Ustawodawczy uchwalił wezwać rząd polski do poczynienia energicznych starań celem odzyskania Z. Złotowskiej. Min. Skrzyński oświadczył wówczas, iż komisarz polski w Międzynarodowej Komisji Granicznej otrzyma polecenie wypracowania projektu zamiany Ziemi Złotowskiej na inne terytorium, bardziej zniemczone a przypadłe Polsce. – Aby ułatwić zadanie komisarzowi polskiemu, delegaci ze Złotowskiego przedstawili mu konkretny projekt takiej zamiany. Zaproponowali mianowicie przyłączenie do Niemiec w zamian za Ziemię Złotowską tzw. Koszneiderii28), tj. silnie zniemczonej okolicy Chojnic przyznanej Polsce. Niezależnie od tego M. Kom. Gran. zaczęły zasypywać protesty ludności polskiej ze Złotowskiego i innych ziem Pogranicza, również wbrew woli ich polskich mieszkańców przyłączonych do Niemiec. Niestety, traktat pokojowy wart. 27 aż nadto wyraźnie określił granice. M. Kom. Gran. miała prawo wprowadzić nieznaczne zmiany, nie przekraczające 6 km. Jedynym wynikiem starań Polaków z Pogranicza było przybycie komisji granicznej na teren powiatu złotowskiego. Mimo rozlicznych szykan władz niemieckich, a w szczególności osławionego Grenzschutzu, Niemcom nie udało się przeszkodzić w urządzeniu potężnej manifestacji polskiej w Złotowie, dnia 1 marca 1920 r., której świadkami byli członkowie komisji. Jej przewodniczący, gen. Dupont przyrzekł ponownie przesłać sprawę do rozpatrzenia Radzie Ambasadorów w Paryżu.

Tymczasem w lecie 1920 rozpoczęła obrady konferencja w Spa. Ludność Złotowskiego zdobyła się na jeszcze jeden wysiłek i wysłała tam delegację z zadaniem bezpośredniej interwencji u przedstawicieli mocarstw. Po rozmowie z delegatami polskimi na tę konferencję a także z Ign. Paderewskim przybyli ze Złotowa reprezentanci ludności polskiej musieli odstąpić od swego zamiaru, aby nie utrudniać pracy delegacji polskiej w innych, ważniejszych dziedzinach. Wiadomo bowiem, że przedmiotem gorących dyskusji na wspomnianej konferencji była m. in. sprawa Śląska. W związku z tym delegacja polska, zachowująca się w tej sprawie defensywnie, nie mogła się zgodzić, by ze strony polskiej wysuwana była myśl jakiejkolwiek rewizji granic. Przedstawiciele Polaków ze Złotowskiego wynieśli tylko ze Spa radę, by udać się do Paryża i przedstawić sprawę osobiście Radzie Ambasadorów. Wobec nieobecności przedstawicieli głównych mocarstw delegacja udała się do bawiącego właśnie w Paryżu gen. Dupont. Od niego otrzymała informację, iż jedyna możliwość przyłączenia Ziemi Złotowskiej leży w bezpośrednich pertraktacjach między rządem polskim a niemieckim o zamianę,

Odpowiedni memoriał złożono w Warszawie, później kilka krotnie ponawiano prośby o przyłączenie do Polski, lecz wszystkie zabiegi i starania rządu polskiego rozbijały się o twardy opór Niemiec. Gospodarcze walory Ziemi Złotowskiej przedstawiały dla nich większą wartość niż etniczna niemieckość proponowanych na zamianę innych ziem, przyłączonych do Polski. Podpisany 28 czerwca 1919 r. traktat pokojowy wszedł w życie i nie uległ zmianie.


28) Pochodzenie tej nazwy jest niewytłumaczone mimo szeregu prób naukowych w tym kierunku.


ROZDZIAŁ II.
LUDNOŚĆ, ADMINISTRACJA I SAMORZĄD W LATACH 1918-1939.
(Liczba Polaków w powiecie złotowskim – stopień ich uświadomienia narodowego – stosunek społeczeństwa niemieckiego do grupy polskiej – Polacy we władzach samorządowych powiatu).

Tym sposobem Niemcom dostała się kraina, która nie tylko liczbą, ale i jakością elementu narodowego celowała wśród innych skupisk polskich w Rzeszy niemieckiej.

Spis 1925 r. stwierdził tu na ogólną liczbę 41 tys. 241 mieszkańców 4.393 osób z polskim jęz. ojczystym (10,65%) i 2.553 osób dwujęzycznych z językiem ojczystym polskim i niemieckim (6,19), czyli razem 16,84%1) Polaków. Cyfra ta jednak jest do tego stopnia niezgodna z rzeczywistością, że nie posiada nawet wartości orientacyjnej. Wynika to z zestawienia jej ze spisami ludności sprzed pierwszej wojny (por. niżej tab. I) a także z niemieckimi danymi cząstkowymi z roku 1936/37, znalezionymi w aktach archiwum regencji w Pile2) i służącymi jako podkład do pertraktacji z prałaturą w Pile w sprawie ograniczenia ilości polskich nabożeństw (por. tab. II i III).

Tab. I3) Polacy i Niemcy w pow. złotowskim
wg spisów przedwojennych
rok Polacy Niemcy
1846[2] 13870 34797
1825[2] 14622 38102
1861 14937 43758
1900 16733 49019
1905 18042 49167
1910 17028 50648
1925 6946 34267

Okazuje się z tab. I, że przed I wojną światową element polski rozwijał się słabo, lecz stale (z wyjątkiem niezrozumiałego załamania w r. 1910). Dodatkowe obliczenia4) ujawniają, że w latach 1846-1910 Polacy stanowili przeciętnie od 24,6% (w r. 1910) do 28,4% (w r. 1846) ogółu ludności powiatu. Tymczasem w r. 1925 liczba Polaków maleje schodząc 40% stanu poprzedniego, mimo że w okrojonym powiecie ewentualnej zmiany stosunku liczbowego Polaków do. Niemców należałoby się spodziewać raczej na korzyść pierwszych, (a w każdym razie przynajmniej nie na korzyść Niemców. Trzeba bowiem pamiętać, że część powiatu złotowskiego, którą przyznano Niemcom, bardziej była polska niż przyłączona do Polski5), a zatem i Polacy w nowym kadłubowym powiecie przedstawiali proporcjonalnie większą siłę niż dawniej6),


l) Schmitz-Frase: "Landeskunde der Provinz Grenzmark", str. 132 (omyłkowo podano tam 12,8% osób z tylko polskim językiem ojczystym).

2) Te ostatnie dane przeznaczone były tylko do użytku wewnętrznego i nigdy nie były publikowane.

3) Otto Goerke: "Der Kreis Flatow", str. 108.

4) Otto Goerke: "Der Kreis Flatow", str. 107 i 108.

5) A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 21.

6) Emigracja Polaków ze Złotowskiego do Odrodzone] Polski była mała.


Pospolity fałsz, jakim jest niemiecka statystyka narodowościowa z r. 1925 (a tym bardziej z r. 1933 i 1939), przygwożdżony zostaje przez wspomniane już zestawienia ludności polskiej powiatu złotowskiego dokonane z ramienia regencji w Pile w r. 1936-377). Obejmuje ono niestety tylko kilkanaście najbardziej polskich miejscowości; wynika z niego, że Polaków było tam więcej, niż ich stwierdza spis urzędowy w całym powiecie, ba, w całej prowincji. A i te zestawienia budzą poważne zastrzeżenia, jako obliczone na osiągnięcie celu polityczno - religijnego i wywarcia presji moralnej na prałaturę w Pile. Wyglądają one następująco:
Tab II8).
miejscowość kat.ogól. Niemcy "warstwa
pośrednia"
Polacy
1. Złotów 4313 2868 697 748
2. Krajenka 2090 2024 51 15
3. W. Buczek 1028 576 94 358
4. Zakrzewo 1953 624 329 1000
5. Głomsk 531 188 343
6. Pol. Wiśniewka   876 494 71 311
7. Radawnica 1045 792 100 153
8. Sławianowo
i Rudna
1293 377 232 684
9. Głubczyn 399 296 22 81
10. Podróżna 269 51 16 202
Razem 3895 13797 8290 1612

Polacy i "warstwa pośrednia" razem: 5507.


Tab II9).
miejscowość kat.ogól. "o polskim
nast."
Niemcy Polacy
1. Złotów 4313 1445 3565 748
2. Krajenka 2090 100 2075 15
3. W. Buczek 1199 500 841 358
4. Zakrzewo 1953 1500 953 1000
5. Głomsk 531 460 188 343
6. Pol. Wiśniewka   876 400 565 311
7. Radawnica 1045 253 892 153
8. Sławianowo
i Rudna
1293 930 609 684
9. Głubczyn 399 103 318 81
10. Podróżna 269 220 67 202
Razem 13968 5911 10073 3895

W tabelce powyższej zatem władze niemieckie zmodyfikowały swój szacunek liczby Polaków, wyrażony w tabelce II, na ich korzyść, przy czym curiosum jest zaliczenie części osób o nastawieniu polskim" – do narodowości niemieckiej. A działo się to w przeddzień ogłoszenia ustawy o spisie ludności (4 października 1937), w której urzędowo usankcjonowano zasadę subiektywnego kryterium (oświadczenie woli) przynależności narodowej, z której by nieodparcie wynikało, że "polnisch gesinnt" może być tylko Polakiem, a nie Niemcem... Drugim aspektem tego curiosum jest okoliczność, pow. złotowski byłby jedynym chyba terenem w Rzeszy, gdzie ludność polska pod panowaniem reżimu hitlerowskiego


7) Por. w związku z tym uwagi wyżej, str. 52[3].

8) Akta arch. w Pile.

9) Różnica między liczbą "katolików ogółem" w tab. II i III w W. Buczku tłumaczy się różnicą w czasie sporządzenia danych, dotyczących W. Buczka, skąd pochodzi także rozbieżność między sumami rubryki "katolicy ogółem" w II i III tabelce. Akta arch. w Pile.


polonizowałaby przygniatającą – wedle źródeł niemieckich – większość niemiecką, gdy na podstawie międzywojennych statystyk niemieckich przyzwyczailiśmy się do "asymilowania" Polaków przez Niemców w tempie 1.500.000 – 800.000 – 400.000.

Cyfry, pochodzące z zestawień urzędowych z 1936/37 warto skonfrontować z wynikami spisu ludności w r. 1925 i 1933 (w tym ostatnim trzeba się zadowolić jedynie cyfrą Polaków na terenie całej prowincji Pogranicze, gdyż danych dla samego powiatu złotowskiego brak). Uzyskamy wówczas obrazek następujący: w roku 1925 było 6946 Polaków w pow. złotowskim, w r. 1933 – już tylko 9551 na całym Pograniczu10) (9 powiatów!) ...a w r. 1936/37 – 5911 Polaków w 11 miejscowościach jednego powiatu11).

Nie tylko Polacy nie wierzyli statystykom niemieckim. Nie wierzyli im również sami Niemcy - i to czynniki urzędowe, skoro mimo posiadania wyników spisu z 1933 r. przygotować musiały do własnego użytku nowe lokalne spisy, bliższe rzeczywistości. Ale i te, bliższe rzeczywistości, mimo to były od niej mocno oddalone. W korespondencji między prałatem Hartzem a regencją w Pile w związku z planami ograniczenia ilości nabożeństw polskich (fragmentami tej korespondencji są także przytoczone w tabelce II i III zestawienia) znajdujemy m. in. list prałata Hartza, datowany 5 czerwca 1937, z następującą uwagą: "...odnoszę wrażenie, że dane, znajdujące się w statystyce regencji - nie są zgodne z rzeczywistością"12). W raporcie zaś regencji do ministerstwa spraw wewnętrznych z 14 lipca 1937 czytamy, że zastrzeżenia podnoszone przez prezydenta regencji pilskiej co do "stosunku liczbowego ludności niemiecko-katolickiej i polsko-katolickiej (sc. mowa tu o stosunku tym w interpretacji władz kościelnych), oparte na wynikach spisu ludności z 16 czerwca 1933, nie są uznawane przez prałaturę. Podstawą dla argumentowania w sprawie wzajemnego stosunku nabożeństw niemieckich i polskich może być, według poglądów prałata dra Hartza, jedynie język ojczysty, stwierdzony przez księży polskich i wypełnione kartki do spowiedzi. Obliczone w ten sposób przez prałaturę stosunki liczbowe wykazują znacznie większą ("erheblich grossere") liczbę katolików Polaków, niż to stwierdziły moje dane"13). W innym zaś piśmie, datowanym z 25 lutego 1937, wysoki urzędnik regencji, dr Schmidt – Carlshausen donosi ministerstwu spraw wewn.: "...dalej zakomunikował (sc. prałat)..., że w Wiśniewce 2/3 kartek do spowiedzi wypełniono po polsku. W r. 1928 okazało się podczas zbierania podpisów za pomnożeniem kazań niemieckich, że tylko 226 osób zdeklarowało się w tym kierunku"14).

Przypomnijmy, że w zestawieniu (tab. III) władze niemieckie stwierdziły w Polskiej Wiśniewce dwa razy więcej Niemców katolików, a mianowicie 565.

W gąszczu demaskującej co krok swą kłamliwość międzywojennej statystyki niemieckiej trudno dostrzec choćby jedną tylko do prawdy podobną cyfrę. Nie ma zatem innego wyjścia, jak na podstawie spisu z r. 1910 określić przynajmniej w przybliżeniu liczbę Polaków w pow. złotowskim.

Ukrywający się pod pseudonimem Andrzej Krajna-Wielatowski autorowie "Ziemi Złotowskiej" oceniają Polaków w Złotowskiem przed pierwszą wojną na ok. 20.000 osób,


10) Wg podziału administracyjnego niemieckiego.

11) Podobne urzędowe, lecz nie opublikowane przez Niemców zestawienie z 11 innych miejscowości pow. babimojskiego (również Pogranicze), ogłosił A. Targ w "Przeglądzie Zach.", nr 6/47 r., str, 481 i nast. Wg tego zestawienia naliczyli Niemcy w owych 11 miejscowościach 4464 Polaków. Razem więc w 22 miejscowościach da to sumę 10375 Polaków.

12) Archiwum w Pile.

13) Tamże.

14) Tamże.


z czego ok. 15.000 pozostać miało po stronie niemieckiej, ok. 5.000 zaś znalazło się w Polsce15). Należy dodać, że jeden z nich pochodził z Ziemi Złotowskiej, długo na jej terenie mieszkał i stąd uchodzić może za autorytet w tych sprawach.

Odbiega to niewiele od wyników spisu z r. 1910, który wykazał w pow. złotowskim w granicach sprzed I wojny 69186 mieszkańców, w tym 17028 Polaków. Ponieważ międzywojenny powiat złotowski zachował 59,6% swego stanu liczbowego, przeto odpowiednia proporcja Polaków wynosiłaby 10149. Zważywszy jednak, że już spis z r. 1910 nie budził pełnego zaufania przez swe, niczym nie uzasadnione, obniżenie liczby Polaków w powiecie o z górą 1000 osób w okresie 1905-1910, zwctżywszy dalej, że po stronie niemieckiej pozostała proporcjonalnie większa liczba Polaków niż Niem ców, że wreszcie przyrost naturalny społeczeństwa polskiego był bezsprzecznie wyższy niż niemieckiego – trzeba przyjąć, że cyfra 11–12 tys. Polaków pozostałych w niemieckiej części powiatu nie jest przesadzona, tym bardziej, że daje mniej więcej obraz stosunku liczbowego Polaków do Niemców w r. 1905, kiedy Polacy stan. ok. 28% ludności powiatu.

Mimo całej kłamliwości niemiecka statystyka narodowościowa ma pewną obiektywną wartość. Daje mianowicie możliwość przeprowadzenia analogii pomiędzy poszczególnymi środowiskami polskimi w Niemczech. Wówczas bowiem, jak przy oglądaniu przedmiotu przez pomniejszające szkło – mimo zmniejszenia całości obrazu – proporcje w nim zachowane są właściwe, gdyż Niemcy nie mieli interesu w popieraniu określonych grup ludności polskiej.

Tak np. statystyka niemiecka pozwala na stwierdzenie stopnia uświadomienia narodowego w poszczególnych skupiskach polskich przez obliczenie odsetka Polaków "jednojęzycznych" i "dwujęzycznych". Odsetek ten 'jest dla Pogranicza jak najpochlebniejszy, podobnie jak imponujący rozwój polskiego szkolnictwa w tej ziemi, czy udział Polaków tamtejszych w organizacjach politycznych i kulturalnych (nie przeważnie gospodarczych, jak na Śląsku16).

Sprawdziany wysokiego uświadomienia narodowego można jeszcze uzupełnić, konfrontując ilość Polaków w Złotowskiem z liczbą głosujących na listy polskie w wyborach do ciał parlamentarnych i porównując to następnie z odpowiednimi wynikami na innych terenach lub – krócej – na terenie całej Rzeszy.

Uprawnionych do głosowania szacuje się przeciętnie na 66% ogółu ludności. Przy 694617) Polakach w pow. złotowskim w r. 1925 otrzymujemy ok. 4630 uprawnionych do głosowania18). Statystyka niemiecka stwierdza, że w wyborach do Reichstagu 6 czerwca 1920 w pow. złotowskim padło 4431 głosów polskich, a w wyborach do Reichstagu 4 maja 1924 – 3470 głosów polskich, czyli 89,2% i 74,9% ogółu Polaków uprawnionych do głosowania oddało głosy na listy polskie.

Przy 802.934 Polaków w całych Niemczech (również w r. 1925) za uprawnionych do głosowania należało by przyjąć ok. 535.290 osób.

W wyborach do Reichstagu w r. 1920, 1921 i 192219) padło ogółem ok. 140.000 głosów polskich, w dniu zaś 4 maja 1924


15) A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 21.

16) Por. "Uwagi wstępne", str. 19[4] i 29[5].

17) Ze względu na konieczność przeprowadzenia analogii, trzeba się przy tej konfrontacji oprzeć na oficjalnych wynikach spisów, gdyż cyfry domniemane są bądź co bądź niedokładne. Ponieważ zaś chodzi nam o porównanie, a nie uzyskanie absolutnych mierników uświadomienia narodowego przeto metoda ta nie będzie fałszywa.

18) Dr Karl Keller: "Die fremdsprachige Bev61kerung im Freistaate Preussen" (Zeitschrift des Preuss. Statist. Landesamts, 66 Jhrg. 1926, 1 u. 2 Abt., str. 22).

19) Wybory uzupełniające. Ze względu na plebiscyty na Śląsku i w Prusach Wschodnich odbywały się one stopniowo i kolejno przez dłuższy czas.


96.71520), czyli na listy polskie głosowało zaledwie 26,1%

i 18% ogółu uprawnionych Polaków.

W niektórych skupiskach polskich jak np. na Mazurach Kaszubach lub niektórych okręgach Śląska kwestia ta przed stawiała się jeszcze tragiczniej21) i tylko jeden pow. babimojski mógł pod względem uświadomienia narodowego iść o lepsze ze złotowskim22).

Uparta walka o prawo do narodowego bytu wytworzyła, -jak widzimy, w Ziemi Złotowskiej specjalny typ kresowego Polaka. Musiał on być wysokiej próby, o czym świadczy niepodejrzany sąd nieprzejednanego wroga polskości, hitlerowskiego landrata Ackmanna, który w raporcie do władz w okresie największych triumfów Niemiec, po zwycięstwie nad Francją, stwierdza "jeszcze teraz nadzwyczajnie świadomą siebie postawę mniejszości" ("ausserordentlich selbstbewusste Haltung der Minderheit"23).

Natężenie walki narodowej zależało nie tylko od stanowiska władz państwowych, nie tylko od naszkicowanego co dopiero uświadomienia narodowego i dynamizmu społeczeństwa polskiego, ale i od nastawienia do ludności niemieckiej w powiecie, stanowiącej bądź co bądź żywioł dominujący, ze wszech stron oblewający polską osamotnioną wyspę. Stąd też krótka choćby analiza sił i stosunku do problemu polskiego u większości niemieckiej potrzebna jest dla poznania i zrozumienia przebiegu i wyniku toczonej walki.

Żywioł niemiecki w Złotowskiem był trzykrotnie liczniejszy od polskiego. Spis z r. 1925 stwierdził co prawda 34267 Niemców (na ogólną l,iczbę mieszkańców powiatu 4124124), lecz liczbę tę jako uzyskaną kosztem Polaków należy obniżyć o kilka tysięcy, tak że będzie wynosiła ona około 30000 osób.

Rozmieszczenie zarówno Niemców jak i Polaków w terenie było bardzo nierówne. Obok wsi prawie czysto polskich (Zakrzewo, Sławianowo, Głomsk, Podróżna) zdarzają się obszary zasiedlone wyłącznie przez żywioł niemiecki. Dotyczy to zwłaszcza okolic, traktowanych jako tereny kolonizacyjne, choć i wśród wsi założonych dla celów germanizacyjnych nie brak takich, które się spolszczyły (np. Królewska Wieś). Za tereny kolonizacyjne Niemcy uznawali szczególnie chętnie grunty położone w bezpośrednim sąsiedztwie gmin najbardziej polskich lub nawet z ich obrębu wykrojone (Wielkie, Średnie, Małe Drożyska koło Zakrzewa, Nowy Buczek koło W. Buczka, Nowa Wiśni ewka koło Pol. Wiśniewki i i.25).

Wzajemne wydzieranie sobie ziemi stanowiło doskonałą pożywkę dla rozkwitu przeciwieństw narodowych, stwierdzanych zresztą we wszystkich terenach przygranicznych. Język polski, zasłyszany na ulicach Lipska, Drezna czy nawet Berlina, wywoływał najwyżej zaciekawienie, tu w Pile czy Człuchowie - nienawistne spojrzenie lub nawet czynne wystąpienia.

W nastrojach antypolskich celowała młodzież, w szczególności ta, którą już wychował reżim hitlerowski, choć i przedtem stanowisko jej wobec polskości nie pozostawiało złudzeń. Wielce znamienne w tym względzie są wyniki przeprowadzonej przez pewnego nauczyciela niemieckiego ankiety pt. "Polska i wojna" ("Polen und der Krieg"26). W ankiecie wzięły udział dzieci w wieku lat 11-14. Pierwsze pytanie brzmiało: "Kochacie czy nienawidzicie Polaków?" "Spróbujcie powiedzieć dlaczego?" Na pytanie to 6% dzieci


20) Str. Zach., nr 3/23 r., str. 388.

21) Keller: "Die fremdsprachige Bevolkerung...", odp. rozdziały.

22) Tamże, str. 21 i 22.

23) Arch. w Pile.

24) Por. tab. I w rozdz. II[6].

25) A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 151, 152 i 165.

26) Czasop. "Friedenswarte", maj 1932.


odpowiedziało, że "kocha", 2% odnosi się obojętnie a 92% ich "nienawidzi". Wśród uzasadnień dla odpowiedzi negatywnych znajdujemy m. in.: "Są to (sc. Polacy) zwyczajne psy, ponieważ nam zrabowali tyle ziemi". "Jest to podstępny, grabież czy naród, gdyż obrabowali oni Niemcy i uciskają niemczyznę w Polsce", Niektórzy tolerują inne narody, ale nie Polaków. Jeden oświadcza, że nienawidzi Francuzów, ponieważ pomagają oni Polakom itd.

Nie dziw, że tego rodzaju młodzież, ujęta w karby hitlerowskich organizacyj pogłębiała jeszcze swoją nienawiść do wszystkiego, co polskie, zapoznając się zarazem poprzez naukę historii Polski i języka polskiego jak naj dokładniej z wrogiem, którego zwalczaniu miała się poświęcić. W tym celu organizowane były tzw. Grenzschullager, których zadaniem było umożliwić "przeżycie granicy" i przekazywanie tego przeżycia innym27). Znając te warunki wychowania nie trudno znaleźć sprawców 32 wypadków szykan antypolskich i napadów, dokonanych w ciągu jednego (pierwszego) półrocza 1933 na terenie samego tylko Pogranicza (tj. głównie w pow. złotowskim)28), sprawców krwawych napadów w dn. 30 lipca 1932 w Zakrzewie, 14 sierpnia 1932 w Głomsku itd.29).

Ta młodzież, często jeszcze dzieci, była zresztą niczym innym jak zamierzonym produktem wychowania w organizacji, szkole i w domu. Należało do pospolitych wypadków wyśmiewanie przez nauczycieli w szkołach dzieci polskich (nauczyciel Manthey ze Stawnicy) za ich narodowość i język, co szczególnie dało się odczuwać w okresie przed r. 1929, gdy nie istniały szkoły polskie. Było to do tego stopnia nagminne, że poseł polski w sejmie pruskim, Jan Baczewski, niestrudzony działacz narodowy, zmuszony był "w ostrych słowach napiętnować podczas obrad sejmowych dnia 7 maja 1925 wypadki, iż języka polskiego i religii uczyli zdecydowani wrogowie polskości, w dodatku nie znający niemal słowa po polsku. Pos Baczewski posługiwał się przy tym przykładami z pow. sztumskiego i złotowskiego.

Nauczyciele niemieccy byli szczególnymi wrogami polskości. Wniosek ten nasuwają poza przytoczonymi także inne fakty. Tak np. 15 kwietnia 1929 r. Związek Niemieckich Nauczycieli Katolickich Pogranicza ("Der katholische Lehrerverein der Grenzmark") wystosował obszerny memoriał do władz szkolnych, w którym po wyrażeniu wdzięczności za "zarządzenia ... mające na celu utrzymanie ("Erhaltung") szkół30) niemieckich w miejscowościach, gdzie utworzono


27) dr Willy Schmidt: "An der Kurmark Grenze".

28) Kw. r. 1933, str. 16.

29) A. Krajna-Wielatowski: "Miejscowości Pogranicza", str. 35.

30) Mowa tu zapewne o obfitych kredytach specjalnych, przyznawanych szkołom niemieckim na Pograniczu, zagrożonych w swej egzystencji na skutek odpływu dzieci polskich do otwieranych właśnie szkół polskich. Jak bardzo zagrożone były szkoły niemieckie przez powstanie polskich, świadczy znamienny dokument, a mianowicie pismo inspektora szkolnego w Złotowie Meskego, datowane jeszcze z 4 lipca 1920 (kiedy pojawiło się "niebezpieczeństwo" założenia szkół polskich wobec trwającej wówczas akcji zbierania podpisów rodziców polskich domagających się dla swych dzieci szkół polskich, co wtedy nie zostało zrealizowane). W piśmie tym znajdujemy m. in. następujące uwagi: "...w niektórych miejscowościach okazałyby się w razie utworzenia specjalnych szkół polskich tak znikome ("geringe") niemieckie, wzgl. niemiecko-katolickie mniejszości, że utrzymywanie własnej szkoły dla nich nie opłacałoby się ("sich nicht lohnte") i zaistniałoby niebezpieczeństwo spolonizowania mniejszości niemiecko-katolickiej, która posyłałaby swe dzieci nie do szkoły ewangelickiej, lecz katolickiej polskiej (tu inspektor wymienia cały szereg takich wsi)". (Arch. w Pile).

Mimo jednak nieopłacalności odrębnych szkół niemieckich w niektórych miejscowościach, stworzono po założeniu szkół polskich w r. 1929 specjalny fundusz pn. "Środki specjalne dla popierania


polskie szkoły mniejszościowe" czytamy w dalszym ciągu: "Aby sparaliżować ("die Spitze abzubrechen") agitację polską przeciwko szkołom niemieckim, dzieci z polskim językiem ojczystym utrzymać na stałe przy szkole niemieckiej a innym dzieciom z polskim językiem ojczystym ułatwić powrót ze szkoły mniejszościowej do szkoły niemieckiej - prosimy uprzejmie o pozwolenie na nauczanie w szkołach tych (sc. niemieckich), jak dotąd, religii (sc. po polsku) i jęz. polskie

go" (w tym miejscu uwaga na marginesie "das soll geschehen"31). Przytoczony fragment memoriału ujawnia expressis verbis, iż odciąganie dzieci "z polskim jęz. ojczystym" od szkół polskich było przemyślanym planem nauczycieli niemieckich, aprobowanym przez władze w momencie, gdy uruchomione z takim trudem szkoły polskie jeszcze na dobre nie rozpoczęły działalności. Zwrócić trzeba uwagę na istotną kwestię, że mamy tu do czynienia z nauczycielami katolikami, których akcja była tym niebezpieczniejsza dla religijnego ludu polskiego. Fakt ten przypisać należy niewątpliwie działaniu dalekosiężnego ramienia katolickiego Centrum, które nie mając w Złotowskiem do dyspozycji tylu księży, ilu ich miało np. na G. Śląsku. przerzuciło główny ciężar roboty antypolskiej na barki katolickich nauczycieli.

Podobnie jak oni, o niemieckość Pogranicza troszczył się także ihny związek katolicki, mianowicie "Związek Niemiec Katolickich" ("Der Volksverein für das katholische Deutschland"), W piśmie z 28 czerwca 1932 zwraca się on do regencji w Pile z prośbą o przesłanie nazwisk uświadomionych nauczycieli niemieckich, ponieważ "okazało się konieczne przeciwdziałać wszelkimi siłami silnej propagandzie polskiej na Pograniczu" ("dass der starken polnischen Propaganda in der Grenzmark von uns aus mit allen Mitteln entgegengearbeitet wird")32.

Ukoronowaniem działalności czynników szowinistycznych wśród społeczeństwa niemieckiego było założenie "Związku niemieckiego' Wschodu" ("Bund Deutscher Osten") w dniu 26 maja 1933 jako naczelnej organizacji antypolskiej, jednoczącej w swym ręku całą strategię walki z polskością33). Stowarzyszenie to wraz ze znanym polakożercą Kube przejęło wszystkie polakożercze tradycje Deutscher Ostbund i Ostmarkenverein.

Związek ten wielokrotnie dawał się we znaki ludności polskiej, jak przede wszystkim podczas spisów w czerwcu 1933 i w maju 1939.

Rozważania nad liczebnością i stosunkiem do Polaków żywiołu niemieckiego w Ziemi Złotowskiej są z tego powodu szczególnie ważne, że od tych czynników w dużej mierze zależało, czy i o ile grupa polska wprowadzi swych przedstawicieli do lokalnych instytucji samorządowych, jak rady gminne, rada powiatowa, wydział powiatowy i i. Dane, dotyczące tego zagadnienia, niestety są bardzo ułamkowe, tak


niemieckiego szkolnictwa powszechnego, szczególnie w miejscowościach z prywatnymi szkołami POWlszechnymi dla mniejszości polskiej" ("Sondermittel zur Forderung des deutschen Volksschulwesens, vorzugsweise in den Orten mit privaten Volksschulen flir die polnische Minderheit"), z którego obficie dotowano szkoły niemieckie na Pograniczu na cele biblioteczne, sportowe, krajoznawczo-wycieczkowe itp.

31) Arch. w Pile.

32) Arch. w Pile.

33) Zniesiony ;po wojnie osławionv Ostmarkenverein został w pow. złotowsklm wkrótce reaktywowany. Nastąpiło to w lipcu 1928 r. na zebraniu konstytuującym koła miejscowego, Na zebraniu obecny był m. in. landrat złotowski dr Janssen, gorliwy propagator Ostmarkenverein. Po powstaniu Związku Niemieckiego Wschodu Ostmarkenverein wszedł w jego ramy (A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 75, odsyłacz).


(...)

ROZDZIAŁ VII.
ZAGADNIENIA SPECJALNE PRACY NARODOWEJ NA TERENIE POWIATU

(Walka z nazewnictwem polskim w BOW. złotowskim - sprawa imion dla dzieci - zakazy używania języka polskiego w życiu codziennym - wydalenia).

Germanizacji ziemi i ludzi towarzyszył analogiczny proces w odniesieniu do charakteru zewnętrznego pow. złotowskiego. Mowa tu przede wszystkim o przekształcaniu polskich nazw i imion celem pozbawienia ich brzmienia polskiego oraz o wypieraniu języka polskiego ze stosunków między ludźmi w życiu codziennym.

Już przed zakończeniem I wojny nazewnictwo w powiecie było dość gruntownie zgermanizowane. Niemniej jednak pozostało kilkanaście miejscowości, których nazwy miały brzmienie czysto polskie, względnie zgermanizowane tylko "prowizorycznie", tj. przez doczepienie do polskiego rdzenia niemieckiej końcówki lub też zmianę pisowni źródłosłowu (np. Tarnowke, Radawnitz, Petzewo, Schwente i in.).

Z chwilą ustalenia się stosunków po wojnie nastąpiła na odcinku nazewnictwa generalna ofensywa. Jeszcze przed rokiem 1928 landrat złotowski przeprowadził zmianę dotychczasowych nazw polskich w 11 miejscowościach, mianowicie: Osowo (Aspenau), Osówka (Espenhagen), Wersk (Seedorf), Dolniki (Wittenburg), Szkic (Kietz), Głubczyn (Steinau), Paruszka (Treuenheide), Pieczywo (Petzewo), Podróżna (Preussenfeld), Buntowo (Seefelde) i dworzec w Zakrzewie (Buschdorf)1). Ze zmianami tymi miały jednak władze niemieckie niejakie kłopoty. W zasadzie bowiem trzeba było na to zgody rady gminnej, która w wielu wypadkach wówczas jeszcze składała się także z Polaków. Szczególne trudności powstały przy próbie przemianowania Zakrzewa na Buschdorf. Ze stacją Zakrzewo dokonano tego już w r. 1925, gdyż nie podlegała ona władzy rady gminnej, która do roku 1925 składała się z samych Polaków, a i potem, do r. 1935, stosunek liczbowy Polaków do Niemców w zakrzewskiej radzie gminnej był, jak około 9:12). Toteż, kiedy w pewien czas po przemianowaniu dworca landrat jako przewodniczący wydziału powiatowego zaproponował przechrzczenie również przynajmniej miejscowej poczty (było bowiem dość paradoksalne, że bilet kolejowy kupowało się do Buschdorf, a list adresowało się do Zakrzewa), rada gminna nie zgodziła się na ten projekt. Nie speszony tym landrat w lutym 1928 r. raz jeszcze zażądał zmiany nazwy wsi, oferując przyłączenie do gminy 200 morgów lasu. I tym razem jednak rada gmin na nie dała się przekonać. Wieś nadal nazywała się Zakrzewo3).

Reżim hitlerowski usunął te trudności ustawą samorządową z 30 stycznia 1935 r., która wprowadziła zasadę nominacji w ustalaniu składu rady gminnej. Wkrótce też i do rady zakrzewskiej wchodził już tylko jeden Polak, który nie był w stanie przeszkodzić uchwale o zmianie nazwy Zakrzewo na Buschdorf. Związek Polaków zaprotestował przeciwko temu postępowaniu w min. spr. wewn., lecz dowiedział się, że przemianowanie Zakrzewa nastąpiło na podstawie


1) A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 64, odsyłacz, i str. 150-70.

2) Kw. 1936, str. 1421-25 i 1550.

3) A. Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska", str. 167-8.


jednomyślnej uchwały miejscowej rady gminnej, składającej się m.in. z 3 Polaków. W odpowiedzi tej tkwiły dwa pospolite kłamstwa: do rady należało nie 3, lecz 1 Polak, po wtóre zaś ów Polak na zmianę nazwy Zakrzewo nie zgadzał się, co stwierdził pisemnym oświadczeniem, przesłanym - wraz z ponownym zażaleniem Zw. Pol. w N. - do min. spr. wewn. I ono nic nie pomogło.

Nieliczne inne jeszcze nazwy polskie nie uchowały się już długo. Tak więc z kolei Sławianowo (jedną z najbardziej polskich wsi) nazwano Steinmark, nie gruntownie zgermanizowane Petzewo (do niedawna Pieczywo) przechrzczono na Deutsch Fier, Buntowo na Seefelde a Klukowo na Blankenfelde4).

Rozprowadzanie pokostu niemczyzny po wszystkim co polskie w powiecie sięgnęło także w dziedziny życia najbardziej osobiste i najbardziej - zdawało by się - niezawisłe od urzędowego czynnika. Powstał stan rzeczy, że nadanie polskiego imienia własnemu dziecku było niemożliwe wobec oporu władzy państwowej. Oporu, dodajmy, przeciwnemu zasadom nawet niemieckiego ustawodawstwa. W pow. złotowskim mamy do zanotowania w tym względzie wypadek, zasługujący na baczniejszą uwagę, tym więcej, że jako przeprowadzony przez wszystkie instancje sądowe nabrał specjalnej wagi prawnej a zarazem stał się niejako przekrojem poglądów władz niemieckich na tak ważną dla każdej mniejszości kwestię imiennictwa osobowego we własnym języku.

Sprawa, o której mowa, wynikła w związku z nadaniem imion o polskiej pisowni chłopcu, urodzonemu w rodzinie Romana Massela z Polskiej Wiśniewki, mianowicie imion Rajmund, Marcjan. Landrat złotowski dowiedziawszy się o tym, pismem z 8 czerwca 1935 r. zakazał wpisania ich do ksiąg metrykalnych i zażądał zmiany pisowni na Reimund Martian, "według uznanej niemieckiej formy językowej". Sprawa znalazła się przed sądem powiatowym, który przyznał rację landratowi. W następnym z kolei odwołaniu do instancji wyższej w Pile zapadło rozstrzygnięcie kompromisowe: za właściwą uznano pisownię Raimund Marcjan. Teraz landrat odwołał się do sądu najwyższego w Berlinie, który orzeczeniem z 26 listopada 1935 r. oddalił apelację landrata i przyłączył się do zdania sądu w Pile. Jego więc orzeczenie uważać należy za precedens wiążący na przyszłość. Motywacja orzeczenia sądu pilskiego wypada dość blado na tle znakomitego wywodu prawnego, przygotowanego w imieniu Romana Massela przez adwokata polskiego ze Złotowa dra Kostenckiego i jego przekonywającej argumentacji.

Powołał się on na art. 113 konstytucji weimarskiej, zaznaczając, że o ile nawet na skutek gruntownej zmiany pojęć prawnych z chwilą dojścia do władzy reżimu hitlerowskiego inną drogą poszła także interpretacja tego artykułu, to w każdym razie zmierzać ona będzie w kierunku rozszerzającym raczej, niż zwężającym - jak na to wskazywać się zdają wielokrotne oświadczenia "wodza", posiadającego


4) W tym samym czasie obradujący XI kongres europejski mniejszości narodowych (od wystąpienia Polaków w r. 1927 i Żydów w r. 1933 wyłączna domena wpływów mniejszości niemieckich) uchwalał uroczyście następującą rezolucję: "...nazwy miejscowości w najszerszym znaczeniu tego słowa tworzą w brzmieniu ("Gestalt"), ukształtowanym przez ducha narodu ("Genius des Volkes") wedle prawideł jego mowy, integralny składnik języka odpowiedniego narodu. Jeżeli używanie nazw miejscowości w tym samym języku, do jakiego one należą, doznaje przeszkód, podlega zakazom lub bywa zgoła gnębione ("unterdruckt") - oznacza to w pierwszym rzędzie przestępstwo ("Versundigung") przeciwko postulatowi szacunku i opieki nad najważniejszym i dobrami ("Lebensguter") każdego narodu i każdej poszczególnej jednostki doń przynależnej" (Kw. 1936, str. 1421-25 i 1450).


w III Rzeszy tak praktycznie jak i teoretycznie uprawnienia

ustawodawcze.

Z kolei przytoczył on zdania uczonych niemieckich5) na temat prawa do nadawania dzieciom imion według woli rodziców, w brzmieniu języka ojczystego.

W dalszym ciągu dr Kostencki przypomniał ogólne rozporządzenie pruskiego min. sprawiedliwości i spraw wewn. z 1898 r., postanawiające wyraźnie, że zapisywanie imion w obcym brzmieniu jest dopuszczalne.

Podkreślił wreszcie uprawnienia naturalne rodziców, powszechnie uznawane, dowolnego wyboru imion dla swych dzieci, wykazując w sumie, że zarówno prawo pozytywne jak i naturalne nie dopuszcza sprzeciwiania się woli rodziców w wyborze imion swych dzieci.

W orzeczeniu sądu pilskiego (i najwyższego) na argumenty te w ogóle nie ma odpowiedzi. Jedyną podstawą orzeczenia stanowił § 11 rozp. wyk. do prawa z 25 marca 1889 r., według którego księgi metrykalne winny być prowadzone w jęz. niemieckim; w brzmieniu obcym tylko wtedy, gdy brak uznanej formy niemieckiej. Ale i tę wątpliwą podstawę prawną (n. b. o charakterze czysto technicznym) dr Kostencki w swym uzasadnieniu skargi obalił, przypominając, że sąd krajowy w Berlinie orzeczeniem z 21 października 1929 r. dopuścił w wypadku pewnego Francuza zapisanie w księgach metrykalnych imienia Charles mimo istnienia uznanej odpowiedniej niemieckiej formy Karl. Podobnie zresztą brzmiało orzeczenie sądu w Elblągu, gdy chodziło o imiona Mieczysław Jerzy dziecka Polaka Pawła Boenigka z Prus Wschodnich6). I te argumety nie przekonały niemieckich sądów. Droga do germanizowania polskich imion w dalszym ciągu stała otworem7).

Dopiero na rok przed wybuchem II wojny okólnik min. spr. wewn. z 18 sierpnia 1938 r. rozstrzygnął nareszcie sprawę nadawania imion w sensie przychylnym dla obcojęzycznych. Okólnik ten, obowiązując zaledwie 1 rok, nie mógł mieć oczywiście, wobec dotychczasowych metod, większego znaczenia praktycznego. Równał się natomiast oficjalnej dyskwalifikacji wieloletniego postępowania władz nie tylko administracyjnych, ale i sądowych8).

Nieco innej kategorii zagadnieniem było wypieranie języka polskiego z życia codziennego. W miastach niemieckich, nie wyłączając Złotowa, zamieszkałego przez liczną grupę ludności polskiej, nie spotykało się poza Bankami Ludowymi szyldów z polskimi napisami. Za rozmowę w języku polskim na ulicy, czy innych miejscach publicznych można było się narazić na duże przykrości. Nie trzeba dodawać, że


5) M. in. zacytował wyjątek z Gerbera "Minderheitenrecht im Deutschen Reich", str. 57/8: "Nazwisko rodowe jest dziedziczne i niezmienne... Imię zależy od woli rodziców; ani duchowny, ani urzędnik stanu cywilnego nie są uprawnieni do innego ustalenia imienia, względnie zmiany jego ze skutecznością prawną. Jeżeli zatem imię nadane zostało w języku ojczystym mniejszości, to jest ono prawnie właściwe (rechtlich richtige)". (Kw. 1936, str. 1343---57).

6) Wyrok sądu elbląskiego został zaskarżony przez min. spr. wewn. i przez wyższą instancję uchylony.

7) Sprawa Romana Massela jest w obfitych dokumentach przedstawiona w Kw. 1936, str. 1343-57.

8) Do rzadkości należały w pow, złotowskim wypadki zmiany nazwisk. O tym jednak, że nastawienie władz do tej kwestii było jak najprzychylniejsze, świadczy notatka w jednej z niemieckich gazet śląskich z końca 1938 r., z której dowiadujemy się, że "liczni rodacy(!) zdecydowali się teraz oczyścić swe nazwiska z obcych (tj. polskich, p. aut.) naleciałości i dać im tę formę, którą miały za dni pradziadów. Kompetentne władze zmuszone były ustąpić natłokowi ludności i stworzyć odpowiednie ułatwienia dla oczyszczania nazwisk. Zmiany nazwisk dokonuje się teraz całkowicie bezpłatnie. - Rodacy, którzy zamierzają zmienić swe nazwiska, winni dla uzyskania porady zwrócić się do najbliższej grupy B. D. O. (Bund Deutscher Osten)". P. w N. nr 2/39, str. 25.


ogłoszenia urzędowe z reguły nie posiadały tłumaczenia polskiego i że we wszelkich stosunkach urzędowych obowiązywał wyłącznie jęz. niemiecki. W czasach hitlerowskich zasadę tę zaostrzono jeszcze przez narzucenie Polakom, występującym służbowo (np. adwokatom w sądach), obowiązku używania w lokalach służbowych tzw. "pozdrowienia niemieckiego" (Heil Hitler). Ponieważ podobny wypadek zdarzył się w sądzie złotowskim, adwokat polski odniósł się do min. sprawiedliwości, które oświadczyło, ze używanie pozdrowienia hitlerowskiego jest obowiązkiem funkcyjnym

i zawodowym, nadmieniając, iż uchylanie się naraziłoby na szwank szacunek dla zawodu (?!)9).

Warunkiem zawieszenia polskiego szyldu przed biurem adw. Kostenckiego było zezwolenie policji budowlanej10), a z powodu napisu na drzwiach jego kancelarii wywiązała się korespondencja z powiadomionym o tym prezesem Izby Adwokackiej, który zażądał zdjęcia napisu11).

Okazje do ograniczania praw języka polskiego w życiu codziennym nastręczały się w związku z zależnością materialną robotnika polskiego od niemieckiego pracodawcy. Charakterystycznym zdarzeniem był w tym względzie zakaz używania języka polskiego podczas prac około budowy szosy w pow. złotowskim w r. 1935, przy czym zatrudnionym robotnikom (między nimi dużej liczbie Polakow), zakaz ten, podpisany przez powiatowe kierownictwo robót, oficjalnie odczytano. Niezastosowanie się do niego połączone było z groźbą utraty pracy. Interwencja u miejscowego landrata nie odniosła, jak zwykle, skutku. Dopiero min. spr. wewn. zakaz uchyliło12).

Wszystkie te ograniczenia i szykany należały do codziennych trosk i przeciwieństw Polaków z Ziemi Złotowskiej, niezależnie od zmiennych fluktuacyj politycznych. Sytuacja oczywiście pogarszała się w chwilach szczególnego naprężenia stosunków między Polską a Niemcami. Tak było np. w r. 1933, kiedy nie istniejący jeszcze pakt o nieagresji między Polską a Rzeszą nie narzucał konieczności zachowania choćby pozorów poprawnego traktowania mniejszości.

Jeszcze dotkliwiej odbiły się na społeczeństwie polskimw Niemczech narastające zadrażnienia i konflikty polsko-niemieckie w okresie poprzedzającym II wojnę. Ostatnie dni 1938 roku i rok 1939 przyniosły ludności polskiej, zwłaszcza na terenach autochtonnych, represje dotąd nie spotykane w postaci wydaleń. Podstawę prawną, jeśli to tak nazwać można, stanowiło dla nich prawo "o zabezpieczeniu granic Rzeszy i zarządzeniach odwetowych" z dnia 9 marca 1937 roku.

Pierwsza fala wydaleń przypada na drugą połowę grudnia 1938 i styczeń 1939 r. Złotowskie, ze swym przodującym pod względem narodowym społeczeństwem, ucierpiało najbardziej. Na 15 Polaków wydalonych wówczas z Rzeszy, 6 pochodziło ze Złotowskiego. Do tych najaktywniejszych szermierzy polskości należeli: Szymon Scheffler z Werska, Marcin Łangowski z Zakrzewa, Roman Massel z Werska, Jan Heruday z Królewskiej Wsi, Józef Krause z Polskiej Wiśniewki i Wojciech Pioch z Rudnej. Niektórzy z nich, jak np. Pioch, utrzymywali liczne rodziny i byli inwalidami wojennymi, zasiedziałymi przez całe życie na swej zagrodzie na Ziemi Złotowskiej. Przez wydalenie rodziny wymienionych zostały pozbawione możliwości egzystencji13).

23 stycznia fala wydaleń opadła. Stało się to na skutek wydalenia z Polski 50 Niemców z Cieszyna w ciągu 24


9) Kw. 1936, str. 1392-5. 10) Tamże, str. 1363/4 i 1522/3. 11) Tamże, str. 1495. 12) Tamże, str. 1329/30 i 1522. 13) P. w N. nr 2/39 r., str. 28-30.


godzin. Niemcy zrozumieli, że polityka wydaleń może mieć dużo przykrzejsze konsekwencje dla mniejszości niemieckiej w Polsce niż polskiej w Niemczech, niezamożnej i nie posiadającej większych majątków ziemskich. W przeciwieństwie zatem do Niemiec Polska pozbywała się nie tylko niewygodnych ludzi, ale często także opanowywała ziemię, z której z kolei utrzymywało się szereg innych Niemców, zatrudnionych na niej jako robotnicy itp.

Nawiązane między rządami polskim i niemieckim w lutym i w marcu rokowania w sprawie położenia mniejszości w obu krajach skończyły się fiaskiem. 28 kwietnia Hitler wypowie dział polsko-niemiecki pakt o nieagresji. Było to hasło do nowej fali wydaleń. W przeddzień mowy Hitlera wydalono z samego powiatu złotowskiego dalszych pięciu Polaków: Marcina Zdrenkę i Jana Jasieka z Zakrzewa, Jana Gracza z Polskiej Wiśniewki, Franciszka Betańskiego z Wetska i Piotra Pesallę z Rudnej. W związku z wydaleniem z Polski m. in. przywódców mniejszości niemieckiej von Goltza i von Korbera wydalono ze Złotowskiego jednego z najdawniejszych tu działaczy, sekretarza dzielnicy V Zw.Pol. w N. - Izydora Maćkowicza.

Wydalenie 50 Niemców z Cieszyna za Polaków z Niemiec, Maćkowicza i innych działaczy polskich za działaczy niemieckich wskazuje, że postępowanie obu państw już bez obsłonek weszło na drogę odwetu. Na piśmie z wiadomością o wydaleniu z Polski Goltza i Korbera widnieje odręczna adnotacja szefa Gestapo w Pile z datą 8 maja 1939, brzmiąca: "jako odwet za von Körbera i von Goltza ma nastąpić wydalenie sekretarza Zw. Polaków Maćkowicza"14). W toku rozwijających się coraz szybciej wypadków zarządzenia odwetowe następowały po sobie ze zwiększoną częstotliwością i na coraz szerszą skalę. Wobec zagrożenia wydaleniem Niemców z pow. nowotomyskiego, władze niemieckie wyznaczyły 80 Polaków ze Złotowskiego celem ewentualnego wydalenia odwetowego. Jednocześnie konsul niemiecki w Toruniu von Küchler domagał się natarczywie wyszukania Polaków, których można by poddać represjom odwetowym15). Rezerwuar najwartościowszego elementu narodowego - Ziemię Złotowską - trafiały coraz liczniejsze ciosy. Zaczęto wydalać nauczycieli. Wreszcie, w ostatnich dniach przed wybuchem II wojny liczba Polaków wydalonych z pow. złotowskiego osiągnęła cyfrę prawie 200 osób .

Zdawało się, że w obliczu tych prób ludność pozbawiona swych kierowników zostanie przytłoczona walcem germanizacji. Obawy te okazały się płonne: wieloletnia, twarda walka uodporniła ją także przeciwko doświadczeniom zbliżającej się wojny. Nie mamy powodu nie wierzyć cytowanemu już świadectwu landrata złotowskiego z 1941 roku o "jeszcze teraz nadzwyczajnie świadomej siebie postawie mniejszości w Ziemi Złotowskiej".


14) Arch. w Pile. 15) Tamże.


(...)

Przypisy

  1. 1,00 1,01 1,02 1,03 1,04 1,05 1,06 1,07 1,08 1,09 1,10 Przypis własny Wikiźródeł archaiczna pisownia oryginalna
  2. 2,0 2,1 Przypis własny Wikiźródeł możliwy błąd: być może zamieniony rok 1846 i 1825
  3. Przypis własny Wikiźródeł Strona 52 książki obejmuje początek rozdziału II i kończy się przed Tab. I
  4. Przypis własny Wikiźródeł Strona 19 znajduje się →tutaj
  5. Przypis własny Wikiźródeł Strona 29 znajduje się →tutaj
  6. Przypis własny Wikiźródeł Tabela ta znajduje się →tutaj

BIBLIOGRAFIA
A. OPRACOWANIA KSIĄŻKOWE

1. Józef Mitkowski: "Pomorze Zachodnie w stosunku do Polski, Poznań 1946
2. Józef Feldman: "Bismarck a Polska", Katowice 1938.
3. Tenże: "Problem polsko-niemiecki w dziejach, Katowice 1946
4. Józef Kisielewski: "Ziemia gromadzi prochy", Poznań 1938.
5. Leszek Gustowski: "Polska a Pomorze Odrzańskie", W-wa 1946.
6. Friedrich Heiss u. A. Hillen-Ziegfeld: "Deutschland und der Korridor". Berlin 1933 (rozdz. "Die Provinz Grenzmark Posen-Westpreussen", aut. Friedrich v. Bülow).
7. Richard Perdelwitz: "Ein Jahrhundert grosspolnischer Ideengeschichte". Schneidemühl 1936.
8. Pierre Chartier: "La colonisation allemande dans l'ancienne Pologne prussienne et ses conséquences actuelles". Paris - Lwów - Poznań 1921.
9. Jan Skala: "Die nationalen Minderheiten im Deutschen Reich und ihre rechtliche Situation", Berlin 1929.
10. Józef Kostrzewski. "Prehistoria ziem polskich". Kraków 1939.
11. Wilhelm Winkler: "Statistisches Handbuch der europäischen Nationalitäten". Wien - Leipzig 1931.
12. Karl Keller: "Die fremdsprachige Bevölkerung Im Freistaate Preussen" - Sonderabdruck aus der "Zeltschnft des preussischen Statistischen Landesamts" - 66. Jahrgang, 1926, 1. und 2. Abteilung.
13. "Mały Rocznik Statystyczny", r. 1939. W-wa 1939.
14. "Statictisches Jahrbuch für das Deutsche Reich". Berlin 1937.
15. Eugeniusz Zdrojewski: "Szkolnictwo polskie w Niemczech". Warszawa 1934.
16. H. Lewandowski: "Szkolnictwo polskie w Niemczech i Prusach Wschodnich". Toruń 1931.
17. R. Schatton: "Die Finanzpolitik der polnischen Minderheit in Deutschland". Berlin 1931.
18. "Sprawozdanie Światowego Związku Polaków z Zagranicy". W-wa 1935.
19. Willy Schmidt: "An der Kurmark Grenze".
20. Helmut Schleinitz: "Besiedlung und Bevölkerung der südlichen Grenzmark". Grimmen in Preussen 1936.
21. Schmitz-Frase: "Landeskunde der Provinz Grenzmark Posen-Westpreussen". Breslau 1929.
22. "Polacy na Ziemi Lubuskiej i na Łużycach przed r. 1939" - tajny memoriał niemiecki, opr:. dr K. Kolańczyk i dr Wł. Rusiński. Poznań 1946.
23. Andrzej Krajna-Wielatowski: "Miejscowości Pogranicza". Poznań 1932.
24. "Słowniczek nazw miejscowych" (zeszyt 1 - Pomorze Zachodnie). Poznań 1945.
25. H. J. Schmitz: "Geschichte des Netze- Warthelandes, insbesondere der Grenzmark Posen-Westpreussen", Leipzig 1941.
26. Andrzej Krajna-Wielatowski: "Ziemia Złotowska". Poznań 1928.
27. Otto Goerke: "Der Kreis Flatow". Flatow 1918.
28. Heinrich Bigalke: "Semesterarbeit 1934/35" (kilka luźnych rozdziałów o położeniu Polaków w powiecie złotowskim, maszynopis).
29. "Bank Ludowy - Volksbank w Złotowie, pismo pamiątkowe 25-letniego jubileuszu", 1927.
30. "Heimatkalender Kreis Flatow Grenzmark". Flatow 1927.
31. Władysław Kosiecki: "Polskie Gimnazjum w Bytomiu". Opole 1937.
32. "Polactwo Walczące", broszura specjalna. Berlin 1938.

B. CZASOPISMA
33. "Kulturwehr" (w r. 1925 "Kulturwille") - Zeitschrift für Volkstumskampf - Herausgeber: Verband der nationalen Minderheiten im Deutschen Reich. Berlin (roczniki 1925-1938, nieznaczne luki).
34. "Sprawy Narodowościowe" - wyd. Instytut dla Badań Zagadnień Narodowościowych. W-wa (roczniki 1927-1938, nieznaczne luki).
35. "Strażnica Zachodnia", wyd. Z. O. K. Z., później P. Z. Z. Poznań (roczniki 1922-1935, luki).
36. "Questions Minoritaires" - wyd. Instytut dla Badań Zagadnień Narodowościowych. W-wa (roczniki 1928, 29, 32, nieznaczne luki).
37. "Przegląd Zachodni" - wyd, Instytut Zachodni. Poznań (niektóre numery z r. 1945, 46 i 47).
38. "Polacy Zagranicą" - organ Św. Zw. Pol. z Zagranicy. W-wa (niektóre numery z r. 1937).
39. "Polak w Niemczech" - Miesięcznik Organizacyjny Związku Polaków w Niemczech T. z. Berlin (roczniki 1937, 38, 39, luki).
40. "Młody Polak w Niemczech" - miesięcznik dla młodzieży polskiej, wyd. Zw. Pol. w N. Berlin (niektóre numery 1933, 38, 39).

C. ROZPRAWY I ARTYKUŁY
41. Stefan Lenartowicz: "Le problem e des minorites polonaises en Europe", Kw. ("Kulturwehr") 1926.
42. "Das geltende Recht der nationalen Minderheiten in Deutschland", tamże, 1926.
43. "Die deutschen politischen Parteien und die nationalen Minderheiten", tamże, 1925.
44. Jan Skala: "Die Minderheitenstatistik Deutschlands", Kw. ("Kulturwehr") 1926
45. St. P. Jaworski: "Ustawa o zagrodach dziedzicznych a mniejszość polska w Niemczech", Spr. Nar. 19;35.
46. Aloizy Targ: "Polska ludność rodzima na Ziemiach Odzyskanych", Przegląd Zach. nr 6/47 r.
47. St. Pieńkowski: "Polacy z Niemiec na kongresach mniejszości narodowych", tamże, nr 9/47 r.
48. B. S. "Der subjektive Wille in der Statistik", Kw. 1938.
49. Rajmund Buławski: "Metody statystyczne badania stosunków narodowościowych w spisach ludności", Spr. Nar. 1930.
50. Emil Kuroński: "Polacy w Niemczech w urzędowych spisach ludności", Spr. Nar. 1938.
51. Wacław Junosza: "Powstanie polskiego szkolnictwa prywatnego w Prusiech", Str. Zach. 1929.
52. Tenże: "L'enseignement polonais en Allemagne" Quest Min 1928 i 1932.
53. Andrzej Moykowski: "Udział Polaków w pruskich wyborach komunalnych 1929 r.", Str. Zach. 1929.
54. B. Openkowski: Preussische Siedlungpraxis gegenüber den nationalen Minderheiten", Kw. 1931.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.