Polacy i polskość ziemi złotowskiej w latach 1918-1939/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Zieliński
Tytuł Polacy i polskość ziemi złotowskiej w latach 1918-1939
Pochodzenie Prace Instytutu Zachodniego nr 12
Wydawca Instytut Zachodni
Data wydania 1949
Druk Państw. Pozn. Zakł. Graf. Okręg Północ
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ IV.
OŚWIATA I SZKOLNICTWO POLSKIE
(Język polski w szkole przed r. 1929 — stworzenie podstaw dla szkolnictwa polskiego: ordynacja z 31 grudnia 1928 r. — sieć szkół polskich w pow. złotowskim w I stadium pracy organizacyjnej Polsko‑Kat. Towarzystwa Szkolnego w Złotowie — frekwencja dzieci — środki finansowe na utrzymanie szkół polskich — pomieszczenia dla nich — problem nauczycielski — programy nauczania w szkołach polskich — podręczniki — szkoły dokształcające — ochronki — nauka jęz. polskiego i religii w szkołach niemieckich).

Podziwu godny rozwój szkół polskich w pow. złotowskim od momentu wydania „Ordynacji regulującej szkolnictwo dla mniejszości polskiej“ z 31 grudnia 1928 poprzedził dziesięcioletni okres kompletnej eliminacji szkoły polskiej z życia społeczeństwa polskiego w Ziemi Złotowskiej.
Złożyły się na to dwie głównie przyczyny: postawa władz niemieckich i atmosfera niepewności na terenach pogranicznych po r. 1918, uprawniająca do przypuszczeń, że Ziemia Złotowska przypadnie Polsce. Następstwem tych nastrojów było zaniedbanie odpowiednich kroków, zabezpieczających położenie mniejszości polskiej pod względem politycznym, gospodarczym i oświatowym. Tymczasem ustosunkowanie się władz pruskich do ludności polskiej niewiele się różniło od nastawienia autorów „zarządzeń ogólnych“ z r. 1872; co prawda wypadało je zawiesić i zmienić, gdyż tego wymagała racja stanu, nakazująca do targu o możliwie najlepsze warunki pokoju przystąpić z „demokratycznymi“ zdobyczami nowych, tolerancyjnych i liberalnych Niemiec, niemniej jednak polskość pozostała nadal wrogiem nr 1 na tych ziemiach i nadal hasło „ausrotten“ cieszyło się dużą popularnością.
Na takich to prądach wypłynęło rozporządzenie ministra oświaty z 31 grudnia 1918 o używaniu języka polskiego w szkołach regencji gdańskiej, kwidzyńskiej i opolskiej[1], rozporządzenie, wydane zupełnie bez udziału tych, których najbardziej dotyczyło, tj. Polaków. Dopuszczało ono, „o ile rodzice sobie tego życzą“, naukę religii w całości po polsku oraz jęz. polskiego do trzech godzin tygodniowo (na szczeblu najniższym wg uznania regencji). W stosunku do zarządzeń ogólnych z 1872 r. to rozporządzenie stanowiło bardzo tylko nieśmiały krok naprzód: pozwalało mianowicie na naukę języka polskiego i religii po polsku na wszystkich trzech szczeblach nauczania, gdy do tej pory wolno było uczyć po polsku wyłącznie religii i to na najniższym szczeblu szkoły ludowej. Ale i te nikłe możliwości zostały w tym samym rozporządzeniu praktycznie zniweczone: pomijając już bowiem absolutnie niewystarczającą ilość lekcji jęz. polskiego tygodniowo oraz fakt, że wprowadzenie go na najniższym szczeblu pozostawiono uznaniu regencji — kilka zdań dalej czytamy: „(sc. zarządzenia te) mogą... naturalnie być o tyle tylko przeprowadzone, o ile znajdują się lub mogą być dostarczone odpowiednio wykwalifikowane siły nauczycielskie“[2]. Nie ma natomiast w rozporządzeniu ani słowa o tym, w jaki sposób zdobyć te odpowiednio wykwalifikowane siły nauczycielskie. Ponieważ nauczycieli polskich w Niemczech nie było, niemieccy zaś na tych terenach już to nie znali, już to (w minimalnej części) władali jęz. polskim więcej niż słabo, tyle właśnie, by go gruntownie dzieciom polskim obrzydzić (zwłaszcza, że i woli w tym kierunku nie brakło) — przeto był on nadal — podobnie jak za Bismarcka — wyparty ze szkół, tym bardziej, że władze szkolne niższe do zrealizowania rozporządzenia kwapiły się jak najmniej[3]. Ówczesny inspektor szkolny w pow. złotowskim, Meske, nie załamuje wyrównanego pod tym względem szeregu „schulratów“ Śląska, Prus Wschodnich i Pogranicza. W jego odpowiedzi z 4 lipca 1920 roku na jeden z okólników ministra oświaty trudno się doszukać objawów obiektywnego i pedagogicznego ustosunkowania do kwestii polskiego nauczania (por. ods. 30 w rozdz. II).
Toteż nic dziwnego, że wnioski o język polski w szkole, pojawiające się w pow. złotowskim już w r. 1919, załatwiane były bardzo opieszale i z upływem czasu coraz opieszalej. Sytuacja na tym odcinku stała się w końcu do tego stopnia nieznośna, że w jednym z wielu swych odważnych wystąpień w sejmie pruskim dn. 15. 3. 1927 pos. Baczewski zaatakował w ostrych słowach władze centralne w Berlinie i regencyjne w Pile za to, że przez dwa lata nie załatwiły wniosków o język polski w szkole w 7 miejscowościach pow. złotowskiego dla 252 dzieci. Zainterpelowany w tej sprawie min. oświaty zasłonił się brakiem odpowiednich nauczycieli. W dalszym ciągu swego przemówienia pos. Baczewski opisał przypadki karania dzieci za rozmowę po polsku podczas przerw między lekcjami, wspomniał o faktach odmawiania przez prokuratorów wszczęcia dochodzeń przeciwko nauczycielom, winnym tych wykroczeń, przytoczył wypadek z Królewskiej Wsi w pow. złotowskim, kiedy to władze lokalne nie uwzględniły prośby rodziców o nauczanie języka polskiego z powodu narodowości niemieckiej jednego z rodziców — i cały szereg podobnych zajść[4].
Mimo takich trudności złożono na Pograniczu wnioski o język polski w 23 gminach szkolnych[5], przeważnie z pow. złotowskiego, z tego w 9 przed rokiem 1926. Żądania ludności polskiej zaspokojono tylko w znikomym stopniu, i to jedynie w powiecie złotowskim, gdzie w r. 1926 w siedmiu szkołach niemieckich powiatu uczono religii po polsku, a w jednej udzielano lekcyj języka polskiego — razem dla 568 dzieci[6].
Niełatwe zadanie osiągnięcia choć skromnych zdobyczy na polu szkolnictwa w powiecie złotowskim wzięło na swe barki założone 23 października 1924 r. Polsko­‑Katolickie Towarzystwo Szkolne na obwód regencji pilskiej z siedzibą w Złotowie. Sądownie zarejestrowane zostało ono dopiero 5 lipca 1925 r.; opór miejscowego landrata nie pozwolił na to wcześniej i dopiero spowodowana przez posła Baczewskiego interwencja min. oświaty zmusiła go do zmiany stanowiska[7]. Na czele Towarzystwa stanął zasłużony działacz narodowy ks. Grochowski z Głubczyna, bezpośrednie kierownictwo przez długi czas spoczywało w rękach nauczyciela Jana Różyńskiego. Towarzystwo weszło w skład Zw. Pol. Tow. Szkolnych w Berlinie, jako naczelnej organizacji oświatowej mniejszości polskiej w Niemczech.
Nowo powstała organizacja postawiła sobie za zadanie podtrzymywanie języka ojczystego i narodowe wychowanie młodzieży polskiej oraz troskę o stworzenie i utrzymanie szkół polskich. Z natury rzeczy inicjowała ona także szereg pozaszkolnych akcyj i imprez kulturalno­‑oświatowych. Wymienić tu trzeba m. in. wieczorne kursy języka polskiego, zorganizowane w wielu miejscowościach powiatu. Dopiero jednak ordynacja o uregulowaniu szkolnictwa polskiego z 31 grudnia 1928 r. stworzyła podstawy do rozwinięcia przez towarzystwo szkolne w Złotowie działalności, do której właściwie było powołane.
Wydaje się niezbędne przed przystąpieniem do dokładniejszej analizy ordynacji z 1928 r. poświęcić nieco uwagi jej genezie. Pozwoli nam to poznać atmosferę, w jakiej się ona zrodziła, i właściwe intencje redagujących ją kompetentnych czynników państwowych; w niejednym punkcie wyjaśni to zgrzyty, coraz silniej występujące w jej stosowaniu.
Grzechem pierworodnym omawianej ordynacji był fakt, że została ona na Niemcach niejako wymuszona i nie oznaczała bynajmniej jakiejkolwiek zmiany zasadniczego nastawienia władz i społeczeństwa niemieckiego wobec mniejszości polskiej: od początku do końca jej obowiązywania szkoła polska tak dla „schulrata“ w przygranicznym powiecie jak dla ministra oświaty była dręczącą groźbą, której przeciwdziałać należy za wszelką cenę. Jeżeli mimo tej niezmienionej postawy władz niemieckich ordynacja została wydana, to zawdzięczać należy to względom politycznym, przy tym — jak zwykle, gdy w grę wchodził problem mniejszości w Rzeszy — względom na politykę zewnętrzną.
Już w 1925 r. pojawiła się pierwsza jaskółka mających nastąpić ustępstw w postaci mowy Stresemanna w Stuttgarcie.[8] Odbyło się nawet kilka rozmów i konferencyj między zainteresowanymi stronami, co nie oznacza, aby przedstawienia polskie wzięte zostały pod uwagę podczas redagowania ordynacji: z projektu ustawy o szkołach mniejszościowych, przedstawionego 1 września 1927 r. rządowi Rzeszy przez Związek Mniejszości Narodowych w Niemczech, żaden istotniejszy szczegół nie wszedł do ostatecznej koncepcji ordynacji.
Nic nie rzuca znamienniejszego światła na właściwe motywy jej wydania, jak artykuł o niej, ogłoszony w Berliner Tageblatt z 29. 11. 1928 r. przez dra Rathenaua, radcę min. spraw wewn., jednego z współautorów ordynacji i znanego nam już skądinąd polakożercy. We wspomnianym artykule czytamy między innymi: „czy gdybyśmy chcieli trzymać polskość („polnisches“) w ucisku, nie wywołalibyśmy w stosunku do niemczyzny w Polsce przeciwucisku, dużo cięższego jeszcze niż obecnie? I kto będzie bardziej uprawniony do kierowniczego występowania („führendaufzutreten“) w świecie nie tylko w obronie swoich mniejszości na zewnątrz ale i mniejszości w ogóle... jak nie te Niemcy, których największy kraj (sc. Prusy) swej najsilniejszej mniejszości zapewnia w tej chwili tak daleko idące prawa? — W ten sposób największy liberalizm staje się najlepszą obroną niemczyzny... (sc. Prusy) mają odwagę udostępnić polskości pole do walki... („den Kampfplatz für polnisches Volkstum zu öffnen“)“. A premier pruski Braun oświadczył, że ordynacja o szkolnictwie polskim została wydana „na żądanie Niemców zagranicznych, wbrew moim ostrym protestom“[9][10].
Produkt takich nastrojów musiał być zatruty. W danej chwili jednak był niewątpliwym postępem i wraz z rozporządzeniem wykonawczym z 21 lutego 1929 r. oraz rozporządzeniem o programie nauczania z 30 kwietnia 1929 r. stał się główną podstawą szkolnictwa polskiego w Niemczech.
Ordynacja składa się z 7 artykułów, podzielonych na paragrafy. Do każdego z artykułów posiadamy komentarz w postaci odpowiednich punktów rozporządzenia wykonawczego, w niejednym uzupełniającego ustawę[11].
Artykuł I omawia przynależność do mniejszości oraz zasady przyjmowania dzieci do szkół polskich. Rozstrzyga on rzecz kapitalnej wagi, mianowicie kwestię kryterium przynależności narodowej, przyjmując za nie subiektywne oświadczenie woli w myśl zasady „do mniejszości należy kto chce“ („Minderheit ist, wer will“). W tym artykule przejawił się najwyraźniej ów duch pozornego liberalizmu ustawy, o którym Rathenau wspominał ze słusznością, że jest „najlepszą obroną niemczyzny“. Nie ma bowiem nic łatwiejszego, jak na jednostkę gospodarczo silnie uzależnioną, często nieoświeconą dostatecznie, wpłynąć namową lub nawet groźbą do przyznania się do takiej narodowości, jakiej sobie pracodawca życzy. Niewiele tu ratuje § 2 art. I, zakazujący kwestionowania i sprawdzania wyrażonej woli przynależności narodowej, jako regulującej jedynie procedurę postępowania władz szkolnych.
Art. II zawiera najważniejsze wskazówki, dotyczące ustroju i organizacji technicznej szkoły oraz programów nauczania. Należy podkreślić, że artykuł ten przyjmuje za zasadę, iż „potrzebę utworzenia prywatnej szkoły mniejszościowej... należy zawsze uznać“, a zatem także bez względu na ilość dzieci. Ponadto porusza on sprawę rekrutowania nauczycieli, co było w praktyce bodaj najbardziej sporną kwestią między stroną polską a niemiecką. Choć bowiem przewiduje się w nim, że „pozwolenie może być udzielone“ i nauczycielowi z kwalifikacjami polskimi (inaczej cała ordynacja stałaby się fikcją, gdyż Polaków nauczycieli z wykształceniem niemieckim i pruskimi kwalifikacjami po prostu nie było), to jednak w sformułowaniu „może być udzielone“ (zamiast np. „będzie udzielone“ — jak w polsko­‑niemieckiej konwencji genewskiej z 15 maja 1922 r. o urządzeniu stosunków narodowościowych na obu Górnych Śląskach) zostawiono sobie furtkę, regulującą dopływ polskich nauczycieli według uznania władz niemieckich, co było tym groźniejsze, że autochtoniczny narybek nauczycielski z kwalifikacjami pruskimi narastał bardzo powoli. Prócz punktu o nauczycielstwie zwrócić trzeba uwagę na kwestię programu, która sformułowana jest bardzo ogólnikowo, mówiąc o przyswojeniu uczniowi „w dostatecznej mierze... rzeczy polskich“; uderza przy tym kompletne pominięcie zagadnienia podręczników. I jedno i drugie miało się stać przedmiotem sporów i dyskusji. Art. II doznaje rozszerzenia przez postanowienia rozp. wyk., dopuszczające przejście ucznia ze szkoły mniejszościowej do niemieckiej i na odwrót w każdej porze roku szkolnego.
W art. III mowa jest o szkołach „o poziomie wyższym od poziomu szkoły powszechnej“. Zagadnienie to mogłoby nas nie interesować, gdyż polskich szkół średnich w pow. złotowskim nie było; były jednak próby zakładania tzw. szkół dokształcających w oparciu o wspomniany artykuł. Powołując się na art. II, omówiony poprzednio, nie pozostawia on poza tym, teoretycznie rzecz biorąc, żadnych wątpliwości.
Również art. IV, traktujący o zagadnieniu dokształcania nauczycieli szkół mniejszościowych w specjalnych instytucjach, nie interesuje nas bliżej, gdyż na terenie Ziemi Złotowskiej nie był on wprowadzony w życie.
Art. V wyjaśnia, w jakich wypadkach skarb państwa będzie uczestniczył w kosztach utrzymania szkoły mniejszościowej. Sprawę to potraktowano dość jasno, z wyjątkiem § 3, dotyczącego pomieszczeń dla szkół polskich. Pozostawiając tę kwestię do swobodnego rozstrzygnięcia władz lokalnych, ordynacja — wobec wiadomego ich nastawienia do Polaków — przerzuca de facto cały ciężar troski o lokal szkolny na barki niezamożnej z reguły mniejszości polskiej. Skutkiem tego przerzuca też na nią odpowiedzialność za właściwe przystosowanie lokalu do celów szkolnych.
W art. VI ustalono warunki, w jakich powstać może mniejszościowa szkoła publiczna, względnie w jakich istniejąca prywatna podlec może przekształceniu na publiczną. Dotychczasowe doświadczenia z nauką jęz. polskiego w publicznych szkołach niemieckich, a jeszcze bardziej w publicznych szkołach mniejszościowych polskich na terenie Górnego Śląska — wykazały dowodnie, że szkoły takie zmierzają w kierunku wprost przeciwnym od zamierzonego, tj. zamiast rozbudzać zainteresowanie i przywiązanie do kraju ojczystego wśród młodzieży — odstręczają ją odeń i poniżają go w jej oczach. Toteż art. VI nie miał praktycznego znaczenia i nie był przez stronę polską wykorzystany, mimo że w razie zrealizowania usuwał kłopoty materialne związane z utrzymaniem szkoły.
Art. VII, ostatni, ustala zasięg działania ordynacji na całe Niemcy z wyjątkiem Śląska Opolskiego, gdzie obowiązywała konwencja genewska z 1922 r., oraz stwierdza, że ordynacja w niczym nie uchyla uprawnień Polaków do żądania nauki religii po polsku i języka polskiego w szkołach niemieckich. Pewne rozszerzenie treści artykułu stanowi odpowiedni punkt rozp. wyk., utrzymujący w mocy przepisy o kursach prywatnych języka polskiego poza szkołą[12].
Już w czasie rozważań natury czysto prawnej nasuwają się poważne wątpliwości co do praktycznej wartości ordynacji. Z trzech zasadniczych elementów szkoły: dzieci, nauczyciela i pomieszczenia, jeden tylko tj. dobór dzieci został (teoretycznie) w pełni rozwiązany, co prawda przy pomocy zasady najsprzeczniejszej z interesami Polaków, mianowicie subiektywnego kryterium przynależności narodowej. Co do nauczycieli i pomieszczeń, ordynacja nawet pod względem teoretycznym pozostawia tę kwestię w dużej mierze arbitralnemu rozstrzygnięciu władz. Ale dopiero po przestudiowaniu ordynacji i skonfrontowaniu jej z istniejącą w Niemczech rzeczywistością prawną występuje jeszcze jedna jej kardynalna wada: brak niezależnej kontroli sądowej nad wykonaniem ordynacji w wypadku sporu między stroną polską a władzami administracyjnymi, zwłaszcza szkolnymi, nie wyłączając min. oświaty. Co miała zrobić strona polska, gdy np. minister oświaty nie uznał jej postulatów, wypływających z praw, zagwarantowanych przez ustawę? Normalnie rzecz biorąc, powinna się była wówczas odnieść do istniejących w Niemczech sądów administracyjnych, które by sprawę rozstrzygnęły. Tymczasem wobec panujących w Niemczech przekonań prawnych było to możliwe tylko wtedy, gdy w danej ustawie było wyraźnie zaznaczone, że podlega ona kontroli prawnej ze strony sądownictwa administracyjnego. Tej klauzuli w ordynacji z 1928 r. nie było.
Aby zilustrować wagę praktyczną tego braku, warto przytoczyć typowy wypadek, jaki zaistniał w związku z zamknięciem przez władze szkoły polskiej w Krajence w pow. złotowskim, gdzie w ogóle rozmaite braki ordynacji szczególnie często występowały wobec faktu, iż najwięcej szkół polskich było w tym powiecie.
Dnia 10 maja 1932 r. regencja w Pile zarządziła zamknięcie szkoły polskiej w Krajence. Odpowiednie pismo brzmiało następująco: „Z otrzymanego przez nas zestawienia ilości dzieci w szkole mniejszościowej w Krajence okazuje się, że uczęszcza do niej tylko 6 dzieci. Ponieważ o „szkole“ może być mowa dopiero wtedy, gdy przynajmniej 7 uczniów różnych rodzin pobiera naukę, nie jesteśmy w możności pozwolić na dalsze istnienie prywatnej katolickiej szkoły ludowej z polskim językiem nauczania w Krajence i powiadomiliśmy inspektora szkolnego w Złotowie, że 6 dzieci ze szkoły mniejszościowej ma uczęszczać po feriach Zielonych Świąt do szkoły niemieckiej“[13].
W odpowiedzi na to Zw. Pol. Tow. Szkolnych wniósł zażalenie do min. oświaty, a gdy to nie wywarło skutku, skargę do Najwyższego Trybunału Administracyjnego, wskazując, że postępowanie władz regencyjnych i min. oświaty jawnie jest sprzeczne z art. II, § 1 ordynacji, mówiącym wyraźnie, że o ile regularne uczęszczanie dzieci do szkoły może uchodzić za pewne, „należy potrzebę stworzenia prywatnej szkoły mniejszościowej... zawsze uznać“ bez jakichkolwiek zastrzeżeń co do liczby dzieci i ich pochodzenia z „różnych rodzin“. Prócz tego zaznaczono w piśmie, że i kompetentne czynniki rządowe z min. oświaty jeszcze niedawno rozumiały przepisy art. II, § 1, w identyczny sposób, czego dowodem jest urzędowy protokół z konferencji między przedstawicielami Zw. Pol. Tow. Szkolnych i min. oświaty w dniu 25 stycznia 1929 r. Na konferencji tej tajny radca Gürich oświadczył m. in., że „dla założenia szkoły prywatnej nie jest przepisana jakakolwiek liczba minimalna. Wedle ordynacji potrzeba założenia szkoły prywatnej zostanie uznana bez względu na liczbę dzieci“[13].
Najwyższy Trybunał Administracyjny odrzucił skargę ze względów formalnych, uznawszy się za niekompetentny[14], wobec braku w ordynacji klauzuli, poddającej ją w wypadku sporu co do jej wykonania ochronie i kontroli prawnej sądownictwa administracyjnego[15].
Polskie towarzystwa szkolne nie były niczym chronione przed arbitralną decyzją władz administracyjnych. Ten stan rzeczy zaczął się jednak uwypuklać dopiero na przełomie r. 1931/32. Do tej pory mniejszość polska narażona była najwyżej na drobniejsze szykany. Dzięki temu najtrudniejszy okres organizacji szkolnictwa polskiego przypadł na czasy względnej swobody i tolerancji.
Polsko-Kat. Tow. Szkolne w Złotowie wyzyskało w pełni wynikające stąd możliwości. Pierwszym zadaniem Towarzystwa, prawnego właściciela zakładanych szkół, było zgromadzenie wniosków rodziców polskich. W pow. złotowskim przeprowadzenie tego poszło o tyle łatwiej, że działało w nim czterech księży Polaków (ks. ks. Domański, Grochowski, Paszki i Sobierajczyk), wywierających ogromny wpływ na wysoce religijną ludność katolicką tych ziem. Z owych czasów zachował się ciekawy dokument w postaci raportu inspektora szkolnego ze Złotowa, Conrada: „...konkludując trzeba powiedzieć, że ludność, posługująca się językiem polskim, już od tygodni znakomicie zorganizowana, została przez agitację na rzecz szkół mniejszościowych prawie kompletnie objęta („erfasst“), a tam, gdzie działały dwa najważniejsze momenty: wpływ polskich księży katolickich (Grochowski, Paszki, dr Domański, Sobierajczyk) i gospodarczy (Bank Ludowy — Złotów) — również dlatego została zdobyta“[16]. Szczególnie silnie uwydatniał się wpływ księży polskich przez katechizację dzieci w języku ojczystym. Nie będzie wiele przesady w twierdzeniu, że początkiem szkoły polskiej w pow. złotowskim była nauka katechizmu, udzielana przez polskiego księdza. Niezależnie od nich i inni działacze organizowali pogadanki i zebrania, na których propagowali ideę polskiej szkoły.
W sześć tygodni od chwili ogłoszenia ordynacji o szkolnictwie mniejszościowym (w „Zentralblatt für innere preussische Verwaltung“ z 23 stycznia 1929 r.), dnia 6 marca 1929 r. Pol.‑Kat. Tow. Szk. w Złotowie domagało się otwarcia 17 szkół w Ziemi Złotowskiej dla 833 dzieci, przedstawiając władzom niemieckim takąż liczbę podpisów rodziców[17]. Zamierzeniem Towarzystwa było uruchomić te szkoły w dniu 9 kwietnia 1929 r., aby w pełni wyzyskać poczynający się rok szkolny[18]. Plan ten tylko w drobnej części dało się zrealizować na skutek utrudnień, jakich doznali nauczyciele, mający przybyć z Polski, ze strony niemieckich placówek dyplomatycznych w Polsce. Ostatecznie więc w kwietniu 1929 r. powstały w pow. złotowskim tylko cztery szkoły (Głomsk, Kleszczyna, Święta, Sławianowo), następnych 12 w czerwcu (Osowo, W. Buczek, Zakrzewo, Szkic, Królewska Wieś, Polska Wiśniewka, Podróżna, Radawnica, Rudna, Wersk, Buntowo, Stawnica). Do końca, roku kalendarzowego 1930 r. otwarto jeszcze 6 szkół (Blękwid, Złotów, Złotów­‑Błoto, Nowa Święta, Głubczyn, W. Drożyska). Ostatnią wreszcie szkołę w powiecie otwarto w Krajence w sierpniu 1931 r., lecz istniała ona niecały rok[19]. Wkrótce władze niemieckie nakazały zamknąć także szkołę w Wielkich Drożyskach (1933). W ten sposób ustalona liczba szkół polskich (21) utrzymała się aż do drugiej wojny.
Dalszemu rozwojowi na przeszkodzie stanęło dające się od końca 1931 r. zauważyć coraz mniej uczciwe stanowisko władz i coraz silniejsza presja gospodarcza, wywierana na Polakach przez pracodawców niemieckich, co spowodowało powolne zmniejszanie się liczby dzieci posyłanych do polskich szkół.
Wypadki, przytoczone w rozdziale trzecim, wymownie naświetlają tę kwestię. W związku z tym godzi się wspomnieć jednak o pewnym zdarzeniu, które nie tylko — jak tamte — daje świadectwo niemieckiej presji gospodarczej, ale zarazem stanowi przykład naruszenia jednej z podstawowych zasad, wyrażonej expressis verbis w ordynacji. Chodzi tu o dzieci Stachnika w Krajence, których ojciec pracował w pewnej firmie niemieckiej w Berlinie, matka zaś wraz z dziećmi mieszkała w Krajence. Na życzenie matki dzieci te uczęszczały do szkoły polskiej. Gdy różne szykany zawiodły, nauczyciel niemiecki w Krajence, później inspektor w Złotowie, zażądali od ojca oświadczenia, do jakiej szkoły pragnie dzieci posyłać, wbrew niedwuznacznemu przepisowi art. I, § 2, zakazującemu sprawdzać lub kwestionować przyznanie do mniejszości, i wbrew pkt. I rozp. wyk. głoszącemu, iż „władze powinny również wstrzymywać się od wywierania wszelkiego wpływu na deklarację woli jednostki“. Nic dziwnego, że uzależniony od niemieckiego pracodawcy Stachnik odpisał na zapytanie, że „musi odpowiedzieć, iż jego dzieci mają chodzić do szkoły niemieckiej“. Protest polski z 21 listopada 1931 r. nie odniósł skutku; regencja w Pile kazała dzieci przenieść do szkoły niemieckiej. „Przy okazji“ pozbawiono kierownictwa szkoły w Krajence, a później w ogóle prawa nauczania, nauczyciela Gliszewskiego, za to, że nie chciał zmusić dzieci do przejścia do szkoły niemieckiej. I jeszcze jednym dodatkowym owocem całej tej akcji był fakt, że dzięki niej liczba dzieci w szkole polskiej w Krajence spadła poniżej 7 (do 6), co w parę miesięcy potem posłużyło za podstawę do zamknięcia szkoły w ogóle[20].
W latach otwierania szkół polskich na Pograniczu ilość dzieci faktycznie do nich uczęszczających w stosunku do zgłoszonych wynosiła 90,6%, w niektórych jednak miejscowościach pow. złotowskiego (Podróżna, Polska Wiśniewka, Święta) liczba dzieci uczęszczających przekroczyła liczbę zgłoszonych[21]. Ogólnie dzieci w szkołach polskich w Złotowskiem stanowiły około 50% a czasem i więcej ogółu dzieci w prywatnych szkołach polskich w Niemczech[22]. Najwyższy stan liczebny w pow. złotowskim pod tym względem osiągnięto w r. 1932 — 910 dzieci, najniżej spadła ta liczba w sierpniu 1939 r. — 621 dzieci. Największą frekwencją cieszyła się szkoła w Zakrzewie (siedziba prezesa Zw. Pol. w Niemczech, ks. Domańskiego). Liczba dzieci nie spadła tu nigdy poniżej 100, przeważnie obracała się w granicach 150, nawet ją przekraczała[23].
W ścisłym związku z ilością dzieci w szkołach pozostawała sprawa środków na ich utrzymanie. W myśl bowiem art. V, § 1, polskim szkołom mniejszościowym z 40 i więcej dziećmi przysługiwała subwencja państwowa w wysokości 60% poborów w pełni zatrudnionych w danej szkole nauczycieli. W pow. złotowskim było 5 szkół uprawnionych przez cały czas swego istnienia do pomocy finansowej ze strony państwa: Zakrzewo (109—151 dzieci w różnych latach), W. Buczek (48—94 dzieci), Szkic (53—65 dzieci), Polska Wiśniewka (44—58 dzieci), Święta (41—58 dzieci). W 3 szkołach przez krótki tylko czas (1—2 lata) liczba dzieci spadła poniżej 40; są to: Złotów (27—62 dzieci), Głomsk (36—57 dzieci) i Podróżna (34—43 dzieci). W 2 wreszcie szkołach liczba dzieci częściej znajdowała się poniżej granicy 40 niż powyżej: w Radawnicy (22—47 dzieci) i Stawnicy (12—46 dzieci). Szkoły te zależnie od zmiennej frekwencji dzieci otrzymały w r. 1929 — 23.547 marek zasiłku państwowego, w r. 1930 — 26.796 mk, w r. 1931 — 30.083 mk, w r. 1938 — 20.490 mk[24].
Sposób subwencjonowania (nie jego wysokość) szkół polskich przez władze niemieckie był jedynym bodaj przejawem pruskiej polityki szkolnej wobec mniejszości polskiej, który nie budził z jej strony poważniejszych zastrzeżeń. Niemniej przeto zasadniczą podstawą utrzymania szkół były fundusze dostarczane przez Polsko‑Kat. Tow. Szkolne.
Do poważnych kłopotów organizacyjnych władz szkolnych polskich należała sprawa pomieszczenia dla szkół. Do nielicznych wyjątków należały te z nich, które mieściły się we własnym budynku (Zakrzewo, Złotów, Święta), wszystkie inne znajdowały się w ad hoc odnajętych i przysposobionych budynkach prywatnych. W ani jednym wypadku nie spełniła się wyrażona w rozporządzeniu wykonawczym nadzieja jego autorów, że „administracje komunalne, tam gdzie to jest możliwe, pójdą na rękę mniejszości, odstępując lokale szkolne“, lub polecenie dla władz szkolnych, że ew. wnioski o używanie publicznych lokali szkolnych przez prywatne szkoły mniejszościowe „należy spełnić“[25].
Postępowanie niższych władz szkolnych i komunalnych nie było zresztą sprzeczne z prawdziwymi intencjami ich władz przełożonych. Świadczy o tym tajne rozporządzenie min. oświaty z 12 października 1938 r. (E. II a nr 5145)[26] nakazujące stwierdzenie w szkołach polskich: a) stopnia opanowania języka niem. przez nauczycieli, b) umiejętności i wiadomości natury pedagogicznej i metodologicznej i c) stanu budynków szkolnych w sensie określenia, które z nich „swym stanem i urządzeniami nie odpowiadają minimalnym wymogom, jakie należałoby im postawić“. Treść zarządzenia sama przez się nie budziłaby zdziwienia, gdyby nie fakt jego tajności — i odniesienie wyłącznie do szkół polskich, tym bardziej, że z uzasadnienia tajności dowiadujemy się, iż chodzi o to, „aby nie dać polskim władzom pretekstu do dalej (sc. jeszcze) idących zarządzeń przeciwko szkołom niemieckim w Polsce“. Wywołana tym zarządzeniem korespondencja urzędowa rzuca dalsze światło na jego cel. W piśmie z 31 lipca 1939 r. do min. oświaty[27] prezydent regencji pilskiej donosi, że na podstawie przeprowadzonej w myśl wzmiankowanego zarządzenia inspekcji budowlanej zaprojektowano zamknięcie w pow. złotowskim 5 szkół polskich jako „zarządzenie odwetowe“ za rzekome zamknięcie szkół niemieckich w Polsce. Jak dalece i wyłącznie szykaną było omawiane tajne zarządzenie, świadczą raporty inspekcji[28] w poszczególnych szkołach, w których to raportach między innymi czytamy, że w jednej ze szkół należy naprawić drzwi, tak by można było je zamykać i otwierać („sind gangbar zu machen“), gdzie indziej należy „odnowić wycieraczkę na obuwie przed wejściem“ albo „umocnić blachę pod piecem“. Należy za dowód daleko posuniętej dbałości Pol. Tow. Szkolnego o stan i wyposażenie szkół uznać fakt, że mimo braku dostatecznych funduszów i braku specjalnych pomieszczeń szkolnych potrafiło ono w prymitywnych często warunkach lokalowych przeprowadzić takie adaptacje, iż nawet akcja inspekcyjna w rodzaju wyżej wymienionej nie potrafiła wykryć więcej niż 5 szkół z usterkami budowlanymi, zresztą minimalnymi.
Tę ciągłą czujność i troskę musiało kierownictwo szkolnictwa polskiego w pow. złotowskim okazywać i we wszystkich innych dziedzinach. Do rzędu specjalnych trudności należała sprawa odpowiednich nauczycieli w odpowiedniej liczbie. Wobec nieposiadania własnej inteligencji można było mniejszość polską szczególnie łatwo na tym punkcie ugodzić, tym bardziej, że zapotrzebowanie na nauczycieli do szkół polskich w pow. złotowskim (jak zresztą i w innych okręgach Niemiec) musiało być w stosunku do liczby dzieci większe niż normalnie, ze względu na rozproszkowanie drobnych nieraz szkół polskich. Nawet szkoły po 8, 9 czy kilkanaście dzieci (a było ich w pow. złotowskim kilka) musiały mieć odrębnych nauczycieli, jeśli nie chciało się tych dzieci poświęcić germanizacji. O ile np. w publicznym szkolnictwie powszechnym w Polsce 1 nauczyciel przypadał na 55,5 dzieci[29], o tyle w pow. złotowskim w szkołach polskich przeciętnie 1 nauczyciel uczył 20—30 dzieci — i nie mógł uczyć więcej w specyficznych warunkach mniejszościowych, pod groźbą niespełnienia swego zadania.
Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, do jakiego stopnia centralnym zagadnieniem egzystencji szkół polskich jest kwestia nauczycieli, jak również z tego, że na tym punkcie najłatwiej było polskiemu szkolnictwu zadać cios skuteczny. Zdawali sobie sprawę, że niedopuszczanie drogą takiej czy innej presji dzieci do szkół eliminowało z polskiego nauczania jednostki z masy młodzieży, gdy niedopuszczenie nauczyciela eliminowało od razu szkołę, których było niewiele — a z nią nie jedno dziecko, lecz kilkanaście czy kilkadziesiąt. Toteż polityka „nauczycielska“ zasługuje na szczególnie baczną uwagę.
Polityka ta szła w trzech kierunkach: niedopuszczania nauczycieli z Polski, uniemożliwienia ich kształcenia we własnym zakresie w Niemczech spośród członków mniejszości, obywateli niemieckich, i wreszcie stopniowego usuwania już dopuszczonych do pracy, działających nauczycieli.
Jeśli chodzi o pierwszą metodę postępowania, to próbkę jej zastosowania mieliśmy już na samym początku obowiązywania ordynacji. Było nią wspomniane już opóźnienie otwarcia szkół przez nieudzielenie wiz wjazdowych nauczycielom z Polski przez niemieckie placówki dyplomatyczne. Dopiero w kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego, w początkach maja 1929 ustalono dość przewlekłą procedurę zatwierdzania nauczycieli[30]. Ale i to już wkrótce przestało stanowić przeszkodę w pozbawianiu mniejszości polskiej w Niemczech sił nauczycielskich. Datuje się to zwłaszcza od momentu wyraźnej zmiany kursu władz niemieckich wobec szkolnictwa polskiego tj. od końca r. 1931 (por. sprawa Stachnika, zamknięcia szkół polskich w Kłącznie i Krajence itp.). Wielce pomocne w tym względzie było sformułowanie art. II § 4, że pozwolenie na nauczanie dla nauczycieli, posiadających odpowiednie kwalifikacje w szkolnictwie państwa polskiego, nie „będzie“, lecz „może być udzielone“[31]. Efekty takiego sformułowania niedługo dały na siebie czekać. W zarządzeniu z dnia 16 marca 1932 min. ośw. zakazuje udzielania zezwoleń na nauczanie nauczycielom, obywatelom polskim[32]. Od tej więc chwili posiadanie nauczycieli uzależnione zostało od wykształcenia własnego, mniejszościowego narybku nauczycielskiego. Tutaj istniały dwie możliwości: jedna to kształcenie młodych Polaków, obywateli niemieckich, w seminariach w Polsce, i druga — kształcenia ich na wydziale polskim Akademii Pedagogicznej w Bytomiu, istniejącym tam od r. 1930.
Możliwość pierwsza istniała w znikomym stopniu. Władze niemieckie bowiem niechętnie odnosiły się do wyjazdu młodzieży polskiej na studia w seminariach nauczycielskich w Polsce. Z pow. złotowskiego tylko kilku młodych Polaków kształciło się w seminarium w Rogoźnie Poznańskim. Gorzej, że i to zupełnie niedostateczne wyjście z sytuacji zamknęło min. oświaty zarządzeniami z 13 listopada 1933 i 7 kwietnia 1936, oznajmiając, że kandydaci na nauczycieli, obywatele niemieccy, którzy po r. 1930 rozpoczęli studia nauczycielskie w Polsce, nie otrzymają prawa nauczania w polskich szkołach w Niemczech[33]. Był to następny etap ograniczania dopływu sił nauczycielskich do nich, cios tym podstępniejszy, że działający swymi skutkami wstecz, wbrew elementarnym zasadom poczucia prawnego.
Pozostała wobec tego druga i ostatnia możliwość: kształcenia polskiej młodzieży mniejszościowej w niemieckich zakładach pedagogicznych tj. w Bytomiu. Była ona jeszcze bardziej teoretyczna. Na to bowiem, aby móc rozpocząć te studia, trzeba było mieć niemiecką maturę. Tymczasem pierwsze polskie gimnazjum w Bytomiu otwarte zostało dopiero 8 listopada 1932, a prawa publiczności uzyskało później — 7 maja 1935[34]. Zatem nie wcześniej jak od 1935 r. można było myśleć — praktycznie rzecz biorąc — o tworzeniu polskiego narybku nauczycielskiego, którego prawa do nauczania byłyby nie do zakwestionowania. (Młodzieży polskiej, która by zdała maturę w niemieckiej szkole średniej i potem jeszcze chciała pracować w szkolnictwie polskim, prawie nie było, tak iż nie ma potrzeby bliżej się tym zajmować).
Nie było to ostatnim słowem niemieckiej polityki szkolnej. To wypowiedziane zostało pod koniec 1938 r., kiedy w ogóle zlikwidowano wydział polski na Akademii Pedagogicznej w Bytomiu[35]. Z tą chwilą mniejszość polska w Niemczech straciła nawet teoretycznie ostatnią możliwość kształcenia nauczycieli dla swych szkół[36]. Na marginesie trzeba zaznaczyć, że jeśli chodzi o siły nauczycielskie żeńskie, sytuacja od samego początku była jeszcze smutniejsza, zważywszy, że przez cały okres międzywojenny nie było w Niemczech żadnej szkoły średniej ani seminarium dla dziewcząt polskich[37].
Ten stan rzeczy musiał się odbić jak najfatalniej na całokształcie szkolnictwa polskiego w Niemczech, a najbardziej na głównym jego ognisku — powiecie złotowskim. Wskutek wybuchu wojny nie wystąpiło to w całej jaskrawości. Niemniej przeto właściwe zamiary i intencje władz niemieckich w stosunku do szkół polskich pozostaną niezaprzeczonym faktem historycznym, faktem, uwydatniającym się zwłaszcza przez zestawienie go z wstępem do ordynacji z r. 1928[38].
Powiedzieliśmy już, że polityka „nauczycielska“ władz niemieckich poza niedopuszczeniem nauczycieli z Polski i uniemożliwieniem kształcenia kandydatów do tego zawodu w Niemczech szła jeszcze w trzecim kierunku: likwidowania istniejącego w dziedzinie sił nauczycielskich stanu posiadania. Było to dopięcie jej na ostatni guzik. Jeżeli mimo to powiat złotowski stosunkowo w mniejszym stopniu ucierpiał na niej niż inne okręgi w Niemczech, to tylko dzięki temu, że polskie władze szkolne starały się za wszelką cenę powstałe luki zapełnić siłami z innych dzielnic, gdzie coraz bardziej osłabiane i coraz mniej liczne szkolnictwo polskie nie potrzebowało już tylu nauczycieli, ilu potrzebował pow. złotowski.
Wspomniałem już o odebraniu prawa nauczania nauczycielowi Gliszewskiemu z Krajenki za nieprzymuszenie dzieci Stachnika do przeniesienia się do szkoły niemieckiej. Wypadków takich przez 10 lat obowiązywania ordynacji szkolnej było w pow. złotowskim więcej. Dla ich naświetlenia godzi się tu zacytować fragment z listu[39] landrata złotowskiego Ackmanna z 24 czerwca 1935 do władz przełożonych w Pile w związku z działalnością jednego z nauczycieli polskich, Lewandowskiego, z W. Buczka: „polski nauczyciel w W. Buczku Lewandowski gorliwie stara się o zwerbowanie uczniów do polskiej szkoły mniejszościowej; jego pobyt tutaj jest niepożądany. Proszę o informacje, czy i jaka decyzja zapadnie w tej sprawie“. Nie zachowała się niestety decyzja regencji. W każdym razie w wykazie nauczycieli polskich pow. złotowskiego z r. 1939 nazwiska Lewandowskiego nie znajdujemy[40].
Innemu nauczycielowi polskiemu, Józefowi Funkowi, obywatelowi niemieckiemu, posiadającemu pełne kwalifikacje nauczycielskie, odmówiono prawa nauczania na skutek opinii Gestapo[41] opiewającej, iż „brał on żywy udział... w ruchu narodowym polskim“. Nie pomogło nawet świadectwo odbytej przez niego służby wojskowej w armii niemieckiej, stwierdzające, że „prowadził się bardzo dobrze“.
W tej sytuacji liczba nauczycieli polskich w pow. złotowskim musiała się skurczyć, choć — jak nadmieniono — proporcjonalnie mniej niż w innych okręgach[42], skąd zwalnianych tam nauczycieli przysyłano do pow. złotowskiego. Takim sposobem dało się osiągnąć, że na przestrzeni lat 1932—1939 liczba nauczycieli spadła tu tylko z 33 na 30; 13 z nich było obywatelami polskimi, 17 niemieckimi. Tak jedni jak i drudzy byli wychowankami już to seminariów polskich, już to niemieckich. Przeciętnie jeden nauczyciel przypadał na 1 klasę. Począwszy od września 1937 zmuszeni byli składać na ręce inspektora szkolnego przyrzeczenie służbowe[43] następującej treści: „Zobowiązuję się spełniać moje obowiązki służbowe sumiennie i ku dobru ogólnemu, dawać posłuch ustawom i wszelkim zarządzeniom państwa narodowo­‑socjalistycznego“. W szkołach obowiązywał program i podręczniki zaaprobowane przez niemieckie władze szkolne. Projekt programu opracował Zw. Pol. Tow. Szkolnych opierając się na wytycznych dla szkół niemieckich z 16 marca 1921 i 15 października 1922. W wytycznych tych Zw. Pol. Tow. Szkolnych merytorycznie zmienił tylko programy języka polskiego, historii i geografii, tak jak to przewidywał art. II § 7 ordynacji, dopuszczający „odchylenia od programu nauki niemieckich publicznych szkół powszechnych... o tyle, o ile wymaga tego konieczność przyswojenia w dostatecznej mierze uczniom podczas nauki znajomości rzeczy polskich“. Ponadto Związek poczynił pewne zmiany metodologiczne m. in. w nauce arytmetyki oraz zaprowadził nauczanie języka niemieckiego już w drugim roku. Projekt ten przedstawiono 18 stycznia 1929 — odpowiedź nań przyszła trzy i pół miesiąca później, 30 kwietnia 1929.
Nie zgodzili się Niemcy na zaprowadzenie nauki jęz. niemieckiego już od drugiego roku przesuwając ją na rok trzeci; usunęli także projektowaną przez Związek inowację, że „przy nauce arytmetyki celem zapoznania dzieci z nazwami monet, miar i wag oraz z zadaniami życia codziennego może być również używany język niemiecki...“[44] Brak zgody władz niemieckich miał swój głębszy sens. Chodziło o to, by dziecko nie znało języka niemieckiego na tyle biegle, aby się nim mogło z pełną swobodą, zwłaszcza w piśmie posługiwać, co było oczywiście dużą przeszkodą w uzyskaniu zajęcia, w załatwianiu spraw w urzędach itp. Ta sama myśl tłumaczy odrzucenie projektu polskiego, dotyczącego arytmetyki. Przy tym i rodzice niechętniej posyłali dziecko do szkoły, która go w tak podstawowej dla Polaków w Niemczech sprawie, jak niezbędnie potrzebna do walki o byt znajomość języka niemieckiego, dostatecznie nie przygotowywała.
Również polskie ujęcie programów historii i geografii uległo zasadniczej modyfikacji. W sformułowaniu polskim historia i geografia Polski i Niemiec były uwzględniane równorzędnie: „Nauczanie (sc. historii) ma na celu zaznajomienie ucznia z głównymi faktami rozwoju polskiego i niemieckiego narodu oraz niemieckiego i polskiego życia państwowego“ zaś „nauczanie geografii ma na celu gruntowne zaznajomienie ucznia z najbliższą okolicą, dokładne poznanie Niemiec i Polski, przegląd obcych krajów i części świata, tudzież zrozumienie położenia ziemi we wszechświecie“. Odpowiednie sformułowania niemieckie brzmiały: „Historie innych krajów, a zwłaszcza narodu polskiego, należy o tyle uwzględnić, o ile ona wpływa na historię niemiecką“, co do geografii zaś: „między nimi (sc. obcymi krajami) należy szczególnie uwzględnić Polskę“[45].
Równocześnie ze sprawą programów pragnął Zw. Pol. Tow. Szkolnych załatwić ściśle z nią wiążącą się kwestię podręczników. W tym samym dniu co projekty programów przesłał do zatwierdzenia szereg podręczników. W maju i w czerwcu 1929 nadeszły odpowiedzi z ministerstwa — wszystkie odmowne: nie zatwierdzono nawet „elementarza powiastkowego“ Falskiego, jak i podręczników do arytmetyki i przyrody. Zarazem ministerstwo zaleciło używanie podręczników tzw. „śląskich“ (gdyż korzystano z nich w tamtejszych szkołach mniejszościowych). Były to podręczniki przestarzałe, w niewystarczającej ilości, przede wszystkim zaś istniały dla niektórych tylko przedmiotów. Dopiero w r. 1935/36 pozwoliło ministerstwo wydać Zw. Pol. Tow. Szkolnych kilka podręczników: elementarz, czytankę dla II roku, katechizm i śpiewnik szkolny[46]. Ten ostatni zresztą czekały jeszcze perypetie: w niecały rok po wydaniu to samo ministerstwo zakazało go używać, aby po przeszło półrocznych staraniach zgodzić się na dalsze korzystanie zeń pod warunkiem wszakże uzupełnienia go o Horst-Wessellied[47].
Osobny, choć krótki rozdział dziejów szkolnictwa polskiego w pow. złotowskim stanowi kwestia tzw. szkół dokształcających. Genezą myśli o założeniu tych szkół była obawa, by młodzież polska po wyjściu ze szkoły powszechnej, w wieku dojrzalszym przebywająca często z tytułu zatrudnienia w środowisku niemieckim — nie zaniedbała języka ojczystego. Dlatego też celem ich było podtrzymanie i rozwinięcie poczucia polskości przez rozszerzenie wiedzy o literaturze polskiej, wzniecenie kultu pieśni polskiej itp. Prócz tego miały one przynieść korzyści praktyczne w postaci omawiania zagadnień życia codziennego, prawnych, gospodarczych itp. Program swój wyczerpywałyby w ciągu trzech półrocznych kursów zimowych, co najmniej po 4 godz. tygodniowo: ich uczestnikami byłaby także młodzież starsza (20—30 lat). Personel pedagogiczny projektowanych szkół, lokale szkolne i pomoce naukowe miały być te same, co w szkołach powszechnych.
Min. oświaty na konferencji z 2 listopada 1929 zakwestionowało ich rzekomo zawodowy charakter, lecz nie wykluczyło zezwolenia na otwarcie w razie potraktowania ich jako szkół uzupełniających (miałyby się nazywać nie „Fortbildungsschulen“, lecz „Förderschulen“). Stanowisko swoje motywowało ministerstwo brakiem podstaw w ordynacji z r. 1928 dla szkół „dokształcających“ jako zawodowych, choć z art. III ordynacji trudno to wywnioskować. Ale i te zmodyfikowane szkoły istniały bardzo krótko: od 16 lipca 1930 do 1 października 1931 i to tylko na terenie regencji pilskiej. Zainterpelowane w drodze zażalenia przeciwko regencji w Pile ministerstwo oświaty wycofało się z dotychczasowego stanowiska i zatwierdziło zakaz, wydany przez władze w Pile[48].
Było to poważnym ciosem dla działalności oświatowej specjalnie w pow. złotowskim, gdzie szkoły uzupełniające zyskały w krótkim czasie dużą popularność i powstały w liczbie 16 w r. 1930 z 448 uczniami, by w następnym roku pomnożyć się do liczby 18 z 556 uczniami.
Na istotne motywy postępowania regencji[49] w Pile w tej sprawie rzuca światło list inspektora Conrada ze Złotowa do władz pilskich. Inspektor po zapoznaniu się z planem nauczania w szkołach uzupełniających zajmuje wobec nich stanowisko. Uważa on plan nauczania za „zasadniczo właściwy dla spełnienia celu“. W konkluzji jednak stwierdza, że „szkoły uzupełniające oznaczają duże obciążenie polityczne („eine starke politische Belastung“) i w dalszym ciągu wydają się podejrzane. Mniejszość polska ma dość okazji w stowarzyszeniach kościelnych i świeckich kultywować swoje właściwości kulturalne — przez stworzenie szkół uzupełniających dążenia kulturalne zmierzające do izolacji ludności polskiej otrzymują niepożądanie silną formę i oficjalny charakter“[50].
Jak ważnym zagadnieniem pracy narodowej była troska o młodzież dorastającą, tak i o dzieciach w wieku przedszkolnym nie wolno było zapomnieć. W pow. złotowskim znajdowały one opiekę w 7 ochronkach. Ochronki te mieściły się w Zakrzewie, Złotowie, Polskiej Wiśniewce, Głomsku, Buczku, Radawnicy i Sławianowie. W sumie uczęszczało do nich w r. 1932/33 — 169 dzieci, czyli więcej niż do ochronek całego G. Śląska, Prus Wschodnich czy Westfalii[51]. Mimo tej przewagi nad wszystkimi innymi dzielnicami frekwencja dzieci w ochronkach pow. złotowskiego nie szła w parze z liczbą młodzieży uczęszczającej do szkół polskich. Szczególnie bowiem dotkliwie dał się tu odczuć brak wykwalifikowanych sił, wynikający z niemożności kształcenia fachowych ochroniarek Polek oraz niedostateczność funduszów pozwalających uczynić z ochronek polskich atrakcję dla dzieci przez odpowiednie ich wyposażanie. Ale i wtedy, gdy znaleziono wreszcie fundusze i ochroniarki[52], daleka jeszcze była droga do uruchomienia polskiego przedszkola. Wtedy bowiem wkraczała ostatnia instancja, tj. władze niemieckie. Kiedy np. Pol. Tow. Szkolne zdołało 17 stycznia 1938 otworzyć ochronkę w Szkicu — kazały one natychmiast ją zamknąć. W innym wypadku, w Rudnej, nie dopuściły do otwarcia[53].
Założenie polskiego szkolnictwa prywatnego w pow. złotowskim usunęło w cień rolę rozporządzenia o nauce języka polskiego w publicznych szkołach niemieckich z 31 grudnia 1918. W okresie największego rozkwitu polskiego szkolnictwa prywatnego, w latach 1931/32 i 1932/33 już tylko 62 względnie 46 (rok 1932/33) dzieci korzystało z nauki religii po polsku lub jęz. polskiego w szkołach niemieckich. W r. 1932/33 były to szkoły w Wielkim Buczku (8 dzieci), Głomsku (12 dzieci), Świętej (7) i Szkicu (19). Stanowiło to jeszcze jeden dowód nieufności społeczeństwa polskiego do nauki jęz. polskiego w szkole niemieckiej[54].
Publicznych szkół mniejszościowych w pow. złotowskim nigdy nie było, mimo że w kilku polskich szkołach prywatnych liczba dzieci stale przekraczała 40, co — jak wiadomo — uprawniało te szkoły do przekształcenia się w publiczne. To także stanowiło przejaw uzasadnionej nieufności do wszelkich urządzeń państwowych na polu szkolnictwa mniejszościowego.


Przypisy

  1. Później zasięg tego rozporządzenia rozszerzono także na regencję pilską, koszalińską i olsztyńską (w olsztyńskiej władze regencyjne zataiły je wobec Polaków, tak że dopiero po kilku latach na interwencję posła Baczewskiego ludność polska w Olsztyńskiem dowiedziała się, że już od dłuższego czasu miała prawo domagać się jęz. polskiego w szkole. Str. Zach. 1925, str. 162 i nast.).
  2. Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie w Niemczech“. W‑wa 1934, str. 7.
  3. Autor niemiecki dr Anzelm Versteyl w książce swej „Das Schulrecht der nationalen Minderheiten in Europa“, str. 99, komentuje rozporządzenie z 31. XII. 1918 następująco: „Przy swoim lokalnym ograniczeniu nie uwzględnia ono potrzeb mniejszości polskiej, zamieszkującej gromadnie wielkie miasta i ośrodki przemysłowe. Dalej zaniedbuje się formalnie uregulowania wniosków o polskie nauczanie. Najgorszym jest jednak brak jakichkolwiek norm prawnych, odnoszących się do polskiego szkolnictwa mniejszościowego, tak że prawa szkolne mniejszości polskiej przedstawiają się zupełnie negatywnie“. (Cyt. u Zdrojewskiego: „Szkolnictwo polskie...“, str. 8).
  4. Spr. Nar. r. 1927, str. 184.
  5. Niemiecki ustrój szkolny opierał się na gminach szkolnych (Schulverbände) jako najniższych swoich komórkach.
  6. H. Bigalke: „Semesterarbeit“ 1934/35, str. 6, i Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...“ str. 52.
  7. A. Krajna-Wielatowski: „Ziemia Złotowska“, str. 79.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Na stronie pracy znajduje się stopka jednakże odnośnik nie jest nigdzie przypisany:
    Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...“, str. 54.
    Na stronie 54 wymienionej pracy znajduje się cytat z mowy Stresemanna w parlamencie.
  9. Por. ods. 48 w „Uwagach Wstępnych“.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Z przyczyn technicznych jest on tu powtórzony: Andrzej Krajna-Wielatowski: „Miejscowości Pogranicza“, Poznań 1932, str. 27.
  11. Ze względu na to, że pełny tekst ordynacji i rozp. wyk. z 21. II. 1929 r. jest zbyt obszerny, tutaj omawiać będziemy tylko punkty najważniejsze wzgl. takie, które budziły wątpliwości; interesować nas będą jedynie te postanowienia, które bezpośrednio dotyczyły szkolnictwa polskiego w pow. złotowskim.
  12. Analiza ordynacji i rozp. wyk. opiera się w głównym zarysie na odpowiednim komentarzu Eug. Zdrojewskiego w jego pracy pt. „Szkolnictwo polskie...“, str. 19—45.
  13. 13,0 13,1 Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...“, str. 32.
  14. Na innej rozprawie z 11. X. 1932 tenże trybunał w prawie identycznej sprawie (o bezprawne niedopuszczenie do otwarcia polskiej szkoły w Kłącznie na Pograniczu) stwierdził m. in.: „Polskie związki szkolne nie mają możności przeprowadzenia sprawy założenia szkoły przeciwko poglądowi właściwych w poszczególnych wypadkach władz administracyjnych“, oraz nadmienił, że „ordynacja szkolna z dnia 31. XII. 1923 odnosi się do urządzeń, które winny być traktowane nie według ogólnych postanowień o szkołach prywatnych (pochodzących z r. 1834 i 1839 — uw. aut.), lecz według zasad współczesnego prawa mniejszościowego“. Orzeczenie N. T. A. jest nadzwyczaj cenne: stwierdza ono, że urządzenia stworzone przez ordynację nie są traktowane według zasad współczesnego prawa mniejszościowego, lecz według „ogólnych postanowień o szkołach prywatnych“ — z okresu, gdy problem mniejszościowy w ogóle nie istniał. (Tamże, str. 29 i 30).
  15. Kw. 1932, str. 277 i nast. Orzeczenie z 12. VII. 1932. VIII A 30. 32.
  16. Arch. w Pile.
  17. Tamże.
  18. W Prusach rok szkolny rozpoczynał się po feriach wielkanocnych.
  19. Por. wyżej, str. 113.
  20. Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...“, str. 21.
  21. W. Junosza: „Powstanie polskiego szkolnictwa prywatnego w Prusiech“ (Str. Zach. 1929, str. 407).
  22. Odpowiednie cyfry, dotyczące rozwoju szkolnictwa polskiego w Niemczech w ogóle, wyglądają następująco:
    data  szkoły  dzieci
     1 kwietnia   1930  37   1479     wg P. w N.
    nr. 4/39 r.
    str. 21.
     1931 58   1467    
     1932 66   1906    
     1933 61   1820    
     1934 59   1581    
     1935 60   1692    
     1936 58   1553    
     1937 58   1470    
     1938 56   1321    
     1939 55   1297    

    Liczba dzieci polskich w publicznych szkołach powszechnych z jęz. wykładowym polskim (istniały tylko na G. Śląsku) była bardzo nieznaczna i szybko malała: w r. 1932/33 było tych szkół 24, w nich zaś tylko 254 uczniów, w r. 1933/34 już zaledwie 10 szkół ze 151 uczniami (Eug. Zdrojewski:,,Szkolnictwo polskie“, str. 75 i 77).

  23. Por. aneksy nr 3 i 4.
  24. Arch. w Pile.
  25. Por. aneks, nr 3. Wymieniona w aneksie liczba lokali własnych nie jest zgodna z rzeczywistością; stwierdzają to miejscowi działacze Zw. Pol. w Niemczech oraz nauczyciele zatrudnieni przed wojną w pow. złot.
  26. Arch. w Pile.
  27. Arch. w Pile.
  28. Arch. w Pile.
  29. Obliczone na podstawie M. R. S. r. 1939, str. 317 i 323 tabl. 3 i 14.
  30. W. Junosza: „Powstanie polskiego szkolnictwa prywatnego w Prusiech“. Str. Zach. 1929, str. 407—439.
  31. Por. wyż., str. 110.
  32. Arch, w Pile, także Kw. 1934, str. 47.
  33. P. w N. nr 1/39 r., str. 18.
  34. W gimnazjum tym młodzież ze Złotowskiego była po G. Śląsku najsilniej reprezentowana, stanowiąc około 20—25% ogólnej liczby uczniów w gimnazjum; zmieniło się to w r. 1937, kiedy dzięki otwarciu od 10 listopada drugiego a bliższego gimnazjum polskiego w Kwidzynie, skierowała się ona przeważnie do tego ostatniego (Wł. Kosiecki: „Polskie gimnazjum w Bytomiu“. Opole 1937, str. 6 i 7).
  35. P. w N. nr 1/39 r., str. 18.
  36. Por. oświadczenie pos. Baczewskiego w czasie konferencji z przedstawicielami min. oświaty 13 marca 1931 (według protokołu urzędowego): „...ordynacja dla mniejszości straci połowę swej wartości, o ile przeszkodzi się zrobić w jak największym stopniu użytek z art. III“ (o prawie zakładania szkół wyższych niż powszechne — uw. aut.). (Arch. w Pile).
  37. Starania o zezwolenie na budowę polskiego liceum żeńskiego w Raciborzu rozpoczęły się w 1934 r. i trwały do drugiej wojny bez skutku. Obejmują one w okresie do końca 1938 r. około 100 interwencji u najrozmaitszych władz niemieckich, co wyliczono w P. w N. nr 2/39 r., str. 10—20.
  38. Por. Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...“, str. 19.
  39. Arch. w Pile.
  40. Por. aneks nr 3.
  41. Arch. w Pile. Akta personalne J. Funka.
  42. Różnica między stanem dzieci w szkołach polskich w okresie największej (1932) i najmniejszej frekwencji (1939) wynosiła dla Niemiec w ogóle (wraz z pow. złotowskim) — 32%, dla pow. złotowskiego 27%, ta sama różnica co do ilości szkół wynosiła dla całych Niemiec — 16,7%, dla pow. złotowskiego — 8,7%.
  43. Arch. w Pile.
  44. W. Junosza: „Powstanie polskiego szkolnictwa...“, str. 407—39.
  45. W. Junosza: „Powstanie polskiego szkolnictwa...“
  46. P. w N. nr 4/39 r., str. 22.
  47. Tamże, nr 9/38 r. str. 13.
  48. Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...str. 66.
  49. Szkoły dokształcające powstały w regencji pilskiej, jak wyjaśniło później min. oświaty, przez „pomyłkę“ władz miejscowych. Na żadnym innym terenie rzeczywiście nie udzielono pozwolenia na ich otwarcie. Dopiero po zamknięciu szkół dokształcających na Pograniczu uruchomiono kilka takich szkół na G. Śląsku, wyzyskując konwencję genewską, której przepisom trudniej było się oprzeć. Już jednak w drugim roku istnienia szkół uzupełniających na Śląsku liczba ich uczniów spada do 19. (Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie...“, str. 66 i 7).
  50. Arch. w Pile.
  51. Spr. Nar. 1935, str. 496 oraz Mł. Pol. w Niem., nr 1—2/33 r., str. 29.
  52. Warto nadmienić, że w sprawie seminarium dla ochroniarek polskich (w Olsztynie) podobnie jak w sprawie liceum żeńskiego w Raciborzu usilne starania Zw. Pol. Tow. Szkolnych u władz centralnych nie odniosły skutku.
  53. Arch. w Pile. Sprawozdanie Gestapo z 28. 5. 1938 o sytuacji mniejszości polskiej na Pograniczu.
  54. Eug. Zdrojewski: „Szkolnictwo polskie... “, str. 70.


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.