Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział VII
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
I jeszcze pożegnania i jeszcze modlitwy.
Samem swą własną ręką tę winnicę sadził,
Aby jej był ani zwierz, ani zły ptak szkodził.
Polewałem, żeby jej słońce nie suszyło,
Nakrywałem, żeby jej zimno nie mroziło,
A kiedy mnie najlepsze miały potkać gody,
Nie wiem co za zły człowiek oberwał jagody?
Kochanowski, Ks. I. Pieśń XII.

Gdy mu z oczu zniknął dom, od którego się jeszcze nigdy nie oddalał Gustaw, nie mogąc się obejrzeć, bo tylko górę piasczystą widział za sobą, smutny zapłakał jeszcze, bo umiał płakać. I mogiłę rodziców, i kochankę, i miejsce, do którego serce jego dziecinne przyrosło, wszystko porzucał, a do niczego nie dążył, nikt go nie czekał i jedno serce, które go kochało, zostało już za nim daleko!
Przypomniał sobie Boga i modlił się z ufnością dziecinną, żeby kiedy jeszcze powrócić w tę stronę. Nie chciał i nie mógł nawet myśleć, że nigdy tu już nie będzie, bo nigdy jest to najstraszniejszy wyraz i myśl pod słońcem, którejby potężnego znaczenia objąć nie mogło serce i oko młodej duszy. Trzeba zdaleka porzucić za sobą życie i stanąć wysoko, żeby ten straszny i wielki obraz w całości pojąć. — Nigdy, jest to gorzej niż śmierć, bo za śmiercią jest jeszcze ewangieliczne: do zobaczenia, — za tym strasznym wyrazem: nigdy, niema nic, nic, tylko ciemność wielka bez końca.
O ziemio! na której tyle zostawim pamiątek umierając, o ziemio, piękna matko nasza! — kiedy się żegnamy z przyjaciółmi, mamy nadzieję zobaczyć ich wyżej, w niebie; ale miejsce drogich twoich ulic lipowych, domków maleńkich, rzek i strumieni, twojej wiosny tak młodej zawsze, twego lata, twojej jesieni, wszystkich pamiątek, które życie nasze rozsiało po tobie, nigdy, ach nigdy nie zobaczym! Gdzież będzie słowik, gdzie będą kwiaty, gdzie będą rozkoszne poranki, smutne wieczory, gdzie będą wszystkie niewinne zabawy nasze? — Będzież niebo tak wielkie, tak wesołe, żebyśmy dla niego tych starych przyjaciół zapomnieli? będzież tam Lete zapomnienia przed bramą raju?
O! zapewne, lecz umierając, kiedy jeszcze sami jesteśmy cząstką ziemi, jak smutno wierząc nawet w niebo, porzucić to wszystko!
Żeby nie płakać po ziemi, trzeba ją porzucać w zimie, kiedy smutna, blada, śniegiem osuta, wilgocią przesiąkła, okryta niebem chmurnem, owiana wiatrem zimnym, zaludniona wronami i krukami, zdaje się być umarłą; trzeba ją porzucać, płacząc na niewdzięczność ludzi, na krzywdy swoje, na zranione serce; trzeba ją porzucać umarłą już dla nas, a wówczas nie żal jej będzie.
Gustaw nie tak odjeżdżał jedynego lubego i znajomego mu miejsca na ziemi; zostawił tam wszystko — i wspomnienia i kochankę i wiosnę tak młodą, świeżą i piękną.
Nie wiele ujechawszy, ujrzał przed sobą wieś i kościółek jej mały z krzyżykiem drewnianym, z starym parkanem, z mogiłami, które przytulił do siebie, otoczony lipami i ludem, który czekając nabożeństwa, posiadawszy na grobach, gwarzył wesoło.
Z głębi otwartego kościółka błyskała lampa, śpiew smutny, powolny dolatywał uszu, — stanął. Mógłże lepiej zacząć podróż swoją po świecie, jak od modlitwy? Poszedł i na spróchniałych deskach, przed ołtarzem wielkim, obwieszonym wieńcami, lnem i płótnem, modlił się, płakał i zdawało mu się, że w obrazie Najświętszej Panny, który przywykł czcić od dzieciństwa, widział łzę błyszczącą, nad jego losami i smutkiem wylaną.
A wtem sypnął się lud i otoczył go, zadzwoniły dzwony i dzwonki, zadymiły kadzidła, popłynęły śpiewy, ksiądz wszedł i nabożeństwo się zaczęło.
Długo tak modlił się Gustaw i myślał, aż nareszcie wąsaty woźnica, powierzywszy komuś konie, przyszedł go obudzić z tych religijnych dumań.
— Czy będziem tu popasać? — zapytał pocichu — bo i ja głodny i konie głodne stoją od godziny.
Gustaw obrócił się i nie zrozumiał. — On myślał o niebie, a ten człowiek przyszedł mu rozbić jego poetyczno-religijne dumanie, suchem wspomnieniem o sobie i koniach! — Wstał jednak biedny poeta i milcząc pojechał dalej.
Nieprawdaż, że człowiek wielkich myśli, który się musi do małego życia dwunożnych zwierząt stosować, wygląda jak droga perła, przyszyta zamiast guzika do sukmany wieśniaka?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.