Podróż podziemna/Rozdział 26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 26.

Axel błądzi w labiryncie. Rozpacz.

Należy przyznać, że rzeczy, jak dotąd, postępowały bardzo dobrze i nie mogłem się na nic uskarżać.
Jeśli nie trafią się i w dalszym ciągu trudności, to napewno dojdziemy do celu. A wtedy jakaż sława!
Powiedziałem o swoich rozmyślaniach stryjowi.
Uśmiechnął się, potwierdzając moje słowa. Przez kilka dni niezwykle strome zbocza, niektóre nawet przerażające swą głębokością, po której ześlizgnąćby się można w przepaść, nie pozwalały nam na szybką podróż.
Przez kilka dni przeszliśmy zaledwie półtora do dwóch mil w głąb ziemi, po drodze tak spadzistej i niebezpiecznej, że tylko dzięki zimnej krwi i spokojowi Jana nie spotkał nas żaden wypadek.
Spokojny ten Islandczyk oddał się tej podróży z całem poświęceniem i gdyby nie on i jego rozumne przewodnictwo, dokonalibyśmy niejednego fałszywego kroku. Odwaga jego rosła z dniem każdym, a rozsądek również dosięgał szczytu. W murach więziennych więźniowie tracą powoli pamięć i orjentację, a nieraz wpadają nawet w obłęd.
Umysł tego milczącego i jakby w murach uwięzionego człowieka nabierał coraz więcej światła i inteligencji. Wierny, całem sercem oddany sprawie, był wzorem sumienności i zaszczytem dla kraju, w którym się urodził.
Podczas dwóch tygodni następnych nie zdarzył się nam ani jeden wypadek.
Wreszcie zapomniałbym o wszystkich, jeśliby się i wydarzyły, zatarłby je bowiem jeden, wprost straszliwy.
Pamiętam każdy najdrobniejszy szczegół tego przejścia.
Siódmego sierpnia droga, którą szliśmy, zaprowadziła nas do głębokości trzydziestu mil w głąb, to znaczy, że nad naszą głową było trzydzieści mil skał, oceanów, lądów i miast.
Byliśmy o dwieście mil od Islandji. Dnia tego tunel nie prowadził nas po pochyłości.
Szedłem naprzód. Stryj mój niósł jeden z dwóch aparatów Rumkorfa, ja zaś drugi. Obserwowałem pokłady granitu.
Wtem odwróciwszy się poza siebie, zauważyłem, że jestem sam.
— Masz tobie! — myślałem — szedłem za prędko, albo też stryj mój zatrzymał się gdzieś z przewodnikiem. Trzeba się z nimi połączyć!
Wracałem po własnych śladach... Szedłem kwandrans. Oglądam się, nikogo nie widać. Wołam. Nie otrzymuję odpowiedzi. Głos mój ginie pośród piwnic granitowych. Zacząłem się niepokoić. Dreszcz grozy przebiegł po mem ciele.
— Spokoju! — rzekłem głośno sam do siebie. — Jestem pewny, że odszukam mych towarzyszy. Niema przecie dwóch dróg! Będę powracał tą samą drogą i napotkam ich napewno.
Szedłem z pół godziny. Nasłuchiwałem, czy nie odezwie się ktoś zdala.
Cisza niezakłócona panowała w tej olbrzymiej galerji.
Zatrzymałem się. Nie mogłem uwierzyć w swoje opuszczenie. Chciałem uważać się za zbłąkanego, ale nie zaginionego. Zbłąkanych odnajduje się prawie zawsze.
— Zaczekajmy, — powtarzałem sobie bezustanku, ponieważ niema dwóch dróg, musimy się zejść stanowczo.
Szedłem więc wciąż i szedłem, ale nakoniec zwątpiłem o spotkaniu z towarzyszami.
— A może nie poszli naprzód? Ależ Jan szedł za mną, a za nim stryj, zatrzymywali się co pewien czas na kilka minut dla poprawienia swych bagaży.
Ten szczegół przypominał mi się obecnie.
Ale przecież — myślałem, — mam doskonałego świadka, czy dobrze idę... strumyk musi u stóp mych przepływać i wyprowadzić z tego labiryntu.
Muszę tylko iść za jego biegiem i dojdę.
Rozumowanie to ożywiło we mnie nadzieję i raźniej iść począłem.
Jakżeż błogosławiłem pomysł mego stryja, żeby nie zatykać otworu w skale, skąd wytrysła woda!
A więc to dobroczynne źródło, nie tylko że nas poiło w czasie drogi, ale jeszcze i stało się moim przewodnikiem w tej ziemskiej skorupie.
Przed wyruszeniem w drogę, postanowiłem trochę się orzeźwić wodą.
Nachyliłem się, aby umyć się trochę, ale dotknąłem czołem suchej granitowej skały.
Któż wyrazi moje zdziwienie!
Dotykałem suchego i ostrego granitu! Strumyka u mych stóp nie było!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.