Podróż podziemna/Rozdział 27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 27.

Niemożność odnalezienia drogi. Axel traci przytomność.

Nie jestem w stanie opisać mojej rozpaczy. Żaden język nie zdołałby wypowiedzieć uczuć, jakie mną po tem odkryciu owładnęły.
Zakopany żywcem, z perspektywą śmierci, w męczarniach głodu i niezaspokojonego pragnienia.
Machinalnie przesuwałem rozpalonemi rękami po gruncie. Jakżeż ta skała zdawała mi się być suchą!
Ale w jakiż sposób zgubiłem bieg strumyka, skoro nie było go tutaj.
Zrozumiałem teraz powód tej straszliwej ciszy, kiedy nasłuchiwałem ostatnim razem, czy nie odzywa się który z mych towarzyszy.
A więc, znaczy się, że kroczyłem nie tą drogą, którą szedłem ze stryjem i Janem i widocznie nie znajdowałem się w tej części galerji, w której ich pozostawiłem.
Widocznie, gdym szedł naprzód, skierowałem się na jakąś prostą drogę, gdy tymczasem Jan innym zboczem zeszedł na dół, do większych głębin.
Jak wracać? Śladów nie było. Również noga moja nie pozostawiała żadnych śladów na suchym granicie. Łamałem sobie głowę nad wynalezieniem środka ratunku.
Moja sytuacja wyrazić się mogła jednem jedynem słowem: Zgubiony!
Tak, zgubiony w tej niezmierzonej głębokości. Trzydzieści mil skorupy ciążyły na mych ramionach straszliwym ciężarem.
Czułem się złamany.
Chciałem skierować swe myśli ku rzeczom, które zostawiłem na ziemi.
A więc stawiałem sobie przed oczyma Hamburg, dom nasz ukochany, moją biedną Małgosię, ale świat ten przemknął przedemną jak meteor.
Potem myślałem o naszej podróży, przybyciu do Islandji, o panu Fridrikssonie, o górze Sneffels.
Potem powiedziałem sobie, że jeśli w mojem obecnem położeniu mogę łudzić się myślą o jakimkolwiek ratunku, to znaczy, że jestem szalony!
Pozostała mi tylko rozpacz...
Rzeczywiście, jaka moc zdolna była mnie stąd wyprowadzić na powierzchnię ziemi, i umożliwić przejście tych olbrzymich obszarów, które ciążyły nad moją głową?
Któż wyprowadzi mnie na drogę i połączy ze stryjem i przewodnikiem?
— Ach! mój stryju! — zawołałem z odcieniem rozpaczy.
Było to jedyne słowo wymówki, które wyszło z mych ust, pojmowałem bowiem dobrze, jak ten nieszczęśliwy człowiek musiał cierpieć, szukając mnie po galerjach.
Kiedy ujrzałem się zupełnie sam, bez żadnej ludzkiej pomocy, zacząłem myśleć o Bogu. Wspomnienia mej drogiej matki, którą znałem krótko, ale pamiętałem doskonale, obiegły mnie gromadnie.
Przypomniałem sobie, jak składała ręce moje do modlitwy, jak zaklinała, żebym nie zaniedbywał pacierza.
Uciekłem się do modlitwy, zacząłem gorąco błagać Boga o ratunek.
Zwrócenie się do Stwórcy napełniło mnie pokojem i zacząłem wytężać cały zasób mej inteligencji na ratowanie się od śmierci.
Żywności miałem na trzy dni, naczynie pełne wody.
Nie mogłem długo wytrwać sam, ale co tu robić? Zejść, czy piąć się pod górę?
Piąć się w górę! Piąć!
Powinienbym w takim razie natrafić na opuszczone przezemnie miejsce i na bijące źródło.
Jeśli dojdę do źródła, trafię jakoś do góry Sneffels.
Czemu wpierw o tem nie pomyślałem? Tam byłbym napewno znalazł wybawienie.
Najważniejszą sprawą było w owej chwili wynaleźć źródło Jana.
Podniosłem się i, opierając się na żelaznym drągu, przeszedłem galerję. Pochyłość była bardzo duża, ale szedłem z nadzieją i ze spokojem w sercu, jak człowiek, który nie ma innej drogi do wyboru.
Przez pół godziny nie doznawałem żadnej przeszkody. Usiłowałem rozpoznać drogę po formie tunelu, po wysokości głazów granitowych, ale nic nie przypominało mi poprzedniej drogi.
Zrozumiałem wkrótce, że galerja ta nie doprowadzi mnie do źródła. Była ona bez wyjścia.
Uderzyłem się w końcu o mur i padłem na podłoże z granitu.
Zgubiony w tym labiryncie, nie kusiłem się nawet o wydobycie się z niego, tyle dróg było wokoło, ale dróg kończących się nieprzepartym murem.
Trzeba było zdecydować się na śmierć niechybną.
I dziwna rzecz! W chwili tak groźnej, przyszło mi do głowy, co to będzie, gdy ktoś po jakimś czasie, zagłębiwszy się na trzydzieści mil w głąb ziemi znajdzie mój szkielet?
Jakież będą wtedy poważne badania i dochodzenia, skąd się tu wziąłem?
Chciałem mówić głośno do siebie, ale nie byłem w stanie.
Pośród tych rozmyślań i nieopisanej trwogi zdarzyło się nieszczęście.
Lampa moja upadła na skałę i zepsuła się. Nie miałem sposobu jej naprawić. Płomyk jej zbladł i wkońcu groził zagaśnięciem.
Potem zacząłem biedź, kierując swe kroki na chybił-trafił w tym ogromnym labiryncie.
Biegłem wołając, krzycząc, wyjąc, jak wilk, poraniony o skały, padając i powstając nanowo, i przygotowany na to, że jakiś mur nieprzewidziany, w który uderzę głową, zakończy moje nędzne istnienie.
Dokąd prowadził mnie ten bieg szalony? Nie miałem pojęcia.
Po kilku godzinach biegu, widocznie wskutek okropnego zmęczenia, upadłem jak nieruchoma masa na ziemię i straciłem przytomność!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.