Podróż na Jowisza/Księga I/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Jacob Astor
Tytuł Podróż na Jowisza
Podtytuł Powieść fantastyczno-naukowa
Wydawca Nakład Redakcyi "Niwy"
Data wydania 1896
Druk Druk Rubieszewskiego i Wrotnowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Milkuszyc
Tytuł orygin. A Journey in Other Worlds
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.
Pożegnanie.

Gdy Kalisto został już zupełnie wykończony, a przygotowania do podróży i zapasy były na miejscu, postanowiono wyruszyć o godzinie 11 rano 21 grudnia; dzień to najkrótszy na północnej półkuli.
Jakkolwiek roboty około podniesienia osi ziemskiej, trwające zaledwie od sześciu miesięcy, nie mogły sprawić tej zmiany, jesień jednak tego roku była nadzwyczaj piękna a grudzień zupełnie łagodny.
Co najmniej milionowy tłum napełniał i otaczał park Cortlandt’a na kilka godzin przed chwilą oznaczoną na wyjazd podróżnych; ci, którzy znajdowali się najbliżej, podziwiali budowę zarazem mocną i pełną elegancyi prześlicznego powietrznego statku, który, odbywszy z powodzeniem próbę swego lotu, spoczywał teraz na podstawie, złożonej ze sztab podłużnych i poprzecznych, mając po bokach silne baterye chemiczne, zdolne wytworzyć olbrzymie siły.
Prezydent Stanów Zjednoczonych, wszystkie mininisterya, wszystkie potęgi naukowe, sławni inżynierowie i t. d. przybyli z Waszyngtonu na tę uroczystość. Na przygotowanej, obszernej estradzie pierwsze miejsce zajęła rodzina Preston’ów i dygnitarze państwa; dalsze miejsca zajęte były przez uczonych i wybitniejsze osobistości, które zdołały zdobyć sobie bilety.
— Co to za okręt! — zawołał w zachwycie minister Stillman, — ten nie będzie potrzebował zbaczać z drogi dla reparacyj, a podróżni mogę się nie obawiać choroby morskiej!
— Przytem będą mogli patrzeć na ten świat i na nas, którzy się tu zostajemy, z całej wysokości swego stanowiska — żartobliwie dorzucił Deepwaters.
Od rana już Cortlandt przyjechał w swym elektrycznym faetoniku z Waszyngtonu, gdzie musiał mieszkać z powodu sprawowanego w komitecie urzędu.
Bearwarden przeleciał ponad głowami zebranego tłumu statkiem powietrznym Towarzystwa zajmującego się prostowaniem osi ziemskiej. Ayrault, unikając zetknięcia się z tłumem, przybył już od samego rana z Sylwią, wszedł wraz z nią do statku, gdzie pokazywał jej wewnętrzne urządzenie, tłomacząc ciekawej panience znaczenie każdej kulki, klamki lub drutu.
Sylwia miała trochę żalu do narzeczonego za to, że nie umiał jej zmusić do przyśpieszenia ślubu i że w ostatniej chwili nie pomyślał o tem, aby, zostawiwszy na ziemi swoich towarzyszów podróży, nie unieść jej z sobą przymusowo w szlaki niebieskie. Starała się nie wydawać z temi myślami i o ile możności swobodnie prowadzić rozmowę.
— Co za idealna podróż! — zawołała, przeglądając mapy astronomiczne i fotografie różnych ciał niebieskich, rozłożone na stole, między któremi główne miejsce zajmował Jowisz i Saturn. — Przy tak dokładnie oznaczonej drodze chyba niepodobna, abyście zbłądzić mogli.
— Gdy, zwiedziwszy planety, będę miał wracać na ziemię, wszelka busola będzie mi zbyteczną; ty, droga Sylwio, będziesz dla mnie dość silnym magnesem, aby z największej przyciągnąć mnie odległości, ty, jasna gwiazdo moja, przy której gasną wszystkie inne.
— Jak ty pięknie mówisz, mój drogi; w tej chwili myślę, że umiałbyś pisać książki, a gdybyś w nich takie zamieścił zdania, mógłbyś być pewny powodzenia.
— Jeśli słowa moje znalazły drogę do serca twego, Sylwio, czyż śmiałbym pragnąć większego powodzenia.
Panienka odpięła bukiecik z niezapominajek i fijołków, niedawno zerwany z przysłanych jej przez narzeczonego wazonów, a podając go, rzekła cicho:
— To niezapominajki!
W tej chwili zegar, przymocowany do ściany, wybił trzy kwadranse na jedenastą. Twarz Sylwii pobladła; teraz natura kobieca odzyskiwała swe prawa, żal ścisnął serce; w tej chwili rozstania niepokój przejął ją o losy narzeczonego i nie mogła sobie darować, że nie użyła swego wpływu, aby odwrócić go od tych zamiarów podróży, gdzie życie jego było narażone na niebezpieczeństwo.
— Ach! — zawołała, przyciskając się do jego ramienia, — jakże w tej chwili czuję cały ciężar mojej winy... Czyż nie powinnam była ciebie prosić, byś zaniechał twoich zamiarów wtedy, kiedy po raz pierwszy mówiłeś mi o nich! Ale byłam tak olśniona myślą, że ty większym, sławniejszym się staniesz od Krzysztofa Kolumba, którego nazwisko wieki przechowują, że nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństw, na które ta podróż miała cię narazić. A przytem, zdawało mi się... że zbyt łatwo ci było porzucić mnie... to mi zrobiło przykrość i dlatego milczałam. Ale w tej chwili czuję dobrze, że moje serce pęka z żalu.
— Droga Sylwio, podróż moja jest wynikiem twego postanowienia; kazałaś mi czekać jeszcze rok cały; to wydawało mi się obojętnością; uciekam z ziemi, bo żyć na niej bez ciebie nie mogę.
— Co ty mówisz, mój ukochany? Posądzasz mnie o obojętność, gdy ja kocham cię całą duszą! Wszak sam pochwalałeś przyczyny, dla których pragnęłam zdobyć dyplom, dziś zaś... Jestem daleko nieszczęśliwszą od ciebie: ty odjeżdżasz, a wśród przygód podróży, widoków ciekawych i nowych, łatwo zapomnisz o mnie, gdy tymczasem ja tu pozostanę...
— Daruj mi i bądź odważną; zachowaj mi serce twoje. Były chwile, w których wątpiłem o twojem przywiązaniu, ale teraz, pewny twej miłości, zwyciężę wszystkie przeszkody i wrócę do ciebie po moje szczęście.
Ayrault starał się być spokojnym; Sylwia wstrzymywała łzy cisnące jej się do oczu; nie mówili już nic więcej do siebie, tylko na jedną minutę przed odjazdem Ayrault złożył gorący pocałunek na ręce narzeczonej, doprowadził ją do matki i stanął u stóp aluminiowej drabinki, gdzie niebawem znaleźli się też i jego towarzysze. Ponieważ w wilię dnia tego wszystko było umieszczone na statku, podróżni niezwłocznie weszli po drabince i przez okno dostali się na drugie piętro, ściągnęli ją, zamknęli okno i znaleźli się w pogotowiu; wtedy Ayrault dotknął metalowej gałki, łączącej się z mechanizmem u dołu statku, ten zaś wolno podnosić się zaczął w powietrze.
Na wszystkich wieżach miejskich biła godzina jedenasta. Wielki sztandar amerykański, umieszczony w oknie, który dotąd zaledwie lekko poruszał się od wiatru, rozwinął się z szumem, gdy statek ruszył w powietrze, pożegnany okrzykami tłumu i salwą wystrzałów armatnich.
Teraz podróżni ściągnęli do środka sztandar i szczelnie zaopatrzyli okno dla zachowania wewnątrz powietrza, które byłoby zaczęło rzednąć, jeżeliby najmniejsza pozostała gdziekolwiek szparka.

Podróż na Jowisza.png

Sylwia poruszała chustką, dopóki tylko dojrzyć mogła szybujący w przestworzu statek; ale później nie miała już ani siły, ani chęci ukrywać łez swoich.
Kalisto wznosił się w górę z szybkością kuli armatniej, wkrótce zniknął z oczu; tłum rozszedł się powoli. Sylwia wróciła do domu.
Bearwarden, który przed podróżą jeździł oglądać, o ile postąpiły roboty około osi ziemskiej, nie mógł dowiedzieć się akuratnie obliczeń, gdyż astronomowie nie ukończyli ich jeszcze, mieli jednak nadzieję, że do północy już będą mogli zatelegrafować i o wyniku prac dać wiadomość prezesowi w przestrzeni przez umówione świetlane znaki, o czem tenże zawiadomił swoich towarzyszy podróży.
Kalisto wznosił się w górę. Ziemia i Jowisz nie znajdowały się naprzeciw siebie, ale stały w powyżej oznaczonym porządku, tym sposobem znajdowali się oni w oddaleniu 380,000,000 mil. Rozpoczynając podróż swoją w dzień, to jest w chwili, gdy ziemia jest zwróconą do słońca, nie mogli kierować się prosto do Jowisza, ale zmuszeni byli wprzód zrobić kilka mil do słońca, następnie opuścić się cokolwiek ku ziemi i nakoniec dopiero nadać stanowczy kierunek swemu statkowi do Jowisza, przechodząc około księżyca, bliskość bowiem ciała ciężkiego konieczną była do nadania działalności Apergii.
Przy zastosowaniu największej siły, statek pędził od ziemi z niesłychaną szybkością, zwiększającą się coraz bardziej, pędząc w równej linii, tak, że nawet sterowanie było zbyteczne. Dopóki statek nie przebił atmosfery, pędził go ciągle prąd regulacyjny ziemi, skoncentrowany na częściach górnych cylindra, a stożkowate zakończenie dachu nienapotykało żadnej trudności.
Podróżni, patrząc przez okna będące w podłodze, mieli teraz przed sobą najwspanialszy widok. Ponieważ atmosfera była zupełnie jasna, wschodnie wybrzeża Ameryki północnej i Atlantyk rysowały się wyraźnie jak na mapie; błękit oceanu, ciemna barwa lądu i białe plamy śniegiem pokrytych wierzchołków gór wychodziły z wszelką dokładnością. Hudson i cieśnina przedstawiały się jak dwie błękitne wstęgi, a pomiędzy niemi rozróżnić mogli New-York. Dojrzeli też na oceanie na ogromnej rozległości ciemne punkta, w których rozpoznali pająki morskie i okręty amerykańskie, skąd wiedzieli, że są śledzeni przez teleskopy.
— Jak widzę — rzekł Cortlandt — Deepwaters dotrzymał słowa i kazał pilnować nas swym okrętom, aby w razie upadku przyszły nam z pomocą; wiem jednak, że niema obawy, abyśmy jej mogli potrzebować.
— Poczciwa dusza, na niego zawsze liczyć można, choćby na żart dał słowo, dotrzyma go niezawodnie; znamy się od dzieciństwa — mówił Bearwarden.
Wkrótce spostrzegli, że znajdują się w próżnem przestworzu, bo jakkolwiek słońce jaśniało w całym blasku nieznanym im dotąd, widnokrąg był zupełnie czarny, a gwiazdy na nim błyszczały jak o północy.
Odtąd zaczęli zmieniać kierunek pochyło, posługując się siłą apergetyczną, zwracali statek w stronę księżyca, aby, mając z jednej strony, to jest od ziemi, siłę odpychającą, a od księżyca przyciągającą, przyspieszyć lot swój w przestrzeni.
Przyćmione promienie słońca, podobne do tych, które przy zaćmieniu widzieć się dają, szerokiemi snopami rozrzucone po ciemnem tle nieba jaśniały niby ogromna aureola. Czem właściwie była ta jasność, podróżni nasi nie mogli sobie z tego zdać sprawy, pomimo swych wiadomości i korzystnego miejsca obserwacyi; robili tylko przypuszczenia, że są to fenomeny elektryczne w rodzaju zorzy północnej.

— Zdaje mi się — rzekł Cortlandt, wskazując na jaśniejące smugi, — że to są ogromne masy gazów, rozrzuconych poza atmosferą słoneczną, które rozciągają się daleko, gdy ustaje na nie ciśnienie słońca; poruszenia ich bowiem są zbyt szybkie, aby przypuścić można, że ruch ich jest krępowany jakąś ze stałem ciałem łącznością.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Jacob Astor i tłumacza: Maria Milkuszyc.