Pieśni Petrarki/Rozdział II/§ 2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Felicjan Faleński
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Indeks stron
§ 2. Własne Petrarki o Laurze wyznanie. — Wokluza — jaką dziś jest, i jaką się nam przedstawia w różnych okolicznościach życia poety.

Zbierając w jedno wszystko, co się dotąd o Laurze, bądź z niewątpliwych danych, bądź z uprawnionego okolicznościami domysłu, bądź ze wspomnień o niej w Pieśniozbiorze, powiedziało — sądzę, że możemy już bez zastrzeżeń przyjąć za pewne to, co o niej sam Petrarka, z potrzeby ducha, w pamiętniku osobistym zapisał. Oto co tam czytamy: — „W miłości mojej nie było nic powszedniego ani zmysłowego, słowem nic, mimo jej nadmiaru, po ziemsku grzesznego. Tego też zataić nie zdołam, że z mej małości wrodzonej, przez nią tylko, jakim dziś jestem, urosłem: i że jeśli sławą jaką się cieszę lub znaczeniem, próżnobym kiedykolwiek marzyć nawet śmiał o tem, gdyby to drobne cnoty ziarno które Bóg w sercu mojem złożył, szlachetnym Laury wpływem nie zostało we mnie wypielęgnowane. Tak jest — szczerze to powiedzieć mogę. — Laura jedna, umysł mój młodzieńczy zwróciła z dróg zepsucia ku dostojnym celom. Więc czyliż kto zaprzeczy, że miłość dusze ludzką przeobrazić jest wstanie? Ale też niema tak złośliwego człeka, któryby się ośmielił lekkim jakim domysłem ubliżyć dobrej sławie tej czystej kobiety, któryby się czuł w możności, jeśli nie z jej postępowania, to choć ze słów lub obejścia, wnioskować coś wątpliwego — że już nie powiem godnego nagany. Bo nawet i tacy, dla których niema nic świętego, czcić ją i podziwiać muszą. Więc też, niechże nikomu dziwnem nie będzie, że ja się dla niej chwały dobijałem, i że nie było przeciwności, w którychby mi myśl o niej najmilszą nie była osłodą. Bowiem od wczesnych lat mych, najserdeczniejszem było mojem pragnieniem, tej się jedynie we wszystkiem podobać, którą sobie jedną nad wszystko w świecie upodobałem.“
W dalszym ciągu, ponieważ od wspomnień Laury nieodłączną jej Wokluza, z kolei powiedzmy więc i o niej jeszcze słów parę. Jest to o kilkanaście mil drogi na wschód od Awinionu, zgubiona w górach kotlina, powstała ze zbiegu łańcucha Ventozy ze stokami Luberonu. Zewsząd jest ona spiętrzonemi opasana skałami, i ztąd poszła jej nazwa Zamkniętej Doliny (Vaucluze, Vallis clausa, Val chiusa). Ze skał tych, kilka zwieszonych w powietrzu wytrysków będących źródłami Sorgi, zlewa się tam w jedną czarę olbrzymią, zkąd, przebierając przez brzegi, płynie już dalej strumieniem coraz szerszym, tworząc w tysiącznych skrętach czarodziejskie krajobrazy. Według wszelkiego podobieństwa, domek Petrarki znajdować się musiał w pobliżu wodospadów, ale gdzie mianowicie? obecnie rzecz jest sporna. Zdaje się, że na jegoto miejscu stoi dziś dźwignia fabryczna — bowiem w tych czasach ludno tam a hałaśliwie. Strumień wprzężono w koła licznych rękodzielni, za oglądanie wodospadów i pieczar płacić trzeba dwa franki. Ale za dni Petrarki, pustelnia to była, której odkrycie, sumiennie jemu pierwszemu zawdzięczać się godzi. Do tej samotni, jak sam powiada, chronił on się przed Laurą, „od której nie umiał być daleko, a blizko niej być nie mógł.“ W tych miejscach mu się ona przywidywała — bo ani na chwilę nie przypuszczam, żeby tam kiedy osobiście być mogła, ona, dama wielkiego świata, z Olimpu swego dworskiego, w tej Arkadyi pastuszej — zresztą zazdrośnie strzeżona, i sama bardzo dbała o swą dobrą sławę. Do tego, jeśli gdzie spotykamy (bardzo rzadkie zresztą), napomknienie, że się z Awinionu wydalał a— Petrarka zwykle wtedy tęskni bez niej, lub się cieszy z jej powrotu — co zdaje się być wystarczającym dowodem, że nie w Wokluzie przez ten czas gościła. Jednak, o przedziwna siło wyobraźni! — toćże w Wokluzie on z nią najswobodniej przebywał, w tchnieniach wietrzyka słodkiego szeptu ust jej nasłuchując, w liści szeleście szmeru jej sukienki białej. To, bywało, przez zielone smugi uśmiechnięta szła ku niemu; to ją znów dumającą w cieniu drzew oglądał; to czasem nawet rąbki śnieżne, całkiem już po pastersku, w źródle Sorgi piorącą. Raz nareszcie, w jednej z najpiękniejszych swoich pieśni, którą aż Mickiewicz uznał godną naśladowania, mniemał być świadkiem jej niewinnej kąpieli w tych srebrzystych toniach: kiedy sukienki z siebie zwlokła, stała tak chwilę wsparta o drzewo, z którego wietrzyk deszcz kwiatów rozrzutnie na nią ztrząsał, — te zaś szeptały słodko Miłości Królowanie. W tedy, rozmarzony poeta, zapragnął w miejscu tem grób mieć kiedyś, w tej nadziei, że ujrzawszy go Laura, choć raz westchnie litośnie, i tem jednem, duszę jego udręczoną, do rajskich wkupi rozkoszy. Że mu się rzeczy te wszystkie śniły tylko cudownie, własne jego wreszcie w tym względzie wyznanie w Canzonie XVII-ej czytać można. Tam on powiada:

Toćżem ja nie raz (nikt mi wiary nie da!),
Laurę oglądał, w źródło, w mgły przestrzenie
Patrząc. I w tedy urok mi ją czyni
Taką, iż sama przyznać mogła Leda.
Mówiąc o własnej córce swej Helenie,
Że jak przy słońcu gwiazda — zgasła przy niej...
I im się w głuchszej pustyni,
W im samotniejsze schronię od niej knieje,
Tem obraz luby w żywsze barwy zdobię.
A kiedy, w ocknienia dobie,
Rzeczywistości podmuch błąd mój zwieje,
Na zimnym głazie siadłszy, jak on zimny,
Ku czci mej pani, łzawe składam hymny.

Bądź co bądź, Wokluza, owa, tak na każdym kroku Laurą zaludniona, ucieczką mu od niej być miała; ale cóż, „spodziewałem się — powiada poeta w jednym z Listów swoich poufnych[1] — w samotności, otoczony księgami, umysł sobie módz oderwać od tych rzeczy, które duszę moją na wieki cierpiącą uczyniły; niestety! lekarstwo bodaj czy nie gorsze od choroby! Niech tylko na chwilę się zapomnę — sam nie wiem kiedy, natychmiast wracam do tej, od której, acz z boleścią niewymowną, snadź nie dość jeszcze daleko odbiegłem.“ Indziej (z Wokluzy) tak pisze[2]: „Tu oczy moje niechże już niebo tylko oglądają, skały przepaściste i przezrocze wody. Tu niechże chociaż zmysły moje wypoczną. Zamiast jej mowy dźwięków słodko niepokojących, niechże słyszę śpiewy ptasząt łagodne, szum liści, szmery strumieni... Takbym tu być mógł szczęśliwy! Cóż, kiedy Laura tam, a ja bez niej! To kiedy sieja o mej zamyślę — a kiedyż o niej nie myślę! — doprawdy, nie jest mi żadnym wstydem wyznać, że łzami zapływają mi oczy. Bom ja z tych, co wspomnieniem tylko żyją, a nadzieja ich nie krzepi — i przeto, samotność, to mi ulgą bywa, to udręczeniem.“ Często z uniesieniem opisuje powaby swojej ustroni, swą chatkę skromną, i sposób w jaki się zagospodarował. „Urządziłem tu sobie dwa ogródki. — powiada,[3] — Nic cudowniejszego! jestto mój Parnas zaalpejski. Jeden cienisty, ponad krawędzią strugi, pod stromą ścianą, którą tylko ptaki zwiedzać mogą: drugi bliższy chatki, ale zupełnie dziki, z kładką przez przepaść, wiodącą do chłodnej pieczary — (w tem miejscu klasyczne znowu kuszą go obrazy), przypomina to Cellę, w której Cyceron niegdyś deklamomować lubił. Siedzę tam sobie w dzienne skwary, rankiem u wodospadów przesiaduję, wieczorami po smugach się błąkam, lub się wspinam na skał wierzchołki. Życiebym tu całe chętnie spędzał, gdyby to nie tak blisko było Awinionu, i nie tak daleko od Italii. Bo czegóżbym się miał wypierać? Drogą mi jest Italia, a jednak zbliżyć się do niej nie umiem; od Awinionu zaś uciekaćbym powinien, a na żaden sposób nie mogę.“
I w istocie, gdziebądź się znajdował, wszędzie tęsknił do swojej Wokluzy. Za życia Laury, z niejakiemi przerwami, całe lat dziesięć w niej przebył; po jej śmierci zarzekł się. że już tam nie wróci więcej. Nic z tego. „Przykrzy mi się już rozgłos, który wszędzie za inną goni: sam być pragnę ze smutnemi myślami niemi — tak znów powiada[4], — a zresztą cóż tu taić dłużej? Wokluza moją jedyną stała mi się ojczyzną!“ — Po raz ostatni, przebył w niej dwa lata. Oto co o tem pisze tu i owdzie. „Do Wokluzy znów uciekłem, chroniąc się przed własnym niepokojem. Nie wiem już nareszcie, czy gdzie cichszą znajdę przystań[5]. Czuję się strudzony, drogi wszelkie wydają mi się cierniem i chwastem zarosłe. I sądzę nawet, że już chyba na ziemi niema dla mnie odpoczynku, aż dopiero tam, w tym lepszym świecie, do którego tak mi tęskno. Nieszczęścia moje poszły z własnej mojej winy, trochę z cudzej, a najwięcej podobno wpłynęły na nie czasy i okoliczności, w pośród których żyć mię skazano. Ale gdyby nawet i z niczyjej winy. niemniej pozostałbym skrzywdzony[6] W zaniepokojeniu mojem, zdawaćby się mogło, że za śmiercią uciekającą odemnie gonię; aleja tylko ciszy pragnę, i dla tego do Wokluzy mojej jak najczęściej się chronię[7].
Ostatecznie, kiedy już w Arquie osiadłszy, pisma swoje porządkować zaczął: „w Wokluzie to — wyznaje zakłopotany — tworzyłem wszystkie te moje pieśni, w „pospolitym języku“ , pisane, w których się wypowiadają młodzieńcze moje niegdyś udręczenia, — czego dziś wstyd mię i żal straconego czasu; — choć znowu zdarzyć się może, że w tych skargach moich serdecznych, upodobanie znajdą ci, którzy w podobny sposób co i ja cierpieli.“

Tak to on, niewiadomo już, z miłości swojej czy też z włoszczyzny, nie śmiało się usprawiedliwia, choć pewnie w równej mierze z obojga — on, — robiący już porachunek ostateczny, z którego w mniemaniu jego wypadło, że nie zawsze równie poważnie Kapitoliński Wieniec na swej skroni nosił. Niestety, mądrość lat późnych jakże samolubną bywa! Toćże tu Petrarka, do potomności się wdzięcząc, własnemu duchowi dobremu niewdzięcznym się okazał. A jednak, w Spowiedzi swojej[8] wyznać się nie waha. że on lauru jedynie dla imienia Laury zapragnął. Ale nazbyt ściśle się z nim nie liczmy. Bo on przecię ani przypuszczał: że wszystko, co tylko niepowszedniego w mniemaniu współczesnych stworzył, w cichy grób wraz z sobą zabierze — przeżyją go zaś tylko wspomnienia rzeczy jak świat światem powszednich, i to jeszcze w powszednim spisane języku.




Przypisy

  1. Ad Familiares. Lib. VIII. Ep. 3.
  2. Ad Familiares. Lib. XXII. Ep. 8.
  3. W liście do kardynała Colonny.
  4. Ad Familiares. Lib. II. Ep. 12.
  5. Ad posteritatem.
  6. Ad Fainiliares. lib. XV. Ep. 8. oraz Lib. XVII. Ep. 3.
  7. Seniles. Lib. 1. Ep. 6.
  8. De contemptu mundi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Felicjan Faleński.